Blog zawiera treści o związkach męsko-męskich i damsko-damskich. Jeżeli nie lubisz yaoi i yuri, to naciśnij czerwony krzyżyk i nie czytaj, zamiast obrzucać mnie błotem. Dziękuję za uwagę.

Polecany post

Five Flowers of Joy and One of Sadness I

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary) Dozwolone od: 17+ Gatunek tekstu: sc...

sobota, 22 sierpnia 2026

The only source of light in the total darkness II

 Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język

Notka autorska: Próbuję pamiętać o tym, żeby to dodawać, ale mam gościa i zapominam. Btw, właśnie obejrzałam PHM po raz czwarty. XD





- Gdzie właściwie zastała cię ta awaria? - spytał Simon, idąc w stronę ich domu.

- Niedaleko od miejsca, w którym mnie znalazłeś - przyznał Ryland. - Próbowałem zrobić kilka kroków, jak już przestałem panikować, ale tylko sturlałem się ze wzgórza i chyba nadwyrężyłem kostkę.

- Zrobiłeś co?!

- Trochę mnie boli, jak nią ruszam...

- Skręciłeś sobie kostkę?

- Nadwyrężyłem. Poboli i przestanie.

- Ryland.

- No dobra, skręciłem. Boli nawet, jak nią nie ruszam.

- I ty chciałeś iść sam?

- Adrenalina?

- Nie wytrzymam z tobą - Simon westchnął ciężko. - Ale to wyjaśnia, czemu się skrzywiłeś, jak ci zakładałem skafander na jedną nogę.

- Aż tak dobrze widzisz w tej całkowitej ciemności?

- Nadal mnie tylko słyszysz?

- Tak?

- To nie napawa mnie optymizmem - mruknął Simon, otwierając drzwi.

Blady blask zielonego wyświetlacza zegarka na baterie nadal był jedynym źródłem światła.

- Zostawię cię tutaj, może będziesz mógł cokolwiek zobaczyć - Simon posadził Rylanda na krześle i poszedł do piwnicy.

Ryland westchnął ciężko i spojrzał na godzinę. Zieleń cyfr nieco podrażniła jego oczy, zanim znowu przyzwyczaił się do faktu, że widzi cokolwiek.

Minęło z kilkadziesiąt minut, odkąd zaczęła się ta awaria, a on i tak czuł się, jakby przynajmniej trwało to kilka godzin.

I oczywiście musiał się uszkodzić, bo jakaś siła wyższa ewidentnie czerpała z tego co najmniej niezdrową satysfakcję.

- Rye, mamy problem - oznajmił Simon, wracając do pokoju. - Nie mogę znaleźć tych butli.

- Jak to "nie możesz"? - Ryland zmarszczył brwi.

- Nie ma ich. Były w kącie piwnicy, ale ich tam nie ma - odpowiedział nerwowo Simon.

Ryland przymknął oczy i próbował sobie przypomnieć, co ostatnio robił w laboratorium z Rockym i Adrian.

Potrzebował tlenu do czegoś?

Nie, chyba nie.

Albo może...?

...

O nie.

- ...Simon, ja je chyba zabrałem do Hail Mary - powiedział cicho.

- Zrobiłeś co?!

- Ja potrzebowałem ich do mojego eksperymentu, Adrian do swojego i jakoś tak wyszło - wyjaśnił Ryland. - Zapomniałem ich stamtąd z powrotem przynieść, jak widać.

- Idę powiadomić Rocky'ego w takim razie, siedź tu - stwierdził Simon, ruszając w kierunku drzwi.

- Czekaj! - Ryland próbował wstać, ale jedynie się przewrócił, zapomniawszy, że jest w skafandrze i że ma skręconą kostkę.

Simon podbiegł do niego i pomógł mu usiąść.

- Co ty znowu wyprawiasz? - spytał Simon.

- Nie bądź na mnie zły - powiedział cicho Ryland. - Nie chcę, żeby ostatnie, co zobaczę przed ewentualnym zgonem, było twoje zirytowane spojrzenie.

- ...głupi jesteś - Simon przytknął swoje czoło do jego. - Kocham cię, okej? Nie gniewam się.

- Na pewno?

- Na pewno - Simon położył dłoń na policzku Rylanda, a ten przechylił nieco głowę, by przynajmniej mieć iluzję tego, że ich ciała się dotknęły.

Jak w przypadku jego jakiegokolwiek kontaktu z Rockym...

- Idę - oznajmił Simon, wstając. - Nie uduś się tutaj.

Ryland zaśmiał się krótko, przymykając oczy. Jeśli miał jakkolwiek zapamiętać Simona, to właśnie w taki sposób.

* * *

Simon dobiegł do bariery i odkrył, że Rocky już tam był i coś majstrował przy jednym z mechanizmów.

- Grace w porządku, pytanie? - spytał Rocky, przerywając pracę na chwilę.

- Uszkodził sobie nogę, ale żyje, jeśli o to pytasz - odparł Simon z ulgą w głosie. - Zapomnieliście przynieść butle z tlenem z powrotem do naszego domu, matoły.

- Rocky nic o tym nie wie. Rocky spyta o to Adrian, stwierdzenie - Rocky wrócił do pracy przy urządzeniu.

- Niech ci będzie - stwierdził Simon i chciał machnąć ręką, ale ksenonit mu to nieco utrudnił. - Czyli macie to już pod kontrolą, tak?

- Tak, tak, tak - przyznał Rocky. - Simon zaopiekuje się Grace i jego nogą, pytanie?

- Możesz zostawić to w moich rękach, zwłaszcza w tej, którą sam zrobiłeś - obiecał Simon.

- Rocky nie zrobił ręki Simona sam, Adrian stworzył cały projekt - poprawił go Rocky.

- Szczegóły - Simon uśmiechnął się do niego i wtedy światło wróciło. - O, super, nie będę teraz jedynym, który cokolwiek widzi.

- Co Simon ma na myśli, pytanie?

- Wyszło na to, że widzę w ciemnościach przez mutacje - odparł Simon. - Z jednej strony to dobrze, ale...

Simon westchnął ciężko i spojrzał na swoją lewą rękę.

- Simon przejmuje się, że nie jest człowiekiem, pytanie?

Simon podniósł na niego wzrok.

- Rocky myślał, że Grace wyjaśnił Simonowi dawno temu, że Simon jest człowiekiem, stwierdzenie - mruknął Rocky. - Simon głupi, stwierdzenie. Kiedy ostatnio Simon spał, pytanie?

- Nie jestem Rylandem, umiem zapanować nad swoim trybem snu - stwierdził Simon. - Ale dzięki, stary. Ty na pewno jesteś bardziej obiektywny niż Ryland i Adrian.

- Tak, tak, tak. A teraz niech Simon już idzie, Rocky musi jeszcze parę rzeczy sprawdzić - Rocky odpędził go od bariery.

Simon uśmiechnął się i zdjął kombinezon, po czym ruszył w drogę powrotną do domu.

środa, 19 sierpnia 2026

The only source of light in the total darkness I

 Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język

Notka autorska: Witam serdelecznie! Zgadnijcie, co. W sumie i tak długą przerwę miałam, nie? XD




Simon siedział w ogrodzie i pielił grządki, kiedy nagle zgasły wszystkie światła. Odłożył łopatkę i rozejrzał się.

Było tak ciemno, że ostatni raz doświadczył czegoś takiego na Eden. Nawet w więzieniu strażnicy raczej prędzej postaraliby się torturować ich ostrym światłem, niż ciemnością. Także od jakichś trzydziestu lat, jeśli dobrze liczy, bo odkąd Eridianie znaleźli sposób na przedłużenie im życia, zaczął się już w tym wszystkim gubić, jego świat skąpany był w blasku żarówek.

Słońce ostatni raz widział, gdy miał niecały miesiąc i mama poszła z nim do pracy, bo nie miała go z kim zostawić.

I tylko dlatego oboje przeżyli Ciche Zniknięcie.

Simon westchnął i po omacku zaczął iść w stronę drzwi, orientując się przy okazji, że jego wzrok powoli zaczął przyzwyczajać się do zmiany oświetlenia, a raczej jego braku. A nawet zaryzykowałby stwierdzenie, że jego oczy zdecydowanie zbyt dobrze widziały.

...

- Kolejna mutacja, co? - mruknął do siebie, chwytając klamkę od drzwi do ogrodu.

Wszedł do środka, uważając, by nie potknąć się o próg. Zdjął rękawiczki i odłożył je na stół.

Jedynym źródłem światła w całym domu był zegarek na baterie stojący na szafce. Jego bladozielony blask wyglądał w tych egipskich ciemnościach wręcz niepokojąco.

Simon podszedł do lodówki i otworzył ją, odkrywając, że ona również nie działa. Zaczął się zastanawiać, jak długo zajmie Eridianom naprawa tej awarii. Będą musieli zjeść jak najwięcej rzeczy, albo oddać je Adrian i Rocky'emu. Nie miał zamiaru wyrzucać czegokolwiek.

I kiedy otworzył słoiczek z sojowym jogurtem i już nawet zdążył zanurzyć w nim łyżeczkę, nagle coś do niego dotarło.

Odwrócił się gwałtownie w stronę zegarka. Nadal, mimo upływu tych wszystkich lat, miał mały problem z rozczytaniem liczb Eridian, dlatego dopiero teraz zorientował się, która była godzina.

Którąkolwiek ten szmelc na baterie wskazywał, Simon rozpoznał, że właśnie te znaki widział codziennie mniej więcej w momencie, kiedy Ryland wracał do domu. Więc albo siedzi teraz bezpiecznie ze swoimi uczniami, albo to zaciemnienie zastało go w drodze. W klasie pewnie ma jakąś latarkę, ale czy pamiętał, żeby ją ze sobą zabrać? Pomyślał w ogóle o możliwości, że coś takiego się stanie, jeśli nie zdarzyło się to... Według doświadczenia Simona, nigdy?

...

To Ryland. Oczywiście, że tego nie przewidział.

- Kurwa mać - warknął Simon, wrzucając słoik z nadjedzonym jogurtem sojowym do lodówki.

I wtedy dotarło do niego jeszcze coś bardziej przerażającego.

Lodówka nie działała.

Nie tylko światło zgasło.

Cały prąd szlag trafił.

Co oznacza, że...

- Kurwa! - Simon podbiegł do drzwi i otworzył je na oścież. - Ryland!

Biegł co sił w nogach, chociaż teoretycznie powinien oszczędzać tlen.

Bo dokładnie to im właśnie groziło. Skoro lodówka zgasła, to wysiadło wszystko. Łącznie z mechanizmami podtrzymującymi ich życie.

- Rye! - zawołał go raz jeszcze, rozglądając się wokół.

