Blog zawiera treści o związkach męsko-męskich i damsko-damskich. Jeżeli nie lubisz yaoi i yuri, to naciśnij czerwony krzyżyk i nie czytaj, zamiast obrzucać mnie błotem. Dziękuję za uwagę.

Polecany post

The Traces of Her Are Receding Into the Distance

Uniwersum: Aoishiro Pairing: Kohaku&Syouko Dozwolone od: 17+ Gatunek tekstu: soft angst Ostrzeżenia: spoilery do gry Notka autorska: End...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Xaa-Xaa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Xaa-Xaa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 czerwca 2020

Little Red Riding Hood II

Zespół: Xaa-Xaa
Pairing: Reiya&An
Dozwolone od: 17+
Gatunek tekstu: obyczaj, romans, komedia
Ostrzeżenia: zrypany humor autorki, łagodne sceny erotyczne (fetysze liczą się do ostrzeżeń?)
Notka autorska: Nie wiem, co brałam. Chyba nie powinnam pisać fików w środku nocy. Ale no. Kobiety w Japonii używają często formuły "atashi", kiedy mówią o sobie. "Watashi" jest takie bezosobowe. W ramach ciekawostki dodam jeszcze, że mężczyźni mogą o sobie powiedzieć "boku".
Tyle. Zapraszam do czytania~


Reiya właśnie mył zęby przed pójściem spać, gdy usłyszał pukanie do drzwi. Wypłukał usta i odstawił szczoteczkę do kubka.
Pukanie nie ustępowało. Powtarzało się co jakiś czas, więc Reiya pomyślał, że to może być coś bardzo ważnego. Normalnie nie otworzyłby o takiej godzinie, w końcu była już prawie północ, ale pomyślał, że chociaż sprawdzi, kto to.
Spojrzał przez wizjer i zobaczył Ana. Stał w czerwonym płaszczu, z koszykiem w rękach. Jak jakiś Czerwony Kapturek.
Reiya otworzył drzwi, próbując odsunąć od siebie myśli o tym, że ten płaszcz skojarzył mu się w taki sposób.
- Hej, wilku. Zastałam babcię? - spytał An, uśmiechając się promiennie.
- Hej, An... Chwila, co? - Reiya zamrugał.
Co on...
- Babcię - odparł An, wchodząc do środka. - Babciu, hop hop!
- Co ty wyprawiasz, An? - spytał Reiya, zamykając drzwi.
- Jak to co? - An znów się uśmiechnął. - Przygotowałam babci jej ulubione smakołyki, a jej nie ma?
Dopiero teraz Reiya pojął, że An naprawdę mówi "atashi" zamiast "watashi".
Poczuł dreszcz na plecach. Słodcy chłopcy mówiący w formie żeńskiej? I...
Reiya opuścił wzrok na nogi Ana.
Czy to są...
- Czemu masz zakolanówki? Gdzie są twoje spodnie? - Reiya usiłował mówić głośniej, ale zobaczył krwistoczerwone lakierki i zapomniał, jak się powinno używać poprawnie strun głosowych.
...
Haru. Haru musiał mu to powiedzieć.
- Czerwony Kapturek nie miał spodni, miał sukienkę - An odstawił koszyk na stół i zaczął rozpinać guziki od płaszcza.
Reiya zasłonił oczy. Nie mógł patrzeć, nie chciał tego widzieć. On nie szuka miłości w zespole, dlaczego An mu to utrudnia?!
- Wilku~! - poczuł, jak szorstkie dłonie Ana łapią go za nadgarstki. - Jestem taka brzydka, że nie chcesz na mnie spojrzeć?
Reiya rozsunął palce. Czarno-biała, śliczna sukienka z falbankami leżała na Anie idealnie. Nawet nie było widać, że jest przy sobie. Nic. Absolutnie.
I że jest facetem, przeszło przez jego biseksualny umysł.
Reiya poczuł ciepło pod nosem. Cholera jasna, czy jemu naprawdę poszła farba?!
- Krwawisz - An zachichotał jak dziewczynka. - Czyżby już cię dopadł myśliwy~?
- Skąd? - spytał Reiya, usiłując zatamować krwawienie.
Matko, ta scena wyglądała jak z jakiegoś marnego anime.
- Wróżka mi powiedziała - odparł An. - Lubi kwiatki i kiedyś lubiła ciebie~
Ach, czyli miał rację. To dlatego chciał zostać z Anem sam na sam w sali. Kazuki zmył się szybciej, w ogóle nie zauważając, że Haru coś kombinuje. Reiya przeczuwał, że coś się święci, ale nie wpadł na to, że...
- Muszę iść doprowadzić się do porządku - stwierdził Reiya i pobiegł czym prędzej do łazienki.
Oj tak. Zanim An samym swoim widokiem i zachowaniem doprowadzi go do czegoś innego.
Ochlapał twarz zimną wodą i dokładnie oczyścił się z krwi.
Głupi An, głupi Haru, głupi fetysz.
- Wilku~ - usłyszał wraz z otwierającymi się drzwiami.
An wszedł do środka, trzymając w dłoni kieliszek z winem.
- Chodź, znalazłam babcię, możemy ją zjeść - stwierdził An, łapiąc Reiyę za rękę i ciągnąc go w stronę pokoju.
Na stole leżały słodycze i owoce. An posadził go na kanapie i praktycznie natychmiast nakarmił go truskawką.
- Słodka, prawda, wilku? - spytał. - Sama zbierałam w ogródku~
- Smaczna - przyznał Reiya, ale nie zdołał powiedzieć nic więcej, bo kostka mlecznej czekolady wylądowała w jego ustach.
- Tak sobie pomyślałam... Często mówi się, że usta są malinowe, nie? - An uśmiechnął się nieco zadziornie, biorąc jedną malinę z miseczki. - A co, jeśli naprawdę stałyby się malinowe?
An roztarł owoc między palcami, a potem sokiem posmarował sobie usta.
Reiya przymknął oczy.
- Dobra, wygrałeś. Możesz już przestać udawać Czerwonego Kapturka, bądź sobą - stwierdził Reiya. - I nie mów tego piekielnego "atashi", bo... Nonan!
Reiya otworzył oczy. Jedną dłonią An trzymał go za ramię. Drugą coraz śmielej przesuwał po jego udzie.
- Skoro chcesz się pozbyć Kapturka, zrób to - stwierdził An. - Wystarczy mnie rozebrać.
Reiya policzył do trzech.
Jeden, zamorduje Haru.
Dwa, musi odwołać jutrzejszą próbę.
Trzy, chrzanić wszystkie zasady. Weźmie Ana tu i teraz, nawet ściągając mu tylko bieliznę.
Bo Kazuki w tym wywiadzie miał rację. Reiya był okropnym wręcz hentaiem i nie mógł nic na to poradzić.
A An, który zasnął po wszystkim w jego ramionach, dobrze o tym wiedział, bo sam nim trochę był. Ale nie aż tak jak jego ukochany mężczyzna, który przez sen nadal delikatnie się uśmiechał.
The End

czwartek, 25 czerwca 2020

Little Red Riding Hood I

Zespół: Xaa-Xaa
Pairing: Reiya&An
Dozwolone od: 17+
Gatunek tekstu: obyczaj, romans, komedia
Ostrzeżenia: brak
Notka autorska: W tej części jeszcze mało tej komedii, ale w jutrzejszej...
No, bez spoilerów. Lecim z tym koksem. Enjoy~!


