Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary
Pairing: Simon the Butcher&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)
Dozwolone od: 18+
Gatunek tekstu: sci-fi, crossover, AU
Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"
Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka + sceny erotyczne
Notka autorska: Tak. Sceny erotyczne. Tu nie ma fabuły. Oni po prostu poszli do łóżka. To wszystko. Zapraszam. Miłego czytania. Hana, nie zjedz mnie. XD
Drobne listki łaskotały delikatnie jego skórę.
Cienkie gałązki oplotły się wokół jego nóg.
Ujął czule chłodną dłoń i pociągnął za jedną z łodyżek. Mimo upływu lat, wciąż nie przyzwyczaił się do tego, jak natychmiastowy był tego efekt.
- Rób tak dalej, a będziesz miał spokój ode mnie, zanim się obejrzysz - szepnął Simon tuż przy jego uchu.
- Nie potrzebuję spokoju, potrzebuję bliskości - odparł Ryland, obejmując Simona drugą ręką. - Potrzebuję ciebie.
- Hm? - głos Simona wyrażał lekką dezorientację. - Nie eksperymentujemy dzisiaj?
- Po prostu mnie kochaj.
- Chcesz o tym pogadać?
- Może trochę.
- To przez ten koszmar, co miałeś w nocy?
- Mhm.
- Zdradzę ci sekret.
- Sekret?
- Twój szloch obudził mnie z mojego - oznajmił Simon. - Więc obaj potrzebujemy siebie nawzajem.
- Simon?
- Hm?
- Tym razem to ty za dużo mówisz - stwierdził Ryland, splatając swoje palce z gałązkami na dłoni Simona.
- Rye?
- Hm?
Simon popchnął Rylanda na łóżko i oparł się o materac, nie puszczając jego dłoni. Włosy Rylanda, przedzielone kilkoma siwymi pasmami, rozsypały się na poduszce.
- Jak na asa, jesteś czasem niemożliwy.
- Za to mnie kochasz.
- Zawsze - szepnął Simon i pocałował go czule, przeczesując jedno z tych srebrzystych pasemek. - Jesteś tak absolutnie pewien, że nie chcesz po prostu dłużej porozmawiać?
Ryland jedynie głęboko spojrzał mu w oczy, nieznacznie kiwając głową.
- Dobrze więc - Simon wsunął dłoń między jego uda. - Mogę ci pokazać, jak bardzo cię kocham.
Ryland poczuł, jak gałązki nieco mocniej zaciskają się na jego łydkach. Zapach żywicy i lasu wzmógł się, a Simon ostrożnie rozsunął jego nogi. Jeszcze cieplejszy niż zwykle oddech jego ukochanego owiał mu kark.
Jedynie chłód stali na jego prawej dłoni utrzymywał go w rzeczywistości, co zmieniło się w momencie, gdy poczuł pierwsze krople krwi na palcach. Jej woń zmieszała się z zapachem żywicy, lasu i potu. Nawet po tych wszystkich latach wciąż nie wiedział, jakim cudem ta ręka krwawiła, ale ważniejsze było to, że, jak zwykle, oddech Simona tylko przez to przyspieszył. Ryland przytulił się do niego jeszcze mocniej, aż stare blizny na lewej ręce dały o sobie znać.
- Rye?
- Hm?
- Oddychaj.
- Oddycham.
- Za płytko. Boję się, że mi się tu udusisz.
- Nic mi nie będzie.
- Zostaniesz ze mną?
- Nigdzie się nie wybieram.
- Na pewno?
- Żaden z nas nie lubi być sam.
- Jak samotny byłeś w tym śnie?
- Bardzo - szepnął Ryland, wplatając palce lewej dłoni we włosy Simona. - Dlatego cieszę się, że jednak tu jesteś.
- Nawet nie myśl, że się mnie pozbędziesz - Simon uśmiechnął się, chociaż jego głos trochę zadrżał. - Musiałbyś chyba wysłać mnie w Hail Mary na Ziemię.
- Poleciałbym z tobą.
- Przeżyłbyś?
- Po tym, jak Eridianie opóźnili nasz proces starzenia się? Na pewno.
- Mógłbym ci wtedy pomóc ukatrupić Stratt.
- Simon.