Muszą jak najszybciej powiadomić Rocky'ego. Ryland mówił, że gdzieś w domu są schowane kombinezony zrobione z ksenonitu.

Simon zatrzymał się gwałtownie. Powinien się cofnąć i je znaleźć. Ryland i tak go teraz nie usłyszy.

Jak pomyślał, tak zrobił. Pobiegł od razu do piwnicy i zaczął przekopywać wszystkie kartony, w dużej mierze wypełnione nietrafionymi prezentami od Adrian i Rocky'ego, których Ryland wstydził się oddać albo nawet przyznać, że mu się nie podobają.

W końcu znalazł pudło, w którym znajdowały się dwa ksenonitowe skafandry złożone w kostkę. Założył jeden, ale był tak niewygodny i poruszał się w nim tak wolno, że postanowił zrobić to dopiero, jak już znajdzie Rylanda. Wrzucił kombinezon z powrotem do pudła i wybiegł ponownie z domu.

Tym razem potknął się o ten cholerny próg.

- Ryland! - zawołał jeszcze raz, mając nadzieję, że ten w końcu go usłyszy.

Może powinien jednak biec w stronę bariery, żeby dać znać Rocky'emu, co się dzieje? Eridianie pewnie nawet nie zauważyli, że wszystko jebnęło! Przecież są ślepi!

Ale wtedy ryzykowałby życie Rylanda. Nie. Najpierw musi go znaleźć i wepchnąć go w ten cholerny skafander, a potem dopiero szukać pomocy.

- Rye! - spróbował raz jeszcze.

- Simon...?!

I prawie się przewrócił, gdy tylko usłyszał z oddali głos Rylanda.

Czyli miał, kurwa, rację. Ten matoł naprawdę akurat wracał do domu, bez latarki i teraz błądził po enklawie w ciemnościach!

- Siedź tam, gdzie jesteś, już idę! - zawołał Simon, biegnąc w stronę, z której usłyszał głos. - Tylko mów do mnie, będzie łatwiej!

- Co łatwiej?!

- Znaleźć cię!

- Czekaj, ty biegniesz?!

- Już cię widzę! - Simon zauważył rozmazaną sylwetkę Rylanda siedzącego na piasku.

Kiedy tylko się zbliżył, jego uwagę przykuło więcej niepokojących szczegółów. Ryland nie tyle siedział, co był skulony do pozycji embrionalnej. Oddychał bardzo płytko i zdecydowanie miał za wysoką temperaturę, co Simon poczuł, gdy złapał go za ramię.

- Rany Julek! - zawołał, odskakując od niego. - Simon?

- Tak, to ja - przyznał Simon. - Wszystko w porządku?

- Nic nie jest w porządku! - Ryland złapał go za koszulkę. - Mechanizmy podtrzymywania życia nie działają, światło zgasło, kompletnie nic nie widać!

- Twoje oczy nie przyzwyczaiły się jeszcze do ciemności? - zdziwił się Simon, zakładając skafander.

- Co? Jak niby by miały? Nie ma absolutnie ani jednego fotonu, o który mój wzrok mógłby się teraz zaczepić, żeby działać! - Ryland złapał się za włosy. - W pierwszym momencie myślałem, że nagle oślepłem, jeśli mam być szczery. Dopiero jak zaczęło się robić cieplej, to zrozumiałem, że jest jeszcze gorzej, niż podejrzewałem!

- Czekaj, to ty serio nic nie widzisz? - spytał Simon, zdając sobie sprawę, czemu Ryland nadal nie założył skafandra.

- ...a ty widzisz? - Ryland odwrócił się w jego stronę, ale rzeczywiście w ogóle na niego nie patrzył. - Jak?

- Pewnie mutacja - Simon wzruszył ramionami. - Czekaj, pomogę ci wcisnąć się w ten ksenonitowy szajs.

- Ksenon... Zabrałeś skafandry? - spytał Ryland, szeroko otwierając oczy.

- Pomyślałem, że zanim Eridianie coś wymyślą, musimy mieć jakąś ochronę - stwierdził Simon.

- A wziąłeś butle z tlenem?

- Już z pudłem było trudno się poruszać, aż tak dobrych latarek w oczach nie mam - odparł Simon, pomagając Rylandowi założyć skafander. - A ty powinieneś mieć swoją na wypadek, gdyby coś takiego stało się ponownie.

- Spróbuję pamiętać - Ryland westchnął ciężko. - Podasz mi laskę?

- Jesteś w stanie ją złapać w tym skafandrze?

- Wątpię, ale przecież nie będziesz mnie teraz... - Ryland krzyknął z przestrachu, kiedy Simon wziął go na ręce. - Simon, ja naprawdę mogę iść sam.

- A potem będziesz marudził, że cię stawy bolą.

- Nie lubię być taki ubezwłasnowalniany...

- Wiem, ale musimy się dostać do butli tlenowych, a to i tak nam trochę zajmie w tym szajsie.

- Niech ci będzie - Ryland próbował jakkolwiek wtulić się w Simona, żeby poczuć się lepiej, ale ksenonit dostatecznie blokował jakiekolwiek subtelniejsze ruchy.

I tyle z korzyści bycia naukowcem rasy noszonej...

środa, 29 lipca 2026

More Important than Something as Trivial as Breathing III

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język

Notka autorska: Ostatnia część. Chyba nie przetyrałam psychicznie Simona aż tak nawet w "Stars, stubborness and stupidity". Co on ze mną ma...




Zamrugał.

Był cały mokry.

Ale żył.

Usiadł powoli, krztusząc się wodą.

Próbował sobie przypomnieć cokolwiek, co się stało.

I jedyne, co potrafił, to paraliżujące uczucie strachu, kiedy tylko znalazł się pod powierzchnią.

A potem...

Chwila.

...dłonie?

- Simon?

Odwrócił się gwałtownie, nadal usiłując pozbyć się wody z płuc.

Ryland siedział obok niego, tak samo mokry jak on, bez okularów i butów i ze zdecydowanie zbyt spanikowanym wyrazem twarzy.

- Rye? - szepnął i wtedy Ryland przytulił go bez zastanowienia.

Simon chciał coś powiedzieć, ale nie mógł się skupić na ułożeniu jakiegokolwiek sensownego zdania, kiedy usłyszał, jak nienaturalnie szybko biło serce jego ukochanego.

Przymknął oczy i wtulił się w jego ramiona. Ryland podniósł z ziemi swój sweter i okrył ich obu.

Siedzieli tak przez dłuższą chwilę, jedynie słuchając swoich nierównomiernych oddechów.

Aż w końcu Simon jako pierwszy przerwał ciszę.

- Chyba się podtopiłem - powiedział odkrywczo.

- Tylko trochę - odparł Ryland, głaszcząc go po jego mokrych włosach. - Jak cię wyciągnąłem na brzeg, to praktycznie od razu się ocknąłeś.

- Gdzie Adrian?

- Kazałem mu zawiadomić lekarzy, że może być potrzebna ich pomoc.

- Rozumiem - Simon westchnął ciężko. - Gdzie byłeś, że tak szybko do mnie dopłynąłeś?

- Na plaży. Widziałem, jak spadasz. To Rocky cię zauważył na tym klifie, ale Adrian mu powiedział, że ma iść po mnie. Chyba się bał, że Rocky ci przywali - Ryland zaśmiał się słabo i skrzywił się nieco.

To dopiero przypomniało Simonowi, czemu w ogóle wdrapał się na ten klif, by pomyśleć w samotności nad sobą.

Odsunął się od Rylanda gwałtownie, wręcz go odpychając. Wstał i zrobił kilka kroków do tyłu.

Ryland patrzył na niego tak zranionym wzrokiem, że Simon od razu tego pożałował.

Ale w jego mniemaniu tak było lepiej.

- Nie powinieneś mnie ratować - stwierdził. - Ani teraz, ani jak Eridianie mnie znaleźli.

- O czym ty mówisz?

- Spójrz na siebie - Simon skrzyżował ręce na klatce piersiowej. - Ryzykowałeś życie, żeby wyciągnąć mnie z tego morza, wciąż będąc ranny po tym, jak kopniakiem pierdolnąłem tobą o ścianę. Nawet leków na sepsę nie przestałeś jeszcze brać!

- Simon...

- Ja nawet nie potrafiłem się zorientować, jak poważna to była wtedy sytuacja! - wrzasnął Simon. - Umierałeś na moich oczach, twoja krew była skażona, a ja ci poszedłem zrobić herbatki jak jakiś pieprzony debil!

- Simon.

- Taka prawda, Ryland - Simon kopnął kamień. - A teraz siedzisz tutaj i patrzysz na mnie tak, jakbyś w ogóle nie widział, jak ja wyglądam. Jakbyś nie widział tych kłów, pazurów, sztucznej ręki, poparzonej skóry, krwi zamieniającej się w mech i mutującej rzeczy i całej mojej pojebanej przeszłości, w której okrzyknięto mnie pierdolonym Rzeźnikiem, Rye. Gadasz te swoje teksty o tym, że moje ręce teraz służą tylko do tulenia cię i że mnie kochasz, ale ja jestem tylko byłym skazańcem z jakiejś zjebanej rzeczywistości, co ma zaniki pamięci, bo nawet nie pamiętał, że jego matka kopnęła w kalendarz, jak miał 14 lat!

- Co...?

- Zapomniałem, że moja własna mama nie żyje. Takim zjebem jestem, heh - Simon zasłonił sobie oczy dłonią. - Nawet nie mam już przy sobie noża, który mi dała. Medalik z nasionkiem albo się zgubił, albo ze mną zespolił, chuj wie. Nie mam nic. Mam tylko imię, Rye. Nawet nazwiska nie posiadam, bo ich na Eden po prostu nie było.

- To weź moje - powiedział Ryland, zanim pomyślał, co mówi, czego skutkiem było to, że zasłonił sobie usta dłońmi.

Simon spojrzał na niego przez palce.

- Czy ty jesteś szurnięty? - spytał, kucając przy nim. - Czy tylko głupi?

- Może jedno i drugie - stwierdził Ryland, opuszczając dłonie. - Czemu uciekłeś?

- Nie mogłeś przeze mnie oddychać.