Zamrugał.
Bolała go głowa.
Czoło dokładniej.
Słyszał jakieś głosy.
Zamrugał jeszcze raz.
Nos też go bolał. I chyba trochę krwawił.
Dotknął swojego nosa. Tak, trochę tak. Trochę krwawił.
Dopiero po chwili się zorientował, że leży. Na zimnej podłodze i zaraz się przeziębi, albo złapie wilka, albo tak.
- Reiya! - usłyszał i spojrzał w tamtą stronę.
An pochylał się nad nim. Yoshiatsu stojący przy ścianie tylko patrzył na nich z dezaprobatą.
- Żyje? - spytał Yoshiatsu.
An kiwnął głową.
- To go pozbieraj, bo plami podłogę - mruknął wokalista, wchodząc do swojej sali prób.
- Co go ugryzło? - spytał Reiya, siadając. - I co się stało?
- Tomo rąbnął cię drzwiami - wyjaśnił An, przykładając mu chusteczkę do nosa. - Chyba cię na chwilę zamroczyło.
- Chyba na pewno - stwierdził Reiya, pozwalając mu wytrzeć krew ze swojej twarzy. - Na długo?
- Z pół minutki - odparł An.
- Gdzie w ogóle jest Tomo?
- Poszedł po lód - odparł An i w tym momencie Tomo wrócił z workiem lodu.
- Proszę - powiedział, podając go Anowi. - Reiya, przepraszam, ja nie chciałem, ja nie wiedziałem, że idziesz...
- Nic się nie stało - stwierdził Reiya, dotykając nosa. - Nie jest złamany.
- I dobrze, nie byłbyś już taki przystojny - zaśmiał się An, przykładając mu lód do twarzy.
- Heh - Reiya próbował udawać śmiech. Misja ta jednak zakończyła się kompletnym niepowodzeniem.
Wstał, podpierając się ściany z jednej strony i ramienia Ana z drugiej. Nieco miękkiego, lecz umięśnionego ramienia.
An cały był złożony z przeciwieństw. Delikatne rysy twarzy zupełnie nie pasowały do jego niskiego, męskiego głosu. Był przy sobie, ale muskularny. Niski, ale silny. Udawał często poważnego, ale ani trochę taki nie był. Mrużył swe duże, ładne oczy tylko po to, by wydawać się groźniejszy. Nie wychodziło mu to. Wyglądał bardziej jak zbuntowany dzieciak.
Sześć lat młodszy od Reiyi. Dwadzieścia centymetrów od niego niższy. O wiele bardziej dziecinny i niepoważny.
I może właśnie dlatego Reiya go kochał? Może właśnie dlatego przywalił w te drzwi, bo się na niego zapatrzył?
Ogólnie zrobiłby z tym faktem cokolwiek, gdyby sobie nie obiecał, że więcej miłości w zespole szukać nie będzie. Z Haru mu nie wyszło, choć przynajmniej ich związek nie zakończył się taką kompletną katastrofą, jak ten Rojiego i Kazukiego. Może gdyby się nie wmieszał, to... Ach, nieważne.
Miał w końcu trzydzieści trzy lata. Potrafił się powstrzymać przed chęcią pocałowania Ana w te jego idealnie wykrojone usta.
- Matko, Reiya, co ci się stało? - spytał Haru, gdy weszli do sali prób.
Kazuki podniósł na niego wzrok i mruknął, że to oddaje jego dzisiejszy nastrój. Czy coś w tym stylu. Reiya nie do końca dobrze zrozumiał, co jego brat powiedział, bo jak zwykle wymamrotał to tym swoim cichym, znużonym głosem.
- Nic takiego, oberwałem drzwiami - odparł Reiya, siadając przed lustrem.
Nie wyglądał tak źle.
- Proszę - An podał mu nawilżaną chusteczkę. Reiya oporządził się do końca.
- Powinieneś wrócić do domu - stwierdził Haru. - Albo iść do lekarza i się upewnić, że nie zafundowałeś sobie wstrząsu mózgu.
- To Tomo rąbnął mnie drzwiami, nie rzuciłem się na nie sam - obruszył się Reiya.
- Ale - Haru nachylił się do jego ucha - przyszedłeś z Anem. Więc pewnie to jego wina. Pośrednio. Przykuł twoją uwagę zbyt mocno i się zagapiłeś, no nie?
...Haru zauważył?
- Wiesz dobrze, że miłość w tym samym zespole to zły pomysł - odparł Reiya. - Szybciej się skończy niż się zacznie.
- A skąd taki wniosek? - spytał Haru. - Próbowałeś z kimś, prócz mnie?
- Nie, ale Roji i Kazuki próbowali i wiesz, jaki był tego finał - Reiya miał już trochę dość tego biadolenia Haru.
- Niech ci będzie - stwierdził gitarzysta, prostując się. - Chciałem tylko pomóc.
Reiya westchnął. Może Haru ma trochę racji? Może powinien dać sobie i Anowi szansę?
Spojrzał na zakrwawioną chusteczkę.
Dobrze wiedział, że to właśnie był powód, dlaczego rąbnął w te głupie drzwi. Powód nazywał się Antoki Nonan i siedział teraz za perkusją, nie będąc świadomym, co tak naprawdę Reiya do niego czuje.

poniedziałek, 25 maja 2020

Scent of the Rain

Zespół: Kizu&Xaa-Xaa
Pairing: Lime&Kazuki
Dozwolone od: 17+
Gatunek tekstu: obyczaj
Ostrzeżenia: alkohol
Notka autorska: Bo właściwie, czemu nie?

