Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary
Pairing: Simon the Butcher&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)
Dozwolone od: 17+
Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU
Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"
Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język (czasami, bo Simon ma character development) + w tej części pojawia się dość turpistyczna, nieco obrzydliwa scena, więc lepiej odłóżcie wszelkie napoje i pokarmy
Notka autorska: Serio, nie jedzcie nic.
Ryland nawet nie protestował, kiedy Simon po prostu zniósł go na dół, tym razem na plecach. Pomyśleli, że może w taki sposób, kiedy to uszkodzone biodro będzie lepiej podparte, to przestanie aż tak mu doskwierać. Oczywiście Ryland się do tego nie przyznał, ale nie pomogło ani trochę. Miał wrażenie, że gdyby całe jego ciało nie przylegało stricte do pleców Simona, to zgiąłby się z bólu w pół.
Nic nie jadł tego wieczoru. Po prostu na autopilocie dotarł do łóżka i skulił się w pozycji embrionalnej, usiłując oddychać. Było mu niedobrze, miał zawroty głowy i bywały momenty, w których tracił świadomość tego, co się wokół niego dzieje.
Simon poszedł się wykąpać i Ryland myślał tylko o tym, żeby chociaż przebrać się w piżamę, zanim przyjdzie do sypialni. Nie chciał jeszcze bardziej go martwić. Musi jakoś przecierpieć ten stan, a potem wszystko przejdzie. Tak. Nic się nie dzieje.
Udało mu się nawet poskładać wszystkie ubrania w kostkę i wciągnąć na siebie koszulkę i dresy. Wszedł pod kołdrę i zamknął oczy. Simon przyszedł po chwili i położył się obok.
Ryland próbował zasnąć, ale nie mógł. Ból był nie do zniesienia. Nasilał się z każdą chwilą, a on zaczął chyba nawet lekko dygotać.
- Rye? - usłyszał jego głos, a prawa dłoń Simona wylądowała na jego czole. - Rye, ty chyba masz gorączkę.
Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że ledwie czuje różnicę między swoją temperaturą, a skórą na dłoni Simona, którego ciało zawsze było cieplejsze o kilka stopni, prawdopodobnie przez tę mutację.
- Jesteś cały spocony - stwierdził Simon. - Wiesz co, ja zrobię herbaty i poszukam czegoś przeciwgorączkowego, a ty idź się przebrać. Nie potrzebujesz do tego bólu biodra jeszcze przeziębienia.
- Uhm - Ryland wstał z łóżka.
Momentalnie zakręciło mu się w głowie, ale to zignorował.
- Dasz radę sam wejść do wanny?
- Mieszasz języki, przestań panikować - mruknął Ryland, idąc do łazienki przy ścianie. - Rób tę herbatę, ja po prostu wezmę prysznic.
- Ale ty jesteś uparty - stwierdził Simon, idąc do kuchni.
Kiedy Ryland dotarł w końcu do łazienki, poczuł, że to tyle na temat zachowania obiadu i śniadania i prawdopodobnie wczorajszej kolacji w żołądku. Właściwie czuł się, jakby zwymiotował jedzenie, które jadł jeszcze na Ziemi.
Ściągnął ubrania i dosłownie wczołgał się pod prysznic. Jego biodro dostało jakiegoś szału. On dostawał szału.
Oparł się plecami o ścianę. To nie było uszkodzenie mechaniczne. Mógł wpaść na to już wcześniej, ale nawet o tym nie pomyślał. Mógł się zorientować, że dzieje się z nim coś poważniejszego niż tylko kolejny efekt eridiańskiej grawitacji, ale...
...ale że puszczą mu zwieracze z bólu, to się nie spodziewał nawet w takiej sytuacji.
Tyle, że mocz chyba powinien być... żółty.
Nie był żółty.
I wręcz... lepki.
- Co do cholery...? - szepnął Ryland, ocierając sobie udo z krwi. - Si... mon...
I to było ostatnie, co zapamiętał, zanim osunął się na zimne kafelki.
* * *
Simon otworzył drzwi kopniakiem, kiedy tylko usłyszał zbyt dobrze znany mu głuchy dźwięk upadającego ciała. Wpadł do łazienki i chciał podbiec do Rylanda, ale w połowie drogi zauważył... krew.
Krew.
Krew na kafelkach. Krew na udach Rylanda. Krew na jego palcach.
Krew.
Zatrzymał się tak gwałtownie, że aż się przewrócił.
Jego palce dotknęły krwi.
Krwi.
KRWI.
To nie była jego krew. Do swojej krwi się przyzwyczaił. Tolerował ją.
Ale czyjaś?
O nie, nie, nie, nie.
Gorąco.
Duszno.
Aż czuł zapach żelaza wdzierający się do jego nozdrzy.
Nie.
Nie.
Za dużo.
Krew.
Kurwa mać.
Oddychaj, Simon.
Oddychaj.
Wdech.
Wstał.
Wydech.
Podszedł do Rylanda.
Wdech.
Jedna ręka pod kolana.
Wydech.
Druga ręka pod pachy.
Wdech.
Kurwa, skąd tu ta krew?!
W-wydech.
Przymknął oczy.
Wdech.
Odwrócił się i puścił się biegiem do wyjścia, po drodze łapiąc pnączami koc.
Wydech.
Oddychanie bolało.
Wdech.
Nic nie widział, biegł po omacku, ale enklawa wcale nie była taka duża.
Wydech.
Nie mógł patrzeć. Jak spojrzy, to znowu przestanie oddychać.
Wdech.
Ciało Rylanda było tak ciepłe, że ledwie czuł różnicę temperatur.
Wydech.
- ROCKY! ADRIAN! KTOKOLWIEK!
Wdech.
Wydech.
Wdech.
Wydech.
- ROCKY!
Wdech.
Wydech.
Wdech.
Wydech.
Nagle zdał sobie sprawę, że czuje krew na palcach prawej ręki.
Wdech.
Pogorszył sprawę.
Wydech.
Wbił Rylandowi swoje pazury do krwi.
- ROCKY!
- Simon?
- ROCKY! - Simon przylgnął do ksenonitu. - NO DALEJ, TWÓJ KUMPEL JEST W NIEBEZPIECZEŃSTWIE, RATUJ GO!
- Rocky nie ma pojęcia, co mówisz, ale źle, źle, źle - Rocky odwrócił się do Adrian. - Adrian, chodź tu, Grace potrzebuje naszej pomocy!
Obaj Eridianie przeszli w kombinezonach do enklawy. Simon podał im Rylanda i spojrzał na swoje dłonie.
Krew.
- SIMON?!
Ale on już ich nie słyszał...