- Żeby to pierwszy raz! - Ryland prychnął. - Nie mogłem oddychać, jak dostałem piłką w podstawówce prosto w klatkę piersiową, bo miałem refleks szachisty i zdecydowanie zbyt grube okulary, których na wuef nie mogłem nosić! Nie mogłem oddychać, jak wywróciłem się na lodowisku, kiedy w liceum poszedłem z moją koleżanką z klasy na randkę, ale nie wyszło nam, bo stwierdziła, że to była ulga, jak się wywaliłem, bo chociaż na chwilę się zamknąłem! Nie mogłem oddychać za każdym razem, jak dostawałem ataku paniki przed ważnym egzaminem na studiach albo wtedy, kiedy Lisa i Linda wymagały ode mnie wyznania im miłości! Nie mogłem oddychać, jak po raz pierwszy usłyszałem o Linii Petrovej! Nie mogłem oddychać, jak się zorientowałem, jaka przyszłość czeka moich uczniów! Nie mogłem oddychać, jak ludzie Stratt mnie złapali i wpakowali do celi, zanim mnie uśpili! Nie mogłem oddychać, jak pierwszy raz wyłączyła się grawitacja na Hail Mary! Nie mogłem oddychać, jak mnie krzesło przygwoździło do panelu sterowania! Nie mogłem oddychać, jak ratowałem Rocky'ego kilkanaście minut później i jak mnie jego atmosfera uderzyła z siłą granatu! Nie mogłem oddychać, jak się zorientowałem, jak powolna i bolesna śmierć czeka Rocky'ego, jeśli po niego nie zawrócę! Nie mogłem oddychać, jak mnie dopadły wszystkie szkorbuty i inne beri-beri przez niedożywienie! Nie mogłem oddychać, jak przy pierwszym spotkaniu spanikowany próbowałeś mnie udusić i jak później przypiliłeś mnie do dna morza, żeby mnie utopić, bo spanikowałeś ponownie! I nie mogłem oddychać, jak z bólu zsikałem się pod prysznicem, bo zignorowałem, ja zignorowałem, nie ty, kamicę nerkową do tego stopnia, że aż nabawiłem się sepsy! Nie jesteś jedynym powodem, dlaczego nie mogę oddychać! Jestem przyzwyczajony do tego, Simon! Ale ty jesteś ważniejszy od takiej trywialnej rzeczy jak oddychanie! Bo jakbyś mi tu się teraz utopił, to wtedy na pewno bym przestał oddychać, bo dostałbym kopanego przez gęś zawału!

Simon jedynie siedział na piasku i patrzył na niego przez cały ten czas. Ryland tylko westchnął ciężko.

- No co?

- Nie, nic - Simon spuścił wzrok. - Przepraszam.

- To dobrze, że nic, bo już myślałem, że znowu zaczniesz mówić o tym, jak seksownie wyglądam, gdy się wkurzam - mruknął Ryland.

- To nie ja to powiedziałem.

- Simon!

- Już przestaję - Simon złapał go za dłonie. - To... Oferta nadal aktualna?

- Jaka znowu... Co? - Ryland zamrugał. - Ty chyba nie mówisz poważnie?

- Jeśli akceptujesz moje splamione krwią dłonie, a ja kocham twoje gadulstwo i bycie najbardziej niezręczną osobą, jaką znam, to nie widzę przeszkód, żebyśmy się hajtnęli - Simon wzruszył ramionami. - Chyba dałoby się zorganizować coś takiego na Erid, co?

- To w sumie bardziej symboliczna sprawa, bo niepotrzebny nam tutaj papierek i wystarczyłoby, żeby nam Eridianie zrobili obrączki, ale... - Ryland zacisnął nieco mocniej palce na jego dłoniach. - Mówisz serio?

- Najwyżej zostanę mężobójcą, jak tym razem serio połamię ci te żebra - stwierdził Simon. - Bo coś mi się zdaje, że do rozumu ci nie przemówię.

- Zdrowy rozsądek to ja zostawiłem na Ziemi - Ryland wzruszył ramionami, wyswobodził dłonie z uścisku Simona i położył je na jego policzkach, po czym pocałował go czule.

- Adrian widzi, że już wszystko u was w porządku. Adrian nie musi się już martwić, stwierdzenie.

- Rocky nie byłby taki pewien. Simon nadal głupi, stwierdzenie.

Ryland jedynie się zaśmiał, kładąc Simonowi dłoń na ramieniu, żeby ten nie rzucił się na jego najlepszego kumpla.

Znowu.

The end

wtorek, 28 lipca 2026

More Important than Something as Trivial as Breathing II

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język

Notka autorska: A, zapomniałam napisać, że ten fik dzieje się między "Stars, stubbornness and stupidity" i "Scent of the Forest Flowers". Tak dla jasności.



Ryland obudził się rano z maską tlenową na twarzy. Eridianie nie pytali na razie, co się stało, ale wiedział, że to tylko kwestia czasu.

Czuł się już o wiele lepiej, chociaż plecy i mięśnie brzucha bolały go niemiłosiernie. Przynajmniej jego oddech się już unormował.

Usiadł więc i podwinął koszulkę. Zasinienie na jego brzuchu nie wyglądało dobrze. Właściwie to oceniłby je jako widok absolutnie fatalny.

Rozejrzał się. Był w medycznym pomieszczeniu sam, nie tak jak wtedy, gdy nabawił się sepsy i prawie wyzionął ducha przez własny upór i głupotę.

...gdzie jest Simon?

- Grace!

O nie, czas na niewygodne pytania.

Poprawił koszulkę i, tak jak przypuszczał, praktycznie od razu zmaterializował się obok niego Rocky.

- Grace okej, pytanie? Gregory twierdzi, że Grace miał problemy z oddychaniem w nocy. Co się stało, pytanie?

- Nic takiego, zwykły bezdech - Ryland machnął ręką.

- Co to bezdech, pytanie?

- Zanik przepływu powietrza przez drogi oddechowe. Czasem się coś takiego zdarza i...

- Grace kłamie, stwierdzenie.

- Dlaczego tak myślisz?

- Rocky widzi, że Grace ma obite mięśnie i nadłamane jedno żebro, stwierdzenie. Grace myśli, że Rocky jest głupi, pytanie?

Ryland westchnął i skrzywił się nieco, bo nadal był obolały. Dobrze, że Adrian pilnował małej Gracie, bo miałby jeszcze jego na głowie.

Pomińmy fakt, że popłakał się na samo wspomnienie o tym, jak Rocky nazwał swoje dziecko...

- Czemu Grace przecieka, pytanie? To przez rany, pytanie?

- Nie, przez ciebie.

- Przeze mnie, pytanie?

- Przypomniałem sobie imię twojego kamyka.

- Grace głupi, stwierdzenie.

- Wiem, wiem.

Rocky wdrapał się na łóżko i usiadł obok niego.

- Grace powie Rocky'emu, co się stało, pytanie? - spytał z troską w głosie.

Ryland cmoknął i usiadł wygodniej.

- Tylko nie bądź zły.

- Dlaczego Rocky miałby być zły, pytanie?

- Simon miał koszmar.

- I?

- Szamotał się przez sen i... Przez przypadek mnie kopnął, a wiesz, że te jego mutacje sprawiły, że może po prostu cię podnieść i...

- Simon zły, zły, zły! Rocky nie wybaczy, stwierdzenie - powiedział stanowczo Rocky. - Co ma znaczyć przypadek, pytanie? Partnerzy nie robią takich rzeczy partnerom!

- To nie było zamierzone, Rocky.

- Rocky'ego to nie obchodzi.

- Rocky.

- Simon nawet teraz tu nie siedzi, stwierdzenie. Nie jest przy tobie, stwierdzenie. Jak Grace miał sepsę, to Simon czuwał, a teraz nie, stwierdzenie. Simon twierdzi, że Grace jest jego domem, ale teraz jak widać już zapomniał, stwierdzenie.

- Czekaj, co? - Ryland spojrzał na niego uważnie. - Jego... domem?

- Tak Simon powiedział, stwierdzenie - Rocky zamilkł na chwilę. - Grace jest pewien, że to był przypadek, pytanie?

- Tak.

- Simona w domu nie ma, stwierdzenie. Tutaj też go nie ma, stwierdzenie. Więc gdzie jest, pytanie?

- Nie ma go? - Ryland próbował odsunąć kołdrę i wstać, ale Rocky był za ciężki, by mógł to zrobić. - Trzeba go znaleźć.

- Enklawa nie jest zbyt duża, stwierdzenie. Rocky go znajdzie. Grace zostanie tutaj - Rocky zeskoczył z łóżka.

- Czuję się na tyle dobrze, że mogę wrócić do domu - stwierdził Ryland.

- Jeśli Grace tak uważa, to niech idzie. Rocky idzie szukać Simona - oznajmił Rocky i wyszedł z Hail Mary.

Ryland westchnął i jęknął, bo znowu go przepona zabolała.

Co ten Simon wyprawia?

* * *

Simon siedział na brzegu klifu i patrzył na fale uderzające o brzeg plaży. Jedna za drugą rozbijały się o kolorowy piasek, jednocześnie niepokojąc go nieco, jak i sprawiając, że czuł się spokojniejszy.

Wiedział bowiem, że wystarczy, żeby się tylko trochę zsunął i wszyscy mieliby od niego spokój. Wszyscy byliby bezpieczni.

Spojrzał na swoje dłonie. Jeszcze wczoraj był pewien, że nie służą już do krzywdzenia i zabijania. Jeszcze wczoraj myślał, że nie jest już Rzeźnikiem. Że już nikogo nigdy nie zrani.

Schował twarz w dłonie. Rzucił Rylandem o pierdoloną ścianę. Kopnął go tak mocno, że zabrał mu oddech. I nieważne, jak długo by go ten pieprzony altruista przekonywał, taka właśnie była prawda. To nie Rocky czy Adrian prawie połamali Rylandowi żebra, tylko Simon. I to nawet nie specjalnie, tylko podświadomie.

Obudził się w momencie, kiedy tylko poczuł, że jego stopa czegoś dotknęła. Ale jak otworzył oczy, to zdołał zobaczyć jedynie Rylanda uderzającego z impetem o ścianę i osuwającego się na podłogę.

Na Ostatnie Drzewo, on nadal musiał brać leki po tym, jak prawie się przekręcił przez tę cholerną sepsę!

Simon objął swoje nogi i skulił się. Nie powinien w ogóle tu być. Powinien zginąć w tej pierdolonej puszce, tak jak wiele razy widział to we śnie. I czasem zastanawiał się, czy to rzeczywiście się nie stało, tylko z jakiegoś powodu zamiana w drzewo cofnęła się w momencie, kiedy wyjebało go w przeszłość.

Chociaż ostatnio zaczął nieco wątpić, czy rzeczywiście to były tylko inne czasy, w których się znalazł. Czytając książki Rylanda, miał wrażenie, że świat, z którego pochodził, przypominał raczej... inny wymiar. Albo coś w stylu innej linii czasowej.

Takie "Co by było, gdyby ludzie skupili się na kolonizowaniu innych planet i przegapiliby fakt, że gwiazdy coś wpierdala?".