Mężczyźni nie powinni płakać.
Tego chce społeczeństwo i tego powinniśmy przestrzegać.
Nie płakać, kiedy dzieje się coś złego. Nie płakać, kiedy umiera bliska nam osoba. Nie płakać, kiedy mamy złamane serce.
Nie wolno nam.
I właściwie zazwyczaj o tym pamiętamy.
A później do tego dochodzi alkohol. I już zapominamy o wszystkich normach społecznych. O wszystkich zasadach działania współczesnego świata.
Kazuki siedział przyćmiony na wycieraczce przed drzwiami do mojego mieszkania. Z podkulonymi pod brodę kolanami, obejmując ramionami swoje nogi.
- Co tu robisz? - spytałem, składając parasol i jak zwykle przycinając sobie palec.
Norma.
Podniósł na mnie wzrok.
- Kazuki? - kucnąłem. Dziwnie było mi patrzeć na niego z góry, bo to on jest wysoki jak brzoza, a ja... No, nie należę do najwyższych osób.
Pachniał rumem i geosminą.
- Co się stało? - spytałem, kładąc dłoń na jego policzku.
Był zimny. Byłby pewnie ciepły od płaczu, gdyby wielkie, ciemne chmury nie sprowadziły na nas tego dnia potężnej ulewy. Ale zaczerwienione oczy Kazukiego zdradzały, że nie tylko deszcz je obmył.
- Kazu? - spojrzałem w jego czarne jak ta wieczna rozpacz, która się ciągle w nich kryła, oczy.
Tak bardzo były podobne do moich. Może właśnie dlatego rozumiałem go o wiele lepiej niż inni ludzie.
- Wstań. Wejdźmy do środka. Nie możesz ciągle tu siedzieć. Przeziębisz się - uśmiechnąłem się łagodnie.
Kazuki podniósł się, nadal milcząc. Ciszę przerwał szczęk zamka w drzwiach. Weszliśmy do mojego mieszkania. Psy od razu do mnie doskoczyły.
- Muszę je wyprowadzić - powiedziałem cicho.
Kazuki zerknął na mnie, wciąż nie zmieniając tej swojej zbolałej miny.
- Wybacz. Postaram się wrócić szybko. W sumie i tak długo nie pochodzimy, bo pada - stwierdziłem, zapinając Lemonowi i Fuu-chan smycze.
Od deszczu na drogach porobiły się wręcz wartkie potoki. Parasol wyginał się na wszystkie strony.
Będzie do wyrzucenia.
Wróciłem do domu i odpiąłem smycze moim psiakom. Od razu ruszyły do swoich posłań i zakopały się w koce.
Kazuki zasnął na kanapie. Jego ubrania wciąż były mokre.
- Przeziębisz się - westchnąłem ciężko.
Uchylił powieki. Czyli jednak nie spał.
- Powiesz mi, co się stało? - byłem już tym lekko zirytowany.
- Youhei... Znaczy, Roji. Zerwał ze mną - odparł Kazuki, wpatrując się w ścianę. - To boli, Raimu. Może jestem już za stary na to, żeby bolało. Ale i tak boli.
- Boli, bo jesteś pijany - odparłem, biorąc koc i okrywając Kazukiego. - Jak wytrzeźwiejesz, to przestanie.
- Bolało, jak jeszcze byłem trzeźwy - mruknął.
- Ale mniej. Alkohol tylko wzmacnia ten ból, bo przestajesz panować nad emocjami - pogłaskałem go po głowie i syknąłem.
Głupia rana.
Spojrzałem na swoją dłoń. Przez ten deszcz plaster rozmiękł i się odkleił. Krew, która jeszcze nie zdążyła skrzepnąć, znów zaczęła się sączyć.
Kazuki chyba też to obserwował. Ujął delikatnie moją dłoń i przesunął palcem wskazującym po ranie.
Znowu syknąłem. Co on wyprawia?
- Co robisz? - spytałem, patrząc, jak Kazuki rozsmarowuje sobie moją krew na palcach.
On chyba postradał zmysły już do reszty.
- Kazu? - położyłem mu drugą dłoń na policzku i uniosłem nieco jego głowę, by na mnie spojrzał.
Zrobił to, wciąż trzymając mnie za rękę.
On był kompletnie przemoczony. Ja byłem trochę.
Teraz obaj pachnieliśmy geosminą.
I w sumie nie wiem, dlaczego wysunąłem dłoń spomiędzy palców Kazukiego, by położyć ją na jego drugim policzku i go pocałować. W usta.
Może dlatego, że wyglądał jak taki zbity szczeniaczek, a ja jestem psiarzem?
A może dlatego, że to jeden z moich najlepszych przyjaciół i dzięki temu wiedziałem, że tego potrzebuje.
I może właśnie dlatego pomogłem mu zdjąć jego mokre ubrania i pozwoliłem mu zrobić to samo z moimi.
Był uległy. Bardzo uległy. Jakby już nic go nie obchodziło.
I nie wiedziałem, czy to przez alkohol, czy przez jego nastrój, czy przez jedno i drugie po trochu.
Wiedziałem jedynie, że przytulił się do mnie tuż po tym, jak na niego opadłem. Tak mocno, że prawie zabrakło mi tchu, którego i tak mi trochę brakowało.
A może obaj tego potrzebowaliśmy? Nie wiem.
Ale po raz pierwszy poczułem wtedy, że to naprawdę nie ma znaczenia, że on jest ode mnie wyższy o dwadzieścia centymetrów. I że jest starszy o trzy lata.
W łóżku wszystko się wyrównuje.
A w temacie psychiki wszyscy jesteśmy tacy sami.
Słabi jak kruche liście jesienią.
Zwłaszcza my dwaj.
Dla niektórych pewnie to będzie zaskoczenie, ale złamane serce naprawdę ani trochę nie zastanawia się, jakiej płci jest jego właściciel.
The end

sobota, 28 marca 2020

Silent Sorrow

Zespół: Dadaroma&Xaa-Xaa
Pairing: Yoshiatsu&Kazuki, wspomniane Reiya&An
Dozwolone od: 17+
Gatunek tekstu: dramat
Ostrzeżenia: depresja, oparte na faktach
Notka autorska: Zainspirowane postem Yoshiatsu na temat rozpadu Dadaromy. Fragmenty tego posta podane są w cudzysłowie.