- Racja - Simon odsunął go nieco od siebie, by znów go pocałować. - Jedyną osobą, którą kiedykolwiek zabijesz, jestem ja.
- Ty?
- Nie wiem, czy przeżyję bez ciebie chociaż tydzień - szepnął Simon, a w jego dwukolorowych oczach zalśniły łzy. - Za bardzo kocham twój uśmiech.
- Nawet jeśli często próbuję za nim ukryć moje tchórzostwo?
- Nie gadaj głupot, Rye-Rye. Jesteś najodważniejszym człowiekiem we Wszechświecie.
Ryland przesunął dłoń na jego policzek i uniósł się nieco, tym razem samemu inicjując pocałunek. Przymknął swoje błękitne oczy i pozwolił łzom Simona zmieszać się z własnymi.
Kwiaty rozkwitły na gałązkach i rozsiały wokół słodką woń. Ryland przylgnął do drżącego ciała Simona, kiedy jemu samemu zabrakło tchu.
Trwali tak przez chwilę, zamknięci w ciasnym uścisku, zanim Simon się nie odezwał.
- Potrzymać cię tak?
- Mhm. Tylko może w trochę wygodniejszej pozycji - stwierdził Ryland.
Nadal szumiało mu w uszach.
- Wygodniejszej?
- Na razie wgniatasz mnie w materac.
Simon zacmokał i przesunął dłoń w kierunku jego biodra.
- Co ty... - Ryland uchylił powiekę i parsknął śmiechem, kiedy ten po prostu go połaskotał.
- Ja ci dam wgniatanie w materac - Simon udał oburzony ton, ale niezbyt mu to wyszło.
Ryland zaśmiał się jeszcze raz i odgarnął Simonowi włosy z twarzy. Ten uśmiechnął się czule i delikatnie odsunął go od siebie, by zaraz potem objąć jego ramiona i nogi.
Ryland oparł głowę na jego klatce piersiowej. Serce Simona nadal biło jak oszalałe.
- Uspokój się - stwierdził, kładąc sobie dłoń pod policzkiem.
- Zmęczyłem się, no co?
- Tylko znowu nie zaśnij w taki sposób.
- Bo?
- Trzeba się umyć i posprzątać, zanim Rocky wpadnie tutaj z kolejną niezapowiedzianą wizytą.
- Później.
- Poza tym, plecy będą cię bolały.
- Wygodnie mi tak.
- Obaj wiemy, że jak tak zaśniesz, to jutro będziesz narzekać.
- Jutro to ja jestem na dole, przeżyję to jakoś.
- Skąd pomysł, że jutro też będziemy potrzebować bliskości?
- Nie wypłakałeś się wystarczająco.
- Simon.
- No co?
Ryland westchnął, bo wiedział, że Simon ma rację. Otarł nieco już wyschnięte łzy z policzka. Słodki zapach kwiatów koił jego skołatane nerwy.
...dopóki nie usłyszał cichego chrapania.
- Simon - pacnął go w ramię.
Simon obudził się lekko zirytowany i spojrzał na niego jak uczeń wyrwany z drzemki, którą uciął sobie w ostatniej ławce.
- Co?
- Nie śpij.
- O marudo - Simon wstał, wciąż z Rylandem w ramionach, czym zafundował sobie darmowe czyszczenie uszu, po czym położył się na boku, obejmując swojego partnera w pasie.
- Simon.
- Cicho - mruknął Simon, tym razem samemu wtulając się w jego ramiona.
- Posprzątać musimy.
- Później - Simon położył sobie jego nogę na biodrze. - Daj mi się chociaż kwadrans zdrzemnąć.
- Ale potem cię budzę.
- Dobrze, dobrze - Simon wsłuchał się w bicie jego serca. - Ważne, że żyjesz.
- Żyję.
- I niech tak jeszcze długo zostanie - szepnął Simon i po chwili znowu chrapał.
Ryland pogłaskał go po głowie. Mech nadal pokrywał jego prawe przedramię, ale nie zwracał na to uwagi.
I nawet nie zanotował, kiedy sam zasnął.
W każdym razie Adrian musiał ich przykryć, uprzednio wyganiając Rocky'ego z enklawy, żeby ich nie obudził swoim narzekaniem na przeciekających ludzi.
The end