- Simon?

Simon wzdrygnął się, słysząc ten cichy, spokojny świergot, zagłuszony przez translator przyczepiony do ksenonitowego skafandra.

Nie odpowiedział na zawołanie. Nie chciał teraz patrzeć na Adrian.

- Rocky cię szuka, stwierdzenie - oznajmił Adrian, siadając obok. - Grace się obudził i wrócił do domu. Grace się martwi, stwierdzenie.

- Będzie lepiej, jak się na jakiś czas od niego odsunę - mruknął Simon.

- Dlaczego, pytanie?

- Zraniłem go.

- Rocky też go kiedyś zranił, a dalej są przyjaciółmi, stwierdzenie - stwierdził Adrian.

- Rocky go ratował. To jest różnica.

- Simon przesadza, stwierdzenie. I przecieka.

Simon otarł łzy z policzka. Nawet ich nie zauważył.

- Grace nie ma ci tego za złe. Grace nawet próbował okłamać Rocky'ego. Grace ci wybaczy - Adrian położył mu trójpalczastą dłoń na ramieniu. - Simon niech wraca do domu. Tak będzie lepiej, stwierdzenie.

- Nigdzie nie idę - oznajmił Simon, wstając gwałtownie. - Jestem mordercą, Adrian. Potrafię tylko ranić!

- Nieprawda.

- On nie mógł oddychać! - Simon cofnął się o krok, łapiąc się za włosy. - Ma nadpęknięte żebro i siniaki!

- Simon.

- Taka jest prawda! - Simon odtrącił rękę Adrian, kiedy ten próbował go złapać. - A co, jak kiedyś zrobię coś gorszego? Jak go uduszę albo rzucę o coś, o co uderzy głową i już się nie obudzi?

- Simon!

- On nie mógł od... - Simon przerwał, bo w tym momencie zrozumiał, czemu Adrian zaczął panikować.

Jego noga zsunęła się z klifu.

Próbował się złapać pnączami czegokolwiek, ale jedynie opóźnił to, co się w końcu stało.

I wpadł do morza.

poniedziałek, 27 lipca 2026

More Important than Something as Trivial as Breathing I

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, przemoc, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język

Notka autorska: Bloody Mary oficjalnie zostało shipem, o którym napisałam najwięcej słów. Osiągnęli to w niecałe dwa miesiące. Nie żartuję, zrobiłam statystyki. Tymczasem macie kolejnego fika, bo nadal nie przestałam ich torturować, co można zauważyć przez to, że nie określiłam tego wulgarnego języka jako "czasami". Jestem okropna.

Enjoy. :)



Ryland uchylił powieki, kiedy coś nagle smagnęło go po twarzy. Do jego zaspanego umysłu dotarło wtedy, że słyszy niespokojny głos Simona, który mamrotał coś przez sen, co zdarzało mu się zdecydowanie rzadziej niż jemu samemu.

- Simon? - Ryland zamrugał, podnosząc się nieco z poduszki.

Kołdra po stronie jego ukochanego była cała skopana. Simon oddychał ciężko, co jakiś czas szamocząc się, jakby próbował wydostać się z pułapki.

To zdecydowanie była wyjątkowa sytuacja. Zazwyczaj koszmary powodowały u Simona raczej kompletny paraliż. Ryland czasem nie mógł go wręcz dobudzić, a nawet jak mu się to udawało, to zanim otępienie jego ciała odpuściło, potrafili siedzieć przytuleni przez długi czas, alarmując tym samym Rocky'ego i Adrian, jeśli zdarzyło się to na tyle późno, że zajęcia w szkole już dawno powinny się zacząć.

A nawet jeśli Simon szamotał się w łóżku, to budził się sam z siebie dość szybko, zanim w ogóle Ryland zdążył zareagować i czasem nawet nie wiedział, że coś takiego miało miejsce, dopóki ten sam mu nie powiedział przy śniadaniu. Albo go po prostu nie obudził, żeby się przytulić i wypłakać.

Ryland chciał więc go zawołać, próbować uspokoić i zaradzić jakoś tej sytuacji, tak jak zawsze, ale zanim zdążył rozbudzić się na tyle, by zrobić cokolwiek, został z całej siły kopnięty w brzuch i posłany w krótki lot na ścianę, o którą uderzył plecami i osunął się bezwiednie na podłogę.

Oddychanie...

Oddychanie było trudne.

Właściwie to nie mógł w ogóle nabrać powietrza.

- Kurwa mać, Ryland!

Usłyszał głos Simona, ale dźwięki docierały do niego z jakby oddali.

Udało mu się w końcu chociaż zakaszleć, kiedy tylko poczuł zimną i ciepłą dłoń na ramionach.

Chyba oberwał prosto w przeponę.

...

Tak. Zdecydowanie.

- Rye?

Potrzebował chwili, żeby odpowiedzieć.

Bardzo długiej chwili.

Która nigdy nie nadeszła, więc Simon powtórzył swoją desperacką próbę skontaktowania się z nim.

- Rye!

Oddychanie nadal było trudne. Mógł jedynie kaszleć, krztusić się i wydawać ten niepokojący, świszczący dźwięk.

- Kurwa no...

A ten znowu przeklina...

- Zabieram cię do lekarzy, nawet nie protestuj.

O nie, nie, tak się nie bawimy.

Otworzył oczy, o których nawet nie wiedział, że miał zamknięte.

Simon patrzył na niego przerażony.

- Ja pierdolę, żyjesz - powiedział przejęty, kładąc dłoń na jego policzku. - Słyszysz mnie?

- Ta... - mruknął Ryland i znowu zaczął się krztusić.

Mówienie też było trudne.

- Idziemy do Eridian, tak?

- N-nie.

- Bo? Mówiłem, że masz nie protestować, pieprzony altruisto.

Ryland jedynie pokręcił głową, ale to sprawiło mu jeszcze więcej bólu.

A, racja, bo przecież walnął o ścianę.

No tak.

Zapomniał.

Tak samo, jak o tym, jak się oddycha, bo nadal miał z tym niemały problem.

Simon wziął go na ręce i zaniósł do Hail Mary.

Ryland miał wrażenie, że cały drżał.

I kiedy Simon podał go Eridianom, zobaczył w jego oczach strach i łzy.

Poczucie winy wielkimi literami miał wypisane na twarzy.

...ta cała Ava też była marnotrawstwem węgla.

* * *

Patrzył, jak Eridianie zabierają Rylanda ze sobą. Jak kładą go na tym medycznym łóżku. Nadal słyszał jego świszczący oddech.

Spojrzał na swoje dłonie. Przez chwilę miał wrażenie, że zalśniły szkarłatnym blaskiem. W jego umyśle zadźwięczał głos Ojca, pomieszany z krzykami tych wszystkich ofiar krwawego księżyca.

Nie wiedział, jak długo spędził w takim zawieszeniu. Podniósł wzrok. Zobaczył, że Eridianie podłączyli Rylanda do tlenu.

Przynajmniej w końcu mógł oddychać.

Podszedł do Rylanda i chciał pogłaskać go po głowie, ale rozmyślił się w ostatniej chwili. Jego palce jedynie musnęły włosy jego ukochanego.

Cofnął rękę, patrząc na spokojny wyraz twarzy Rylanda.

Spał. Eridianie musieli mu podać jakieś środki nasenne.

Usiadł na krześle obok i zerknął na ramiona Rylanda ułożone wzdłuż jego ciała.

Mógł chwycić jego dłoń w każdej chwili. Dotychczas nie miał z tym żadnego problemu.

Dlaczego więc czuł strach? Czy aż tak bał się go nagle dotknąć?

A co jeśli znowu go skrzywdzi?

Zacisnął pięści, pazurami drapiąc sobie wnętrze prawej dłoni do krwi. Skrzywił się i rozluźnił uścisk.

Kropelki krwi zalśniły na jego palcach.

A co jeśli kiedyś złapie Rylanda w taki sposób, że go skaleczy?

Nie powinien tu być. Nie po tym, co zrobił.

Wstał i ruszył w stronę drzwi.

Nie zasługiwał na to, by tu być.

Odruchowo podniósł rękę do paska z nożem, którego od dawna już nie nosił.

Odkąd jego mama umarła, ten przedmiot był czymś, co dawało mu wparcie w takich sytuacjach. Była pracownicą stacji badawczej, która potem stała się ich jedynym domem. Eden istniało prawdopodobnie odkąd tylko ludzie osiedlili się na Marsie. Część rodzin jego braci żyła tam od zawsze.

...

Chwileczkę.

Simon zatrzymał się w pół kroku.

Jego mama...

...umarła?

Nagle dotarło do niego, że pisał listy do osoby, która dawno już odeszła.

Kompletnie o tym zapomniał. Tak jakby trzymał się kurczowo czegokolwiek, co choć trochę dawało mu komfort w jego starym życiu.

Upadł na kolana.

Wyparł jej śmierć ze swojej świadomości. Nawet gdy Ryland prawie umarł przez to, jak bardzo zaniedbał swoje zdrowie, nie potrafił sobie tego przypomnieć.

Jak wielu rzeczy jeszcze nie pamięta?

Co tak naprawdę ten pieprzony kosmita zrobił z jego umysłem?

Co jeśli kiedyś straci kontrolę i dopuści się czegoś gorszego niż to, co stało się tej nocy?

Co jeśli zapomni o Rylandzie, Rockym, Adrian i całym Erid? Co jeśli znów się na nich rzuci?

Co jeśli ich...

...

...zabije?

Podniósł się z trudem i wyszedł na zewnątrz, co wymagało od niego dużo wysiłku przez to, jak bardzo trzęsły mu się nogi.

...

...

...

...ile jedno wydarzenie może zmienić, nieprawdaż, Rzeźniku?

sobota, 25 lipca 2026

Soothing Touch of Rough Hands

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 18+

Gatunek tekstu: sci-fi, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, body horror, amputowana ręka + sceny erotyczne (w tym fetysz bólu, bo Simon jest małym masochistą)

Notka autorska: Co ja znowu napisałam... Nieważne, oni znowu są w wyrze i mają zdecydowanie zbyt dziwną grę wstępną, lol.



Na Eden wszyscy musieli być w związku. Małżeństwa aranżowano. Seks był wręcz wymagany. Aborcja? O nie, nie, ludzkość miała przetrwać. Jak któraś kobieta umarła przy porodzie, albo podczas ciąży, to stawała się nawozem dla Ostatniego Drzewa i tyle. Ojciec potrafił znaleźć zaletę w każdej sytuacji.

Często się zastanawiał, czy któraś z tych kobiet zaszła z nim w ciążę i mu o tym nie powiedziała. Dzieci były traktowane jak własność wspólnoty. Nikogo nie obchodziło, kto był ojcem. Nawet matek.