Wpatrywałem się w ekran komórki Reiyi długo. Bardzo długo.
Zamrugałem.
Ale...
- Idź do niego - Reiya opuścił rękę i schował telefon do kieszeni.
- Ja... Ja nic... - głos mi się załamał.
Nic nie wiedziałem, nic nie zauważyłem.
Pogrążony we własnym smutku, czekający tylko, aż to on mnie wyciągnie.
Więc dlaczego...
Role się odwróciły, tak?
- Nie wiem, czy potrafię... - usiadłem pod ścianą. - Nie umiem.
An westchnął i kucnął obok mnie.
- Szczerze mówiąc, nikt nie umie. Ale musisz spróbować - stwierdził. - A nawet jeśli nie wiesz, jak, to... Zapewne sama twoja obecność będzie wystarczająca.
- Byłem przy nim cały czas i nic nie zauważyłem! - zawołałem. - Więc co mam według was zrobić teraz, co?
"Były dni, kiedy moje zdrowie psychiczne było tak słabe, że wpływało na zdrowie fizyczne do tego stopnia, że myślałem, iż nie wydobędę z siebie głosu na pierwszej piosence."
- Ale nie krzycz na mnie - An położył mi dłoń na ramieniu. - Nie ma takiej potrzeby, by podnosić głos.
- Masz jakieś pomysły, Haru? - spytał Reiya. - Oprócz tego, że Kazu powinien iść do domu.
- Nie - Haru pokręcił głową. - Uważam, że to w tej sytuacji najlepsze rozwiązanie.
- Też tak myślę - Reiya wyciągnął papierosy z kieszeni i próbował jednego zapalić, ale mu to ani trochę nie wyszło. - A, no tak. Paliwo mi się w zapalniczce skończyło.
- I bardzo dobrze, dzień bez tych śmierdziuchów wytrzymasz - stwierdził An. Reiya tylko prychnął.
- Niby tak - zaczął, podchodząc do mnie i podając mi rękę. - Ale teraz chciałem jakoś dać ujście tej napiętej atmosferze.
Chwyciłem jego dłoń i dźwignąłem się z podłogi, po czym go przytuliłem. Pogłaskał mnie po głowie jak wtedy, gdy byliśmy dziećmi.
- Idź - szepnął tylko i puścił mnie.
Zabrałem swoją torbę i poszedłem. Nie chciałem, konfrontacja z Yoshiatsu w tym momencie była ostatnim, czego potrzebowałem do życia.
Ale musiałem z nim porozmawiać. Musiałem się dowiedzieć wszystkiego. Musiałem wiedzieć, dlaczego grunt, który miałem pod stopami i o którym byłem przekonany, że jest twardą skałą, okazał się kruchym lodem.
Pewnie dlatego, że uwierzyłem, iż te blizny na ręce zasłonięte przez tatuaże to tylko ślad przeszłości.
W końcu "jego życie prywatne to gówno"...
* * *
Otworzyłem drzwi do mieszkania. Yoshiatsu stał w kuchni i, wesoło sobie nucąc, wsypywał właśnie herbaty do kubka.
- Kazu? - zdziwił się, gdy mnie zobaczył. - Co tu robisz? Myślałem, że macie próbę jeszcze przez dwie godziny.
- Reiya pozwolił mi szybciej wyjść - wyjaśniłem, stawiając torbę na podłodze.
Nadal nie wiedziałem, co mam zrobić. Jak w ogóle zacząć tę rozmowę.
- Reiya? Pozwolił ci wcześniej wyjść? - w jego głosie usłyszałem zmartwienie.
Odstawił kubek i położył mi dłoń na ramieniu.
- Coś się stało, Kazu? Masz doła? - spytał.
On naprawdę...
Ugh.
Przytuliłem go. Mocno. Tak mocno, że aż jęknął.
- Kazuki, połamiesz mi żebra - zaśmiał się krótko. - Co się stało, mi możesz wszystko...
- Ty mi powiedz - odparłem.
Czułem, jak się spina. Chyba się domyślił. Nigdy nie był głupi.
- ...widziałeś tego posta? - zapytał po chwili.
- Tak - przyznałem. Odsunąłem go od siebie, ale dłoni z ramion nie zabrałem.
- Wiedziałem, że w końcu do ciebie dotrze - westchnął cicho. - Nie przejmuj się, to tylko takie moje...
- Ale ja się przejmuję! - zacisnąłem palce na jego ramionach na tyle mocno, że syknął z bólu. - I będę się przejmował. To, że ja mam swoje zmartwienia, że mam siatkę blizn na psychice i że czasem naprawdę nie chce mi się egzystować na tym marnym świecie, nie oznacza, że ty nie możesz mi powiedzieć o swoich smutkach, na litość bogów!
Yoshiatsu patrzył na mnie przez chwilę, po czym zabrał moje dłonie ze swoich ramion i przytulił się do mnie.
- Co się dzieje, Yocchi? - spytałem, czując, że moja koszula robi się mokra. - Yocchi?
- Nie wiem - usłyszałem w odpowiedzi. - Naprawdę nie wiem...
- Zawsze tak miałeś?
- Tak...
- I ukrywałeś to?
- Tak...
- Wspaniale - pogłaskałem go po głowie. - I jeszcze zajmowałeś się mną i moimi kryzysami?
- Tak...
- Chcesz sobie popłakać?
- T-tak... - powiedział drżącym głosem Yoshiatsu, zaciskając palce na mojej koszuli.
Szlochał. Długo. Nawet, kiedy nogi już odmówiły nam współpracy i usiedliśmy na dywanie, płakał dalej.
A ja z własnego doświadczenia wiedziałem, że to nic nie da, jeśli ten wodospad zatrzymam. Bo się nie da.
Nawet nie wiem, kiedy się położyliśmy. Nawet nie wiem, kiedy do naszych zdołowanych umysłów dotarło, że leżymy i że dywan jest w sumie dostatecznie miękki.
A potem leżeliśmy jak takie dwie sieroty wśród zrzuconych w pośpiechu ubrań, głaszcząc tego drugiego i obiecując sobie nawzajem, że wszystko będzie w porządku.
Tyle, że nie wiem, czy którykolwiek z nas jeszcze w to wierzy.
The end

niedziela, 26 stycznia 2020

Reklama vol 4

Zespół: W tagach.
Pairing: W tekście.
Dozwolone od: 17+
Gatunek tekstu: komedia, parodia
Ostrzeżenia: zrypany humor autorki
Notka autorska: Kolejny fik z tej serii. Pozwoliłam sobie niektóre shipy przenieść z powodów stricte technicznych, ale no. XD
I tak jak poprzednio, to jest fanfik z podtytułem "Jak Winry widzi każdy pairing? Na przykładzie wyprawy do łazienki".