Seks był przymusem, ale także odskocznią od mrocznej codzienności. Nagrodą, ale i karą za to, że zostało tak mało ludzi.

Ludzi, którym często odbijało na punkcie przetrwania gatunku.

Raz jedna dziewczyna go czymś naćpała i gdyby nie jeden z jego braci, to prawdopodobnie miałby na koncie kolejną traumę do kolekcji.

Czasem zdarzało mu się, że naprawdę kochał osobę, z którą szedł do łóżka. A przynajmniej darzył ją sympatią. Zwłaszcza, jeśli to byli mężczyźni. Nie dlatego, że wolał facetów. Po prostu dzieci z tego być nie mogło, więc na Eden nie patrzono zbyt dobrze na takie związki. Więc musiał coś czuć, by tak ryzykować.

Ale kiedy próbował mówić ludziom, że ich kocha, to albo nie uzyskiwał odpowiedzi, albo zostawał okłamywany, albo wyśmiewany, albo wręcz strofowany, że rzuca słowa na wiatr. Więc przestał. I czekał, aż w końcu będzie mógł to komuś powiedzieć bez skrępowania.

I przyszło mu to z taką łatwością, bo aż tak cieszył się, że nareszcie znalazł kogoś, kto nie zareaguje negatywnie.

Cóż, mylił się.

Nie spodziewał się, że spotka się z reakcją, którą na spokojnie mógłby nazwać strachem.

Ale czy to była aż tak zła reakcja? Dostał obietnicę, że kiedyś jednak usłyszy odpowiedź. Poza tym, rozumiał, czemu Ryland miał z tym aż taki problem i dlaczego właściwie po raz pierwszy powiedział mu to przez kompletny przypadek. Skoro przez brak pociągu seksualnego wręcz wątpisz, czy jesteś w stanie czuć cokolwiek niefizycznie, to nic dziwnego, że nie potrafisz tego ubrać w słowa. Zaczyna cię to przerażać. I prawdopodobnie boisz się też, że teraz ta druga osoba zacznie za bardzo naciskać na seks.

Po spędzeniu większości życia na Eden, gdzie wszyscy albo byli wiecznie napaleni, albo z tyłu głowy cały czas słyszeli cichy głos, że muszą się rozmnażać i mieć po piętnaścioro dzieci, bo ludzkość wyginie, związek z aseksualnym i prawie aromantycznym Rylandem Gracem był dla Simona czymś w rodzaju wejścia na nowy poziom trudności.

A on lubił wyzwania.

Mógł chodzić przy Rylandzie półnago, albo i nawet jak go mamusia na Marsie urodziła i jedyne, co wtedy słyszał, to zatroskane pytanie, czy mu nie zimno.

Mógł się przytulać, wdychać zapach jego włosów, głaskać po ramionach i kłaść ręce na brzuchu i nie uzyskać żadnej reakcji, prócz pytania, czy to, czego akurat chce, jest na tyle ważne, że Ryland musi teraz w tej chwili przerwać czytanie jakiejś pracy naukowej sprzed czterdziestu lat, z której Simon nie rozumiał ani słowa.

Ale nie mógł przesadzać, bo dostawał po łapach. Dosłownie. Lewą ręką, na której Ryland nosił swoją ksenonitową obrączkę. Podobno powinno się na prawej, ale ta niepoprawna przylepa chciała, żeby ich pierścionki się stykały, kiedy splatają swoje palce, a Simon na protezę wolał niczego nie zakładać. Czasem nawet bał się, że mu się piżama z nią zespoli.

W każdym razie, szybko nauczył się, że strefa poniżej pasa jest nieosiągalna, jeśli Ryland nie wykona pierwszego ruchu.

Musiał więc czekać. I to w jakiś sposób również było ekscytujące. Nigdy nie wiedział, kiedy, gdzie i jak zostanie zaskoczony pocałunkiem albo zdecydowanie zbyt entuzjastycznym pytaniem, czy ma może ochotę na eksperyment.

Oj tak. Miał. Zawsze.

Zwłaszcza, jeśli było to w jakiś sposób sprawdzanie, ile bólu jest w stanie znieść.

Nawet jeśli kończyło się to tak, jak w drugim roku ich związku, kiedy nie mógł rano wstać z łóżka i tym razem to on musiał być noszony.

I mimo upływu dekady od tego czasu, nadal czasem jest. Nawet jeśli wie, że Ryland nie powinien tego robić i nawet jeśli Ryland sam to wie, to mimo wszystko dobrze jest pamiętać, że jego partner też jest silny na tyle, żeby go podnieść i przenieść z punktu A do punktu B.

A potem narzekać na ból stawów przez dwa dni. Dlatego właśnie Simon zawsze go strofuje za lekkomyślność, w duchu ciesząc się napięciem tych pięknych mięśni wyczuwalnych pod skórą, kiedy jest niesiony jak jakaś księżniczka.

Plus to też w jakimś sensie są eksperymenty, więc istnieje możliwość, że cierpliwość w końcu się opłaci.

- Gotowy? - spytał Ryland, trzymając pilota w jednej ręce i ołówek w drugiej.

- Jak zawsze - Simon uśmiechnął się zawadiacko, poprawiając elektrodę na swojej sztucznej ręce.

Nie pamiętał, kto pierwszy rzucił tym pomysłem. Wiedział tylko, że Ryland myślał o tym zdecydowanie zbyt intensywnie, bo prawie spalił śniadanie.

A teraz siedzieli na Hail Mary, wyrzucając zawczasu wszystkich eridiańskich badaczy.

Nie potrzebowali publiki. Wystarczy, że Ryland wiecznie się zastanawiał, czy gdzieś tam Rocky nie podsłuchuje ich za ścianą.

Co wcale nie było bezpodstawną obawą, bo czasem okazywało się, że miał rację.

Ryland nacisnął jeden z przycisków. Prąd przeszedł przez protezę Simona i sprawił, że ten na chwilę odpłynął. Jego mózg po prostu się wyłączył. To, jak praktycznie wszystkie gałązki jednocześnie wysłały do jego układu nerwowego informację o bólu, automatycznie zrobiło z niego papkę.

- Simon?

- Ale fajnie - wydyszał w końcu. - Zrób tak jeszcze raz.

- Simon, dosłownie na chwilę przestałeś oddychać - powiedział Ryland nieco zaniepokojonym głosem.

- Bo było mi za dobrze, sam tak czasem masz - Simon machnął prawą ręką. - Jeszcze raz.

- Czekaj, ale to było najniższe napięcie - Ryland spojrzał na ekran laptopa. - I już?

Simon złapał go za policzki i przysunął do siebie.

- Eksperymentujemy, czy nie?

- Trochę boję się rezultatów.

- Ty?

- Nigdy nie reagowałeś na coś aż tak szybko. No, poza tym jednym razem wtedy...

- Nie wierzę, nasz szalony naukowiec panikuje?

- Nie panikuję!

Simon podniósł pilota i włożył mu do ręki.

- Kontynuujmy, doktorze Grace - powiedział, uśmiechając się lubieżnie.

I to wystarczyło, żeby Ryland nacisnął ten cholerny przycisk i wysłał go w kolejną podróż po krainie rozkoszy.

A później, patrząc na Simona leżącego na łóżku i sapiącego tak, jakby przez ostatni kwadrans biegał po plaży, zanotował obserwacje w swoim notesie.

- Rye?

- Hm? - Ryland podniósł na niego wzrok.

- Ile masz poziomów tego napięcia?

- Chyba pięć.

- To dajesz od razu trójkę.

- Wolałbym jednak sprawdzać po kolei. Wyniki mogą się znacząco różnić - stwierdził Ryland, biorąc pilota do ręki. - Poza tym, nie wolisz stopniować przyjemności?

- Jestem niecierpliwy - mruknął Simon.

- To zdążyłem zauważyć - Ryland podniósł napięcie w elektrodach i wcisnął przycisk.

Simon zadrżał cały i złapał się za rękę, uginając nieco nogi w kolanach. Ryland już miał odłożyć pilota i sprawdzić, czy wszystko z jego ukochanym w porządku, ale ten tylko spojrzał na niego zza grzywki.

- Rób te notatki.

- Jesteś pewien?

- Tak.

- Widzisz różnicę?

- Na pierwszym poziomie czułem dosłownie wszystkie receptory bólu, których w tej ręce teoretycznie nie powinienem mieć - stwierdził Simon. - A teraz mam wrażenie, że ten ból się rozszedł.

- Rozszedł?

- Aż do ramienia. Właściwie do szyi i karku. Skóra mnie mrowi.

- Fascynujące - przyznał Ryland, skrobiąc ołówkiem w zeszycie. - I lekko niepokojące.

- To zauważyliśmy dawno temu - stwierdził Simon, prostując i zginając palce. - To dajesz tę trójkę.

- Na pewno?

- Tak.

- Okej.

Tym razem Simon skulił się cały. Prąd pobudził tyle jego receptorów bólu, że nie wiedział, jak się nazywa. Serce przyspieszyło mu tak, że miał wrażenie, że zaraz dostanie zawału.

- Simon?

- Żyję i mam się zdecydowanie zbyt dobrze - stwierdził Simon, odgarniając wilgotne kosmyki z twarzy.

Chyba zaczął się pocić.

- Według komputera akcja serca ci nienaturalnie przyspieszyła - oznajmił Ryland. - Mam nadzieję, że nie czujesz się teraz przez to źle.

- Nie, nic z tych rzeczy - stwierdził Simon. - Jedynie trochę mokry.

- Mokry?

- Spociłem się.

Ryland spojrzał na pilota.

- Próbujemy z czwartym poziomem, czy...

- Nie panikuj, wciskaj.

- Zaczynam się obawiać, że cię zabiję.

- I?

- Simon!

- No dobra, dobra. Obiecuję, że nie umrę - Simon położył sobie rękę na klatce piersiowej, drugą podnosząc do góry. - Nic mi nie będzie.

- Ale piątki nie próbujemy.

- Niech ci będzie taki kompromis - stwierdził Simon i poczuł, jak prąd przepływa mu aż do opuszków palców u drugiej ręki.

Nie do końca pamięta, co się stało później. Wie tylko, że zakręciło mu się w głowie i że leżał na łóżku w bezruchu chyba o chwilę za długo, bo zaraz potem poczuł chłodne dłonie Rylanda na swoim ciele.

- Simon?!

Chciał mu odpowiedzieć, ale był tak podniecony, że dosłownie wystarczyłoby, żeby Ryland wsunął dłoń w jego spodnie i miałby natychmiastowy orgazm.

- Simon!

- Żyję - powiedział w końcu, bo nie spodobała mu się panika w głosie Rylanda. - Chodź tu.

Złapał go za koszulę i pocałował namiętnie. I tak jak przypuszczał, kolejny dreszcz, tym razem razem naturalny, a nie wywołany prądem, wstrząsnął jego ciałem.

Ale to nie było wystarczające.

Dlatego ucieszył się, kiedy poczuł, jak Ryland podaje mu swoją laskę i bierze go na ręce. Wtulił się w niego, wdychając zapach wody kolońskiej, którą Eridianie wyprodukowali jakiś czas temu. Nie wiedział co prawda, czym jest syrop klonowy, ale Ryland stwierdził, że dokładnie to mu ta woń przypomina.

Kiedy tylko dotarli do domu, został położony na łóżku nieco zbyt gwałtownie. Nie otwierając oczu, ostrożnie oparł laskę o szafkę nocną i usłyszał, jak sprzączka od paska uderza o podłogę, a zaraz potem inne ubrania dołączyły do tych znoszonych dżinsów.

I znów poczuł te chłodne dłonie na swoim ciele.

Ryland odgarnął mu włosy z twarzy i pogłaskał go po policzku. Resztki lubrykantu na jego palcach pachniały jagodami.

- Nie przesadziliśmy, co? - spytał cicho.

- Wyglądam, jakbyśmy przesadzili?

- Trochę?

- Nie panikuj - Simon chwycił go za dłoń. - Jak twoje nogi?

- Hm?

- Wręcz rzuciłeś mnie na to łóżko.

- Mają się dobrze - stwierdził Ryland i pocałował go czule.

Simon oddał mu pocałunek i wsunął palce w jego włosy. Były jednocześnie sztywne, jak i przypominały w dotyku puch. Prawie jak szorstkie dłonie Rylanda, które koiły teraz jego ból przez różnicę temperatur ich ciał.

Bo nawet jeśli przyjemny, to nadal mimo wszystko ból.

Na Eden zazwyczaj był na górze. Kobiety nie miały ochoty na innowacje w temacie pozycji, mężczyźni rzadko byli bardziej umięśnieni od niego i tchórzyli, że nie sprostają zadaniu, jak to jeden z jego byłych kochanków określił.

Więc fakt, że Ryland miał na tyle siły, by jednak to Simon mógł być czasem tak chciwy jak wszyscy grzesznicy, o których opowiadał Ojciec, było naprawdę rozkoszną odmianą.

Nawet jeśli często upadał na niego bezwładnie, tracąc napięcie w mięśniach podczas orgazmu.

Tak jak teraz.

Simon westchnął cicho, próbując opanować drżenie własnego ciała. Uchylił powieki i otarł łzy z policzka Rylanda, po czym złapał go za ramiona i przesunął na jego stronę łóżka.

- Sam się mogłem przeturlać - mruknął Ryland.

- Idziemy się wykąpać, zanim zaczniesz marudzić na bałagan?

- Nie zakrwawiliśmy tym razem pościeli.

- Hipokryta.

- Nogi mnie bolą.

- Mówiłeś, że mają się dobrze.

- Miały... Ale już nie mają... Za stary jestem...

- Zanieść cię?

- Uhm...

Simon zaśmiał się i wstał nieporadnie, po czym zgarnął swojego śniętego męża z łóżka i ruszył w stronę łazienki, zanim Rocky i Adrian złożą im kolejną, niezapowiedzianą wizytę.

- Czemu Grace jest niesiony, pytanie? Co Simon mu zrobił, pytanie?

- Rocky, Simon i Grace są nadzy, lepiej stąd chodźmy, stwierdzenie.

...cóż, o minutę za późno.

The end

niedziela, 19 lipca 2026

Five Flowers of Joy and One of Sadness IV

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, crossover, AU, 5+1

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język (czasami)

Notka autorska: Ta ostatnia część fika, o której zapomniałam. Swoją drogą, wcale nie mam w zanadrzu kolejnych. Nie, a gdzie tam.



Ryland okrył się swoim swetrem i wyszedł z domu. Simon od kilku tygodni praktycznie nie opuszczał ogrodu. Co więcej, nie pozwalał mu do niego wchodzić. Więc jako dający wszystkim przykład nauczyciel postanowił się tego dnia tam zakraść.

Co oczywiście mu się nie udało, bo noga zabolała go akurat, kiedy tylko przekroczył próg i prawie się przewrócił.

- Grace w porządku, pytanie? - spytał Rocky, siedząc przy śpiącym pod drzewem Simonie.

- Ta... - Ryland pomasował sobie kolano i spojrzał na Adrian, który okrył Simona kołdrą.

- Grace lepiej weźmie swoją laskę i się nie wygłupia, stwierdzenie - mruknął Adrian.

- Dobrze, dobrze, mamo - mruknął Ryland i cofnął się po laskę, po czym wrócił do ogrodu. - Lepiej?

- Tak, tak, tak - przyznał Rocky.

- Co tu robicie? - spytał Ryland, zerkając na Simona.

Ten w ogóle nie zwracał na nich uwagi. Jedynie pochrapywał cicho.

- Adrian zobaczył, że Simon zasnął. Adrian się martwił, więc tu przyszedł i przyciągnął ze sobą Rocky'ego, który ogólnie się martwi, stwierdzenie - wyjaśnił Adrian.

- Czemu tym razem panikujesz, kumplu? - spytał Ryland, siadając obok Simona.

Ten jak na zawołanie oparł się o jego ramię i spał dalej.

- Simon opowiedział nam, co się stało - oznajmił Rocky. - Grace głupi, stwierdzenie.

- Nic się nie stało, poza tym minęły tygodnie od tego czasu i...

- Simon opowiedział nam to wczoraj, bo dalej cię to dręczy - przerwał mu Adrian. - A przynajmniej Simona dręczy, stwierdzenie.

- Naprawdę? - zdziwił się Ryland, patrząc na spokojnie śpiącego Simona, któremu jego jedyne siwe pasemko opadło na twarz. - Myślałem, że już o tym zapomniał...

- A Grace zapomniał, pytanie? - spytał Rocky.

- To nie była jego wina, tylko moja - mruknął Ryland. - Znowu mu o czymś nie powiedziałem i...

- I teraz lamentujesz mi nad głową - wymamrotał zaspany Simon, nie otwierając jednak swoich dwukolorowych oczu. - Miałeś nie wchodzić do ogrodu.

- Ale wszedłem, bo Adrian i Rocky...

- Nie zwalaj winy na kamienie, Rye-Rye.

- Nie mów tak na mnie przy nich!

- Rocky i tak nie rozumie, czemu raz Grace jest Grace, raz jest Ryland, raz jest Rye-Rye, a raz jest... - Rocky przerwał na chwilę. - Rocky nie powtórzy, bo Adrian potem będzie go strofował, stwierdzenie.

- Grzeczny, grzeczny, grzeczny - Adrian poklepał go po głowie.

- Czy ty robisz to samo, co Simon, pytanie?

- Tak?

- Simon ciebie też psuje, stwierdzenie.

- Och nie, straszne! - zawołał Simon, wstając i podskoczył z przestrachu, kiedy mały kamyk wypadł spod koca i pobiegł prosto w grządki. - Dobra, to jest straszne. Wracaj tutaj, ty żółty bachorze!

I pobiegł za Gracie.

- Simon nie wyzywa naszego dziecka, bo Rocky mu przywali! - zawołał za nim Rocky, goniąc go.

- Adrian twierdzi, że to wina tego, iż Rocky nazwał nasze dziecko po tobie, Grace - stwierdził Adrian. - Nawet jeśli to tylko ludzkie imię i w naszym języku brzmi zupełnie inaczej, stwierdzenie.

- Przepraszam? - Ryland podrapał się po głowie. - W każdym razie, Simon!

- Tak? - Simon odwrócił się w jego stronę, trzymając Gracie za nogę i ignorując Rocky'ego, który próbował go prawdopodobnie powalić na ziemię.

- Dlaczego nie mogłem wchodzić do ogrodu przez ostatnie tygodnie? - spytał Ryland.

- Ach, racja - Simon oddał Rocky'emu jego dziecko, olewając fakt, że przy okazji prawie dostał z pięści w twarz. - Czy moi nadopiekuńczy teściowie mogą już sobie iść?

- Adrian, Rocky i Gracie wychodzą, stwierdzenie - Adrian złapał Rocky'ego za rękę. - Rocky się nie chmurzy, bo złość piękności szkodzi, stwierdzenie.

- Rocky tylko się martwi, że kolejny pomysł Simona znowu ich skrzywdzi, stwierdzenie.

- Rocky lepiej niech wierzy w Simona.

- Adrian wierzy, pytanie?

- Adrian wierzy, stwierdzenie.

I poszli, zostawiając Rylanda i Simona samych.

- Chodź - Simon pociągnął go za rękę i zaprowadził go do części ogrodu zasłoniętej płachtą.

- Czemu to tu wisi? - spytał Ryland.

- Bo cię znam i wiedziałem, że w końcu się tu zakradniesz - odparł Simon, zrywając płachtę.

I wtedy Rylandowi ukazał się cały fragment ziemi pokryty w całości kwiatami. Różowymi, białymi, czerwonymi, karmazynowymi, żółtymi i pomarańczowymi, o drobnych płatkach.

Kosmos. Rodzina astrowatych, rośnie w południowej części Stanów Zjednoczonych, aż po Argentynę. Jednoroczne, delikatne i piękne w swojej prostocie.

- Ładne, co? - Simon położył mu dłoń na ramieniu. - Kojarzą mi się z tobą.

- Przez nazwę? - spytał Ryland drżącym głosem.

- Przez symbolikę - Simon zerwał biały kwiatek i wplótł mu we włosy. - Te reprezentują czystość, niewinność i skromność. Czyli praktycznie idealnie ty.

- Nie zgadzam się, ale okej - Ryland westchnął ciężko.

- Mówiłem, skromność - tym razem Simon wplótł mu we włosy żółty. - Ten jest symbolem radości i przyjaźni, a ty w sumie jesteś takim słoneczkiem, co rozświetla innym dzień.

- Simon... - Ryland zasłonił sobie twarz dłonią.

- A ten kojarzy mi się z nami - oznajmił Simon, robiąc to samo z karmazynowym, co z poprzednimi. - Wiesz, co oznacza?

- Co...?

- Miłość i głęboką więź - wyjaśnił Simon, zakładając sobie różowy kosmos za ucho. - Ale ten to ja.

- A co, symbolizuje totalnego narwańca?  - spytał Ryland, patrząc na niego przez palce.

- Nie - Simon przyciągnął go do siebie. - Głębokie uczucie. A właśnie takim cię darzę.