"Oszczędzaj wodę, kąp się ze swoją dziewczyną!"
* * *
Rikito: Haruo, słuchaj, ja ogólnie wszystko rozumiem, ale...
Haru: *siedzi w wannie z gąbką w kształcie pandy, gumową pandą i nalewa płynu do kąpieli z butelki w kształcie pandy* Ale co?
Rikito: ...nic.
* * *
Naoto: Shogo?
Shougo: Haha, zapomnij. *trzep go w potylicę*
* * *
Chisa: Chobisuke~
Chobi: Ja ci dam "Chobisuke".
Chisa: Dać, to ty daj mi rękę. Idziemy do łazienki. *ciągnie Chobiego za rękę*
Chobi: No tak, z hentaiami się nie dyskutuje. *idzie posłusznie za Chisą*
* * *
Tetsuya: *cały w pierzu* *mokry* Ale nie musiałeś wpakowywać mnie pod prysznic i wysypywać całej zawartości poduszki na głowę. Zwykłe "nie" by wystarczyło...
Yoshio: *syczy* Nie mów mi, jak powinienem reagować.
Tetsuya: . . .
* * *
Tomo: *umazany jakąś czarną mazią*
Takashi: Co.
Tomo: Myślałem, że to płyn do kąpieli...
Takashi: . . .
* * *
Yoshiatsu: Kazu, masz ochotę na kąpiel?
Kazuki: Kąpiel nie zmyje ze mnie zmazy, którą jest cierpienie towarzyszące mi przez całe życie. Egzystencja na tym świecie nie ma żadnego sensu, jeśli...
Yoshiatsu: *ciągnie go do łazienki* Po powtórnym przemyśleniu mojego pytania stwierdzam, że muszę ci poprawić humor.
Kazuki: . . .
* * *
An: *wskakuje do wanny* *rozchlapuje wodę dookoła*
Reiya: *ociera sobie twarz z wody* Nadal nie jestem pewien, czy to dobry...
An: *wciąga Reiyę do wanny*
Reiya: ...pomysł.
* * *
Haru: *zakłada Ryoheiowi wianek na głowę*
Ryohei: A to po co?
Haru: Wyglądasz teraz mniej jak łysa pała. A z łysą pałą kąpać się nie będę.
Ryohei: . . .
* * *
Roji: Yusuke~
Yusuke: Preferuję prysznic.
Roji: Pod prysznicem też możemy~
Yusuke: Lewą rękę mam sprawną i nie zawaham się jej użyć.
Roji: W sensie?
Yusuke: Walnę cię~
Roji: . . .
* * *
Yue: *podrapany* *i pogryziony* Załapałem. "Nie".
Lime: Cieszę się, że się rozumiemy. Chyba, że...
Yue: Jeszcze się uszkodzisz. Nie.
Lime: . . .
* * *
Reiki: Wskakujesz do tej wanny?
Kyonosuke: Czekam na statek matkę.
Reiki: Co.
* * *
Masato: Wakita, bo jest taka reklama...
Akiya: Obawiam się, że się nie zmieścimy.
Masato: . . .
* * *
Haro: A oblałeś się na tę okazję miodem, bo?
Haru: Zobaczysz~
Haro: . . .
* * *
Mitsuru: Saito, chodź się kąpać.
Bou: Sam nie pójdę.
Mitsuru: Saito, właśnie o to mi chodzi, żebyśmy poszli razem.
Bou: No to biegnę!
* * *
Sugizo: Inoue~
Inoran: Yune, ile ty masz lat?
Sugizo: Za dużo, żeby przyjmować odmowę~
Inoran: . . .
Inoran: W sumie czemu nie~?
* * *
The end

sobota, 4 stycznia 2020

Są rzeczy ważne i ważniejsze

Zespół: Dadaroma&Xaa-Xaa
Pairing: Yoshiatsu&Kazuki, wspomniane Reiya&An
Dozwolone od: 17+
Gatunek tekstu: komedia
Ostrzeżenia: brak
Notka autorska: Zainspirowane pewną informacją znalezioną na Twitterze.


Czasem jest tak, że coś kochasz.
Czasem jest tak, że kochasz kogoś.
Czasem jest też tak, że ten ktoś tego czegoś...
- Zostaw te papierosy.
...nie toleruje.
Zamarłem z niezapalonym papierosem w ustach i zapalniczką w dłoni. Kazuki mierzył mnie wzrokiem jak zawsze, gdy próbowałem zapalić przy nim.
- Ale Kazu...
- Oddaj.
- Ale...
- Oddaj.
No patrzcie państwo, jaki stanowczy! Teraz to nagle "Oddaj", a tak to tańczy, jak mu zagram.
...no, powiedzmy.
- Yocchi, co ja ci mówiłem?
- Nie będzie zabawy, jak będą pety - powtórzyłem jego słowa, intonując mój głos na typowo dziecięcy. - Niech ci będzie.
Kazuki uśmiechnął się zadowolony, kiedy chowałem papierosa z powrotem do pudełka.
Bo czasem jest też tak, że ten ktoś, kogo kochasz, wie, co lubisz bardziej od tego, co lubisz mniej.
Brzmi to głupio, ale tak jest.
I ja już wolę nie palić, niż mieć wieczny szlaban w łóżku.
Wieczny!
Raz wytrzymałem tydzień.
A potem tyle samo nie paliłem, bo musiałem nadrobić.
- Dałbyś mi w końcu spokój - mruknąłem, opierając się o parapet łokciami.
Głupie uke.
- Rzuć, to ci dam - odparł, stając przy mnie.
- Dasz to mi dzisiaj coś innego.
- O ile nie zapalisz.
- E fe fe fe.
- Co? - Kazuki zaśmiał się krótko, patrząc na mnie z uwagą. - Ja z tobą nie mogę.
- Możesz, możesz - trąciłem go w ramię. - Wszystko możesz.
- Tyle to wiem.
- Tylko Reiyi nie mów.
- Zabiłby cię.
- Albo powiedziałby Anowi, a An stwierdziłby, że dobry pomysł i potem wszystko byłoby na mnie.
- Na ciebie? A ja?
- Ty jesteś jego kochanym, słodkim braciszkiem - złapałem Kazukiego za policzki. - Przecież na ciebie to on głosu nie potrafi podnieść. A ja jestem tym złym, niedobrym seme, które mu tego braciszka posuwa.
- To brzmi źle.
- Wiem. Miało brzmieć.
- Yoshiatsu, ja cię proszę.
- Prosić to mnie możesz w nocy o więcej.
- Yocchi!
- Tak też możesz krzyczeć.
Kazuki westchnął ciężko i pokręcił głową.
I znowu się śmiał.
I tak ma być.
- Z Rojim też tak próbowałeś? - spytałem.
- Nie. Z nim się nie dało. I tak podpalał tego papierosa - Kazuki wzruszył ramionami.
- Czyli jestem grzeczniejszy? - zdziwiłem się.
- W tym aspekcie? Tak - przyznał Kazuki.
- W tym aspekcie?
- Tak, w tym aspekcie. Weź tę rękę.
- Nie.
- Zabierz. Tę. Rękę.
- Nie.
- Po co ja się w ogóle odzywam?
- Możesz się do mnie odzywać w inny sposób~
- Yocchi...
- Na przykład w taki~
I czasem też jest tak, że ktoś, kogo kochasz, jest upartym osiołkiem i tak długo będzie cię przekonywać do rzucenia palenia, aż w końcu to zrobisz.
W temacie papierosów moja wola okazała się silna.
W temacie seksu... Ani trochę.
Ale jest jeszcze jedna zaleta.
Wywołałem tym moim postanowieniem najpiękniejszy uśmiech na świecie.
I nawet śmiech!
Reasumując, czasem warto zrezygnować z czegoś, co się tylko lubi, dla kogoś, kogo się kocha.
I niczego nie żałuję. Zwłaszcza, że wyszło mi to na zdrowie.
The end

czwartek, 19 grudnia 2019

The world knew it before us

Zespół: Dadaroma&Xaa-Xaa
Pairing: Yoshiatsu&Kazuki, wspomniane Tomo&Takashi i Reiya&An oraz Yoshiatsu&Yusuke, Roji&Kazuki i Reiya&Haru w przeszłości
Dozwolone od: 17+
Gatunek tekstu: obyczajowy
Ostrzeżenia: brak
Notka autorska: Zainspirowałam się tym, jak Kann mi opowiedziała, że jej przyjaciółka ma teraz chłopaka, który długo był jej kumplem i wszyscy wiedzieli, że kiedyś będą razem.


Kiedy tylko nasze zespoły powstały, wytwórnia od razu postanowiła stworzyć z nich coś na zasadzie pakietu. Nie przeszkadzało nam to, bo szybko załapaliśmy wspólny język i wytworzyła się między nami prawdziwa więź przyjaźni.
Właściwie... To były ciekawe czasy. Tomo i Takashi praktycznie od razu zapałali do siebie miłością, Reiyi i Haru zajęło to trochę dłużej. Pamiętam jednak, jak wszyscy dziwili się, kiedy zszedłem się z Yusuke, bo byli pewni, że jestem z tobą. Nie, że się w tobie zakochałem czy że nas do siebie ciągnie czy coś. Nie. Od razu wszyscy z góry zakładali, że my już jesteśmy razem. Na twój związek z Rojim reagowali podobnie, chociaż większość była już poinformowana o tym, że nie, nie jesteś ze mną. To tylko przyjaźń, nic więcej. Trochę trudno było im w to uwierzyć, kiedy widzieli te wszystkie zdjęcia, gdzie trzymamy się za ręce albo tę sławetną fotografię w deszczu. Lecz taka była prawda. Nie byliśmy razem.
Ale to do mnie przychodziłeś, gdy między tobą i Rojim pojawiły się spięcia. Yusuke, widząc cię w progu, od razu wiedział, że potrzebujesz rozmowy ze mną. Reiya od zawsze powtarzał, że jestem jedyną osobą, która potrafi wyciągnąć cię z dołka i przemówić ci do rozsądku. Ani Roji, ani nawet on sam tego nie umieli. Ani oni, ani Haru, Lime czy ktokolwiek inny z twoich znajomych. Tylko ja.
Związek Reiyi i Haru rozpadł się dosyć szybko i w zgodzie. Nikogo to nie obeszło, nikt nawet nie był zdziwiony, a oni sami pozostają w dobrych stosunkach do dzisiaj. Zupełnie inaczej było w przypadku twojego konfliktu z Rojim. Do tego wszystkiego wmieszał się jeszcze Reiya i przepraszam, ale prawdopodobnie ja też dołożyłem swoją cegiełkę, bo nie mogłem patrzeć na to, jak się męczysz. Na całe szczęście Yusuke mnie naprostował. Reiya zresztą też dał sobie spokój, ale Roji postanowił zniknąć zarówno ze sceny, jak też z naszego życia.
No, może nie do końca. Z Yusuke utrzymywał kontakt, z Reiyą też. Ze mną pozostał na zasadzie składania sobie życzeń urodzinowych i noworocznych. Typowy znajomy z dawnych lat, z którym nie ma się już stałego kontaktu.
To i tak podburzyło nasze ustabilizowane, wydawałoby się, życie. Dwa związki szlag trafił. Co, jak, kiedy to się stało? Na dokładkę w waszym zespole pojawił się An i zakochany Reiya, który pewnego razu, przez zagapienie się na tego uroczego perkusistę, zderzył się w pięknym stylu z drzwiami, wprowadził jeszcze więcej chaosu.
Dobrze, że Haru wziął sprawy w swoje ręce i podpowiedział Anowi, jak poderwać twojego brata, bo przyrzekam, że za cholerę bym tego dłużej nie wytrzymał i w końcu sam kopnąłbym jednego i drugiego w dupę, aby tylko się ogarnęli.
Tymczasem Yusuke zaczął mieć problemy z drżącą ręką, co w przypadku bycia perkusistą było uciążliwe. W końcu wykopałem go do lekarza i dowiedzieliśmy się, że to by było na tyle w temacie posiadania przez nasz zespół perkusisty. Co więcej, trochę mi, szczerze mówiąc, odbiło i Yusuke stwierdził, że jeśli mam być taki nadopiekuńczy i przedkładać jego chorobę nad wszystko inne, łącznie z moimi marzeniami, to lepiej będzie, jak się rozstaniemy.
I nagle znowu byłem singlem. Nagle zdałem sobie sprawę z tego, że w moim łóżku jest pusto. Nagle wszystko wokół znowu stało się wyblakłe i bez sensu. Nawet jeśli czasem poznałem jakąś ładną panią, to był to jedynie seks i nic więcej. A Tomo i Takashi jeszcze bardziej nie rozumieli, co się dzieje wokół nich.
Nie wiem, kiedy się zorientowałem, że jedyną osobą, która zaprząta moje myśli, jesteś ty. Zmęczony, smutny, zamyślony ty, ze stertą niepokojących, depresyjnych tekstów w jednej dłoni i chusteczkami w drugiej. Może wtedy, gdy odwiedzając Yusuke, zobaczyłem w kuchni Rojiego, siedzącego w czarnych, przetartych dresach i jedzącego ryż z warzywami. W moim umyśle pojawiła się wtedy myśl, że śmiesznie by było, gdybyśmy wymienili się na partnerów, po czym doszedłem do wniosku, że nie. To nie byłoby wcale zabawne. To byłoby cudowne, a twój śliczny uśmiech zamigotał mi przed oczami. Więc tak, może właśnie wtedy.
Przytulam cię do siebie, wtulając twarz w twoje włosy. W powietrzu wciąż unoszą się wszystkie emocje, westchnięcia i echo naszych imion. Muszę cię chronić, zwłaszcza przed tobą samym. I wcale mi to właściwie nie przeszkadza, pomijając fakt, że się o ciebie czasem boję. Podoba mi się ta rola. Bo świat wiedział o tym przed nami. I, jak widać, miał całkowitą rację.
The end

sobota, 9 listopada 2019

Mirror II

Zespół: Dadaroma&Xaa-Xaa
Pairing: Yoshiatsu&Kazuki
Dozwolone od: 17+
Gatunek tekstu: obyczajowy
Ostrzeżenia: *patrzy na listę* Tak, delikatne samookaleczanie się i coś w rodzaju depresji to nadal powód do ostrzeżeń. Przepraszam. *rzuca listę za siebie*
Notka autorska: Druga część~