I pocałował go tak namiętnie, że aż Rylandowi zabrakło tchu.

- Chcesz poeksperymentować? - Simon okręcił sobie jego kosmyk włosów wokół palca.

- Ale ja jestem na górze - Ryland zdjął okulary i powiesił je za łańcuszek na gałęzi drzewa.

- Tak po prostu? Nie muszę cię nam... - Simon przerwał, kiedy tym razem to Ryland go pocałował, przewracając ich obu prosto w kwiaty.

Okazało się, że one też były miękkie niczym puch.

The end

czwartek, 16 lipca 2026

Five Flowers of Joy and One of Sadness III

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, crossover, AU, 5+1

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język

Notka autorska: A, racja, bo coś miało nie wyjść. Ta jedna rzecz. Ten jeden "kwiat smutku". Ciekawe, co?

Tak, nie przestałam ich torturować. Tak ostrzegam.



Simon leżał na trawie i patrzył na gwiazdy. Tak, postawił na swoim. Tak, rosa się na niej osadza. Tak, Ryland marudzi, że trawa jest już zbyt wysoka i zaraz urośnie jeszcze bardziej i będzie wyglądać jak chaszcze.

Czymkolwiek są chaszcze.

Trawa nawet nie pokrywała całego ogrodu. Simon poszedł na kompromis i wyznaczył jedynie mały, prostokątny fragment na ten swój eksperyment. Rzeczywiście była miękka i wygodna. I pachniała obłędnie.

Czasem zdarzało mu się nawet tak zasnąć. Ryland się wtedy o niego martwił, karcił go za lekkomyślność i ostrzegał, że może sobie przeziębić pęcherz od tego leżenia w mokrej trawie, ale Simona mało to obchodziło.

Zwłaszcza, że zirytowany Ryland wyglądał zdecydowanie zbyt seksownie i jego błękitne oczy zdawały się wtedy wręcz pożerać jego duszę.

Mógłby na niego krzyczeć bez końca, Simon ani trochę by się nie obraził. Chyba, że chodziłoby już o coś naprawdę poważnego. Nie lubił kłótni. Ryland zresztą też nie. Obaj czuli się wtedy winni, przepraszali się nawzajem do usranej i koniec końców któryś z nich zaczynał płakać i to było żałosne, patrząc na ich wiek.

A przynajmniej Simon tak myślał. Według Rylanda to było normalne, bo jego rodzice nie robili mu przez całe życie prania mózgu. Byli dobrymi ludźmi. A tacy najczęściej przedwcześnie umierają.

...ech, znowu myśli o mrocznej stronie życia. Za dużo filmów z tym gościem, co naprawdę wyglądał zdecydowanie za bardzo jak Ryland.

Swoją drogą, co było nie tak z tym aktorem? Jego bohaterowie nawet w komediach mieli przesrane. Jak nie martwa żona, to złamany kręgosłup.

- Simon? - usłyszał głos swojego ukochanego i otworzył jedno oko.

- Hm?

- Idziesz na kolację?

- Teraz rozmyślam.

- O czym?

- O życiu.

- Ja jednak radzę ci przerwać to filozofowanie i jednoczenie się z naturą i coś mimo wszystko zjeść.

- Sam często zapominasz o posiłkach.

- Ja przeprowadzam eksperymenty naukowe.

- Ja też - odparł Simon. - Teraz na przykład sprawdzam, jak miękka jest dwutygodniowa trwa.

Ryland nerwowo przestąpił z nogi na nogę.

- Ale ja jestem głodny...

- Ty i ta twoja rutyna - Simon złapał go za nadgarstek. - Chodź, poleżymy tak przez chwilę i pójdziemy.

- Co? - Ryland próbował wyrwać dłoń, ale Simon pociągnął go za rękę. - Czekaj...!

Upadł na trawę. Simon pochylił się nad nim, delikatnie zaciskając palce na jego nadgarstku.

- I co tam, marudo? Jest aż tak źle? - spytał, uśmiechając się lekko.

Ryland mu nie odpowiedział. Jedynie na niego patrzył. Albo nie na niego, tylko w gwiazdy? W każdym razie jak widać postanowił go zignorować.

- A, czyli sam masz teraz zamiar pokontemplować naturę? - spytał Simon, kładąc się obok. - Ewentualnie jesteś na mnie obrażony. Ale spokojnie, zaraz pójdziemy coś zjeść.

Odpowiedziała mu cisza.

- Ryland? - Simon zerknął na niego. - Ej, Rye.

Simon znowu się nad nim pochylił i tym razem przyjrzał mu się uważniej.

Nic się nie zmieniło. Ryland dalej tym nieobecnym wzrokiem wpatrywał się w gwiazdy, wciąż będąc myślami gdzieś daleko.

Simon pomachał mu dłonią przed oczami.

Absolutnie zero reakcji.

Ściągnął mu okulary.

Nadal brak reakcji.

Pocałował go.

...i to było jak całowanie lalki.

Zwłaszcza, że Ryland praktycznie nie oddychał.

- Kurwa mać, Ryland! - Simon złapał go za ramiona i posadził.

Zamierzał nim potrząsnąć czy coś, ale wtedy Ryland nabrał powietrza w płuca, jakby dopiero co wynurzył się z wody. Zerwał się na równe nogi, potknął się i upadł na ziemię, po czym przeczołgał się do ściany domu i oparł o nią plecami, oddychając ciężko.

Simon patrzył na niego zdezorientowany. Spojrzał na trawę, na Rylanda, znowu na trawę i nie rozumiał.

- Ryland? - Simon podszedł do niego powoli i wyciągnął w jego stronę rękę.

- Zostaw mnie! - Ryland odepchnął go tak gwałtownie, że swoją ksenonitową obrączką prawdopodobnie nabił mu siniaka.

- Rye... - Simon zmarszczył się, masując sobie przedramię, i przypomniał sobie, jak kiedyś w nocy przez przypadek kopnął Rylanda w brzuch, zrzucając go z łóżka i wysyłając w prostą drogę na ścianę.

Zazwyczaj w czasie koszmaru był wręcz sparaliżowany. Nie mógł się ruszyć jeszcze długo po wybudzeniu się. Ale czasem, bardzo rzadko, zdarzało mu się, że rzucał się po łóżku jak ryba wyciągnięta z wody.

Albo może raczej z morza krwi.

Pamiętał, jak się wtedy czuł. Jak olbrzymie wyrzuty sumienia miał i jak okropnie Ryland wtedy kaszlał.

Wiedział, jak to jest, kiedy rzeczywistość przeplata się z czymś, co wizualizuje ci jedynie twoja podświadomość.

I teraz również rozumiał, co czuł Ryland, kiedy go wtedy przytulił i powiedział, że wszystko będzie w porządku.

Co czuł Ryland, obejmując go, kiedy jeszcze nie byli razem, a kiedy Simon prawie go utopił.

I co czuł Ryland, będąc ostrożnym, ale nadal miłym, gdy Simon prawie go udusił przy pierwszym (w teorii drugim, ale Simon niezbyt pamięta, co się działo tuż po tym, jak się ocknął po wyciągnięciu z SM-13) spotkaniu.

I właśnie dlatego złapał Rylanda za ramię i przyciągnął do siebie, mimo protestów i tego, że prawdopodobnie będzie posiniaczony i podrapany.

Westchnął ciężko.

Nie chodziło o to, że opieka nad trawą jest pracochłonna. Ani o rosę. Ani o nic innego.

W tej pieprzonej Rosji musiała wtedy rosnąć trawa. Na tej cholernej ziemi, na którą go powalono, musiała być ta pierdolona trawa!

A ten głupek, ten altruista od siedmiu boleści przecież nie przyzna, że boi się tego jebanego zielska, skoro jemu, Simonowi, sprawia przyjemność to, że sobie je wyhodował jak ostatni matoł i egoista!

...

Stratt, ty suko.

- Już, już, spokojnie, oddychaj - szepnął Simon, zaczynając cicho nucić pierwszą piosenkę, która przyszła mu do głowy.

Coś o mieście gwiazd, cokolwiek to było. I tak nie pamiętał słów.

Siedział tak jeszcze długo, ze szlochającym Rylandem w ramionach, który najpierw płakał, że ma tego nie robić, że go morduje i że nie chce umierać, a potem ocknął się w końcu i tym razem łkał, przepraszając go w kółko i w kółko, tak jak zawsze, gdy się pokłócą, aż w końcu zasnął.

A następnego dnia, kiedy Ryland jeszcze spał, Simon po prostu wyrwał całe to zielsko gołymi rękami i wrzucił do kompostu.

środa, 15 lipca 2026

Five Flowers of Joy and One of Sadness II

 Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, crossover, AU, 5+1

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język (czasami)

Notka autorska: Przepraszam za te nawiązania do filmów, nie mogłam się oprzeć.



Po tym, gdy kolejny raz upiekli frytki i przygotowali do nich ketchup, a Rylanda znów poniosły emocje, Simon pomyślał, że jego reakcje były coraz ciekawsze, ale jednocześnie niezmiennie wręcz euforyczne. Pamiętał, jak lata temu po raz pierwszy udało mu się wyhodować coś na kształt herbaty. Ryland nie mógł zamknąć się na ten temat przez miesiąc i w końcu Rocky przyszedł do Simona się poskarżyć, że nawet kamyki w szkole mają dość i to właściwie wszystko jego wina.

Jak zwykle zresztą, według tego nadopiekuńczego wobec swojego przeciekającego, kosmicznego mięczaka Eridianina.

W każdym razie, jedyną gwałtowniejszą reakcję niż na wszystkie inne ogrodnicze eksperymenty, Ryland miał wtedy, jak udało im się wyprodukować kawę. Co prawda Eridianom udało się skopiować DNA kawy z ziaren znalezionych na Hail Mary, ale picie w kółko tego samego gatunku miało prawo się znudzić i tak też się stało. Simonowi niezbyt podobało się, że Ryland nazwał ich kawę Sanguffee, bo oczywiście miała posmak żelaza, ale wolał się nie odzywać. Poczucie humoru jego ukochanego pozostało czasem dla niego zagadką, a zdecydowanie preferował słyszeć jego śmiech, niż widzieć to zawiedzione spojrzenie.