Yoshiatsu wyjął z trzęsących się dłoni Kazukiego klucze i otworzył drzwi. Nie cierpiał takiej powolności. Chociaż akurat Kazukiemu mógł to wybaczyć.
- Trzeba zrobić ci jakiejś ciepłej herbaty. Albo kawy - stwierdził Yoshiatsu, wchodząc do środka i rozkładając parasol, by wysechł.
- Ale to ty jesteś gościem... - zauważył Kazuki.
- Wprosiłem się - zauważył Yoshiatsu. - Poza tym, tak często u ciebie ostatnio bywam, że prawie, jakbym tu mieszkał. Idź po suche ciuchy, a ja zajmę się herbatą.
W tym momencie w przemoczonej torbie Kazukiego zaczął wibrować telefon.
- Reiyą też się zajmę - Yoshiatsu zabrał przyjacielowi torbę sprzed nosa. - Idź się przebrać, bo sam to zrobię.
- Niech ci będzie - Kazuki ruszył w stronę szafy.
Lustro wisiało naprzeciwko drzwi, więc pierwszym, co Kazuki zobaczył, wchodząc do łazienki, było jego własne odbicie. Krople deszczówki wciąż spływały na jego ramiona.
Zamknął drzwi i oparł się o nie plecami. Słyszał, jak Yoshiatsu rozmawia z Reiyą. Ale zauważył coś dziwnego. Drugi wokalista nigdy nie brzmiał tak poważnie.
- Nie, nie wiem, co mu strzeliło do głowy, żeby położyć się w tej kałuży - stwierdził Yoshiatsu. - Pojęcia nie mam. Nie, nie była aż tak głęboka, płytka może na dwa centymetry.
Kłamał. Pewnie po to, by nie martwić Reiyi. Albo nie chciał sam przed sobą przyznać, że ta kałuża naprawdę była w takim zagłębieniu, że spokojnie można by było się w niej utopić.
- Reiya, uspokój się - tym razem Kazuki ledwie go usłyszał. Yoshiatsu bowiem ściszył głos. - Co? Plaster? Tak, chyba jakiś miał, czemu pytasz?
Na chwilę zapadła cisza.
- Kazuki nie jest aż taki głupi, Reiya - Yoshiatsu był wyraźnie oburzony. - To nie jest jakiś piętnastoletni gówniarz, on ma prawie trzydzieści lat. Histeryzujesz. To jest...
Z każdym słowem mówił ciszej i oddalał się od drzwi łazienki. Co było dalej, Kazuki już nie usłyszał.
Spojrzał w lustro. Srebrna tafla odbijała jego zmęczone i wciąż mokre od deszczu oblicze.
Głupi? Gówniarz?
Ale przecież... On był... Aż tak głupi...
Rana z poranka szczypała.
Lustro było coraz bliżej.
I nagle...
TRZASK!
Pękło.
Nie wytrzymało kolejnego uderzenia. Wszystkie pęknięcia powstałe wcześniej poszerzyły się. Odłamki jeden za drugim spadały na półkę, podłogę i do umywalki.
Brzdęk, brzdęk, brzdęk.
Rama runęła z głuchym łoskotem, spadając z zardzewiałego gwoździa. Łupnęła o umywalkę, uszkadzając kruchą porcelanę i kran. Kilka kafelków również odpadło, rozbijając się o podłogę.
Krwi było tym razem o wiele więcej. Czy to dlatego, że uderzenie było silniejsze?
Drzwi otworzyły się gwałtownie. Yoshiatsu stanął w progu, omiótł wzrokiem łazienkę, spojrzał prosto w oczy Kazukiego i odłożył telefon na szafkę.
- Postradałeś zmysły? - spytał w końcu, przenosząc wzrok na dłoń przyjaciela. Stał tak przez chwilę, po czym zaklął i uderzył pięścią w ścianę.
Kazuki tylko na niego patrzył. Nie mógł się ruszyć. Nie mógł wykrztusić słowa. Krew spływała po jego dłoni na podłogę, ale nawet na to nie zwracał uwagi.
- Gdzie masz bandaże? - wycedził Yoshiatsu przez zęby. - No mów!
Kazuki wskazał mu szafkę przy drzwiach. Yoshiatsu, klnąc pod nosem, wyjął apteczkę i złapał przyjaciela za zdrową rękę.
- Co robisz?
- A jak myślisz? - warknął Yoshiatsu, ciągnąc go za sobą. - Jak myślisz, co robię?
Yoshiatsu posadził Kazukiego na łóżku.
- Ręka.
- Yocchi...
- DAJ TĘ ŁAPĘ! - wrzasnął Yoshiatsu, a Kazukiego aż przeszedł dreszcz, ale posłusznie podał przyjacielowi rękę do opatrzenia.
Yoshiatsu przemył ranę wodą utlenioną, położył gazik i obwiązał dłoń bandażem. Kazuki miał wrażenie, że palce nieco mu drżą.
- Już. Powiedz, jak za ciasno - stwierdził Yoshiatsu.
- Jest okej - odparł Kazuki.
- Czemu to zrobiłeś? - spytał Yoshiatsu. - Co cię podkusiło, żeby walnąć łapskiem w lustro, co? Co ci strzeliło do łba?
- Nie wiem... - Kazuki starał się na niego nie patrzeć. Utkwił wzrok w swoich stopach.
- A ja cię broniłem przed Reiyą. Cholera, nie spodziewałem się, że ten nadopiekuńczy, starszy brat będzie miał rację - Yoshiatsu wyjął z kieszeni papierosy, ale gdy otworzył paczkę, okazało się, że jest pusta. - A, no tak, miałem kupić. Kuźwa mać.
Yoshiatsu rzucił pustym opakowaniem o ścianę.
- Kazuki, do cholery - Yoshiatsu złapał go za ramiona. - Co ci jest? Nie możesz tak robić. Kuźwa no, nie możesz. To lustro było już wcześniej popękane, ale myślałem, że to ze starości. Dlaczego to robisz? Spójrz na mnie i mi odpowiedz.
- Nie wiem... - Kazuki westchnął cicho. - Nie lubię... Nie cierpię siebie. Może to dlatego.
Yoshiatsu zmarszczył się nieco.
- No to w tym temacie kompletnie się różnimy, bo ja ciebie kocham - oznajmił, jak gdyby nigdy nic.
- Co? - Kazuki zamrugał i zastygł w bezruchu, gdy ciepłe usta Yoshiatsu dotknęły jego - nadal zmarzniętych i mokrych od deszczu.
Tak, to definitywnie nie był przypadek. Takie rzeczy nie zdarzają się bez powodu.
Za oknem wiatr rozsunął chmury, zza których wyjrzało słońce. Ciepłe promyki wpadły przez okno, oświetlając leżących nago pod białą pościelą wokalistów.
I pewnie by zostali jeszcze tak długo, gdyby nie oburzona sąsiadka, która przyszła powiadomić Kazukiego, że zalewa jej mieszkanie.
Cóż, są rzeczy, przez które zapomina się o całym świecie. Zwłaszcza o takich błahych sprawach jak to, że spadające lustro uszkodziło kran.
The end

piątek, 8 listopada 2019

Mirror I

Zespół: Dadaroma&Xaa-Xaa
Pairing: Yoshiatsu&Kazuki
Dozwolone od: 17+
Gatunek tekstu: obyczajowy
Ostrzeżenia: *patrzy na listę* Czy delikatne samookaleczanie się i coś w rodzaju depresji to powód do ostrzeżeń? Chyba tak. Przepraszam. *rzuca listę za siebie*
Notka autorska: Jak wyżej. Ogólnie powiedzmy, że chciałam po prostu napisać coś takiego. Zainspirował mnie mój własny fik. Tyle, że tam Ryohei zrobił to przez przypadek, a tutaj... No właśnie.

Zwyczajne, stare lustro. Jeszcze takie z dodatkiem srebra. Trochę popękane, ale solidne. W obtłuczonej ramce, którą trzeba było sklejać już dziesiątki razy.
Właściwie to powinien dawno temu to lustro wyrzucić. Wcisnąć gdzieś między jakąś starą, zardzewiałą wannę a obsikaną przez psa kanapę. Nawet go nie kupił. Wisiało tu jeszcze od czasów poprzednich właścicieli mieszkania. Tyle, że gdy się tutaj wprowadził, było całe.
Rysy zaczęły pojawiać się później. Jedna po drugiej. I było ich coraz więcej i więcej. Głównie za jego sprawą.
Nawyk. Nawyk uderzania otwartą dłonią w lustro. Może właśnie dlatego ono wciąż tu wisiało? Takie z tworzywa sztucznego, wyprodukowanego w jednej z dzisiejszych fabryk, nie przetrwałoby nawet jednego uderzenia. Od razu spadłoby z gwoździa i rozbiło się na milion kawałków. A to? A to nawet nie drgnie. I tylko czasem trzeba z niego zmyć drobne krople krwi.
Solidne lustro. Dobre lustro. Tylko ta ramka trochę nijaka, chyba dorobiona o wiele później, wymieniona. Z czego była oryginalna? Ze złota, srebra, platyny? To raczej jest tylko pozłacana tombakiem miedź. Nie pasuje do srebrnej tafli, którą otacza.
W sumie sam nie wiedział, czy bardziej przypominał lustro, czy tę ramkę. Wpatrywał się w swoje własne, znienawidzone odbicie i nie wiedział, po co to robi. Jednocześnie uważał siebie za kogoś nic niewartego, a z drugiej wciąż chciał tutaj być. Być potrzebny, kochany, uwielbiany...
Uderzył dłonią w lustro. Słyszał bicie własnego serca, które teraz trzęsło się w jego klatce piersiowej z szybkością, z którą koliber trzepocze skrzydłami. Ten dźwięk zmieszał się z trzeszczącym szkłem pod jego palcami.
Kolejna rysa. Kolejne krople krwi. Norma. Kolegom z zespołu powie to, co zwykle. Że kroił warzywa, że kot sąsiadów, że ostra krawędź poręczy... Pośmieją się z niego, że taki z niego ciapciak. Tylko jego brat zmierzy go wzrokiem. I tyle. I tak wie, że nic więcej nie zdoła zrobić.
To tylko lustro. Zwyczajne, stare lustro. I siatka pęknięć na srebrnej tafli. Prawie taka sama jak na jego dłoni.
Plaster w kolorowe wzory przyklejony na ranę, która trochę szczypie. Nic wielkiego. Nie ma problemu. To tylko mała ranka. Nic wielkiego.
Czasem bywało lepiej. Głównie wtedy, kiedy była obok druga osoba. Kiedy ktoś się do niego uśmiechnął. Kiedy nie wracał do pustego mieszkania. Na trasie praktycznie nie odczuwał, że coś jest nie tak. Bo był potrzebny.
A tutaj? Czy komukolwiek zależy, by tu został? Powinien przestać o tym myśleć. Powinien już iść na próbę.
Ale tam będzie An. Widok tego wiecznie uśmiechniętego perkusisty będzie mu przypominał o tym, że Roji odszedł. Z zespołu, z jego życia... Zniknął. An będzie go drażnił, drażnił jak ostry zapach chemikaliów, kiedy wejdzie się do przemysłowego działu w supermarkecie.
Lubi Ana. An jest w porządku. Ale An zastąpił Rojiego w zespole. A każde zastępstwo Rojiego w jego życiu kończyło się kolejnymi rysami na srebrnej tafli lustra i wnętrzu jego dłoni.
Może gdyby nie żył w swoim świecie, zauważyłby, że od dobrej godziny deszcz wesoło bębni w żelazne parapety. Wziąłby wtedy parasol i nie szedłby teraz kompletnie przemoczony, z rękami w kieszeniach i z wielką chęcią zawrócenia do domu i pozostania tam do końca życia.
Lało jak z cebra. Czy pójście na próbę w takiej sytuacji ma w ogóle jakikolwiek sens? Jeszcze się rozchoruje, a Reiya znowu będzie się o niego martwił. Nie chce martwić Reiyi. Nie chce martwić nikogo. Ani Ana, ani Haru, a już zwłaszcza swojego brata.
Ale w sumie jak już wyszedł, to czy jest sens wracać do domu? To też zmartwi Reiyę, bo nie pojawi się na próbie.
Westchnął ciężko. Same problemy przez tę ulewę. Lubił deszcz. Utożsamiał się z deszczem. Ale w takich sytuacjach nieco go irytował.
O tym, jak bardzo się zamyślił, zorientował się w momencie, gdy wystraszył się zbyt szybko jadącego samochodu. Podskoczył z przestrachu, potknął się i wpadł w kałużę na trawniku. Głęboką kałużę. Właściwie to zastanawiał się, czy to ziemia tak przemokła, czy w tym miejscu było jakieś zapadlisko, bo woda praktycznie go zakryła.
Zamknął oczy. Nic nie słyszał, w trzech czwartych zanurzony w wodzie. Rozłożył ręce i stwierdził, że chyba tyle by było z jego pójścia na próbę.
I w sumie teraz na pewno się przeziębi. No cóż, czasem ciało też musi być chore, jak widać to nie tylko domena duszy.
Ale w tym momencie poczuł, jak czyjeś palce zaciskają się na jego ramieniu i ktoś wyciąga go z wody.
- Co ty, do cholery, wyprawiasz?
Otworzył oczy. Lśniące od złości i zmartwienia, odbijające czerń parasola oczy Yoshiatsu świdrowały go na wskroś.
- Moknę - odparł Kazuki spokojnie. - Tylko tak... Ekstremalnie.
- A już myślałem, że chcesz się utopić w kałuży - Yoshiatsu wstał i pociągnął Kazukiego za sobą. Drugiemu wokaliście niezbyt chciało się zmuszać swoje nogi do współpracy, ale wiedział, że jakakolwiek dyskusja z jego przyjacielem nie ma sensu.
- Głęboka w sumie - mruknął Kazuki, patrząc na kałużę. - Jak ludzki smutek.
- O matko... - Yoshiatsu popatrzył w górę. - Bogowie, za co?
- Hm?
- Nic, nieważne. Chodź już - Yoshiatsu pociągnął go za rękę. - Musisz się przebrać, bo jak się przeziębisz, Reiya dostanie szału.
- Wolałbym, żeby ktoś inny się o mnie tak martwił - stwierdził Kazuki, drepcząc za Yoshiatsu.
Czarny parasol nad ich głowami odbijał deszcz padający z równie czarnych chmur. Woda chlupotała Kazukiemu w butach, kiedy zastanawiał się, co Yoshiatsu tak właściwie robił w tej okolicy. Ale wolał go nie pytać. Nie chciał znać prawdziwego powodu. Wolał myśleć, że to jakaś siła wyższa kazała mu wyciągnąć go z tej kałuży.