Simon oparł głowę na ręce i przerzucił kartkę w encyklopedii kwiatów, którą znalazł w jednym z pokojów w Hail Mary, kiedy jeszcze był tam stałym rezydentem. Czasem zastanawiał się, czy nie powinni z Rylandem polecieć na Ziemię. Mieliby wtedy dostęp do tych wszystkich rzeczy, za którymi jego ukochany tęsknił. Do słodyczy, do warzyw i owoców niesmakujących żelazem, do różnorakich kwiatów, zwierząt i grzybów. Tych dwóch ostatnich rzeczy Simon nie mógł mu dać. Jego moce zmieniły go, jak to Ryland określił, w chodzący warzywniak, ale nie potrafił stworzyć ani kota, ani psa, ani nawet świnki morskiej. A grzyby? Co najwyżej czasem wyrosła im na jedzeniu pleśń. A to podobno jest niejadalne. Cóż, na Eden mieli inne zdanie. Jeśli coś dało się zjeść, to choćby dostało się od tego srogiego rozwolnienia, warto było ryzykować.

Ale kiedy myślał o tym wystarczająco długo, przypominał sobie, że nie wygląda już jak człowiek. Przypominał sobie te wszystkie filmy, które oglądał z Rylandem. To, jak bardzo ludzie są okrutni i jak od razu chcą przeprowadzać na wszystkim eksperymenty, jeśli tylko coś lub ktoś odbiega od normy. Jak bardzo nie szanują innych, nawet jeśli wyglądają identycznie jak oni. A potem biedny android wykrwawia się na schodach albo lalka próbuje być lepszą osobą dla ukochanej, ale kompletnie nie wie, jak się do tego zabrać i na koniec i tak zostaje sama jak palec. Nawet jeśli to tylko fikcja, to wiedział, że tak to by właśnie wyglądało, gdyby jednak to wszystko było prawdą.

Bo Ziemia tak naprawdę mało różniła się od Eden. Nieważne, czy ludzie mówili po angielsku, niemiecku, koreańsku, hawajsku czy czymkolwiek była ta mieszanka, która stała się jego ojczystym językiem. Mordowali się, zdradzali, byli dla siebie niezwykle toksyczni albo upijali się do nieprzytomności, bo coś im nie poszło w życiu. A potem ojcowie chcieli dobrze dla swoich dzieci, ale żony wyrzucały ich z domu, bo przez przypadek niszczyli im karierę, ginęły, bo nie mogły się doprosić, by ich przygłupi mężowie naprawili nieszczelny piec, albo zostawały same, bo ich partnerzy obrabowali bank czy inny lombard i ktoś ich zastrzelił.

Nie, zdecydowanie nie chciał lecieć na Ziemię. Może przez to nigdy nie pozna prawdziwego smaku truskawek albo bananów, ale tutaj było jednak bezpiecznie. Z dala od tej zdziry Stratt, COI, Eden i wszystkich okrutnych ludzi.

Simon zamknął książkę. Znalazł już to, czego szukał. Poza tym, chciał zasiać trawę. Ryland twierdził, że to strata czasu i że potem trzeba będzie ją kosić, a oni nie mają kosiarki, ale Simona za bardzo intrygowało, jak to jest po niej chodzić. Czy naprawdę tak wygodnie się w niej leży, jak to często robią w fikcji? Czy jest taka miękka w dotyku, na jaką wygląda? Czy jak ją spryska wodą, to utworzy się na niej rosa?

- O czym myślisz? - spytał Ryland, podnosząc wzrok znad swojej książki.

- O trawie - odparł Simon. - I o rosie.

- Mówiłem, że to strata czasu - stwierdził Ryland, przerzucając stronę.

- Ale ja bym jednak chciał spróbować ją zasiać - Simon przysunął się do niego, przez co hamak, na którym siedzieli, niebezpiecznie się zachwiał.

- Skup się może na innych roślinach - odparł Ryland.

- Czemu raz nie mogę to ja wybrać czegoś do naszego ogródka? - spytał Simon.

- Bo trawa to tylko pokrywa, niż interesującego - Ryland wzruszył ramionami.

- No to chociaż taki mały fragment - poprosił Simon.

- Aż tak ci na tym zależy? - Ryland spojrzał na niego uważnie.

- Trawa mnie fascynuje - wyjaśnił Simon.

- A jak ci powiem, że mam alergię na pyłki traw?

- Nie masz.

- Skąd wiesz, że nie mam?

- Bo byś nie pytał, tylko powiedział.

- Ale mogę dostać. Może przestałem być na nie odporny podczas pobytu tutaj?

- Rye, daj mi posiać tę trawkę - Simon spojrzał na niego, patrząc mu prosto w oczy. - Proszę.

Ryland westchnął ciężko.

- Niech ci będzie - stwierdził, dając za wygraną.

- Dzięki! - Simon przytulił go gwałtownie, przez co jednak spadli z hamaka. - Au!

- Przynajmniej miałem miękkie lądowanie - stwierdził Ryland.

- Jestem miękki?

- Mięciutki jak pluszaczek - Ryland uszczypnął go w policzek, a długie kosmyki opadły mu na twarz, kiedy się nad nim pochylił.

- Wyglądasz pięknie, wiesz? - spytał Simon, wsuwając palce w jego włosy.

- Może i tak, ale to oznacza, że albo mi się kolejna gumka recepturka zgubiła, albo pękła.

- I?

- I jak wszystkie zużyję, to będę musiał znowu ściąć włosy.

- Eridianie zrobią ci nowe recepturki.

- Próbowali. Drapią.

- Ty i ta twoja wrażliwa skóra - Simon przesunął palcem po jego ustach.

- I kto to mówi?

- To tylko wina mutacji.

- Tak, tak, mały masochisto.

- Nie jestem masochistą - mruknął Simon.

- Jesteś - stwierdził Ryland i pocałował go, jednocześnie wsuwając palce między gałązki na jego lewej ręce.

Simon uśmiechnął się lekko, oddając pocałunek.

Szykowała się długa noc.

...i bardzo dobrze, bo od dnia, w którym zrobili ten głupi ketchup, minęły jakieś cztery miesiące!

wtorek, 14 lipca 2026

Five Flowers of Joy and One of Sadness I

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, crossover, AU, 5+1

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język (czasami)

Notka autorska: Pięć sytuacji, kiedy Simonowi udało się wyhodować coś, co Rylanda zachwyciło i jedna, kiedy... A, sami zobaczycie.

Swoją drogą, tak, kolejny fik z nimi. I tak, mam pomysły na więcej. Nie, nie jestem normalna. A przynajmniej jeśli chodzi o nich.


Ryland zmarszczył się nieco i uchylił powieki, kiedy poczuł, że jego całe ciało zdrętwiało. Może i Eridianie opóźnili nieco ich proces starzenia (chociaż siwych pasm miał już zdecydowanie zbyt dużo jak na jego gust), ale chyba wciąż był za stary na zbyt długie przebywanie w jednej pozycji.

Przeciągnął się i rozejrzał. Zasnął oparty o drzewo, które zasadził z Rockym kilkanaście lat temu, jeszcze przed tym, jak Adrian i jego załoga znaleźli Simona. I sądząc po tym, że był przykryty kołdrą, to któryś z wyżej wymienionych musiał go nią przykryć.

- Jak się spało? - spytał Simon, opierając się o łopatę.

Włosy miał spięte w długą kitkę opadającą mu na plecy. Ubrany w ogrodniczki, ubrudzony ziemią i z tym radosnym błyskiem w oczach wyglądał jeszcze przystojniej niż zwykle.

Na Hail Mary może i było kilka roślin, które Eridianie skopiowali, ale dopiero dziwne, zmutowane moce Simona dały im naprawdę dużo możliwości w temacie tego, co mogli uprawiać w tym swoim małym ogródku.

Bo o ile eridiańscy botanicy robili wszystko, co mogli, by pomóc Rylandowi nie przechodzić znowu przez szkorbut i beri-beri, tak już gleba na tej planecie nie zawsze chciała współpracować. Na całe szczęście Simon dosłownie potrafił zmienić DNA roślin i przystosowywać je do panujących w enklawie warunków.

Nawet jeśli przez to większość z nich miała delikatny posmak żelaza.

- Wszystko mnie boli - odparł Ryland, wstając spod drzewa. - Co tym razem przekopujesz?

- Czekaj - Simon wyjął z kieszeni kartkę. - Chyba te, ziemianki? Jeśli dobrze czytam. Pewnie nie.

- Stworzyłeś ziemniaki? - spytał Ryland, opierając się o laskę.

Ach, tak. Artretyzm niestety też nie miał zamiaru mu odpuścić.

- Nie mówiłem? - Simon podrapał się po głowie i syknął, bo znowu zapomniał, jak ostre ma pazury. - Dostanę czegoś z tymi szponami, one muszą tak cholernie szybko rosnąć?

- Simon.

- Oj, wybacz - Simon podszedł do niego i objął go ramieniem. - Odpowiadając na twoje pytanie, tak, stworzyłem te... ziemniaki.

- Możemy zrobić frytki? - Ryland spojrzał na niego zaszklonymi oczami. - A potrafiłbyś w pomidory?

- Co znowu mam pomerdać?

- Pomidory. Moglibyśmy wtedy zjeść te frytki z ketchupem - Ryland uśmiechnął się rozmarzony. - Szkoda, że na musztardę to już w ogóle nie można liczyć...

- Po-mi-do-ry - powtórzył Simon. - Dobra, poszukam na tym twoim laptopie, co to jest.

- Dziękuję - Ryland cmoknął go w policzek. - Idziemy nad morze?

- Chyba raczej "Ja idę, ty jesteś niesiony".

- Ej no, mogę iść sam.

- I dojdziemy tam pod wieczór.

- Simon! - zawołał Ryland i zanim się obejrzał, już był w ramionach swojego ukochanego. - Mógłbyś czasem...

- Nie.

- Nawet nie wiesz, co.

- Ale i tak wiem, że nie - Simon uśmiechnął się zawadiacko i ruszył w stronę morza.

Ryland jedynie westchnął.

* * *

- Pomidor - mruknął Simon, patrząc na zielone jak na razie warzywo.

Albo to był owoc?

W każdym razie, roślina.

- Co Simon robi, pytanie? - spytał Adrian, podchodząc do niego.

- Przyglądam się pomidorom - odparł Simon. - Cześć, Adrian.

- Cześć, cześć. Nowa roślina, pytanie?

- Tak - Simon usiadł na ziemi i poklepał miejsce obok siebie. - Gdzie nasze bliźniaki syjamskie?

- Rocky i Grace obierają ziemniaki. Grace przecieka, stwierdzenie.

- Kto mu dał nóż? - Simon westchnął ciężko.

- Nie, nie, to nie krew, to łzy, stwierdzenie - wyjaśnił Adrian.

Simon pomasował skronie.

- Naprawdę aż tak chce mu się tych frytek?

- Co to frytki, pytanie?

- Nie mam bladego pojęcia, na Eden nie było czegoś takiego - Simon wzruszył ramionami. - Chociaż widziałem kilka razy frytki w filmach, które Ryland mi pokazywał.

- Kto, pytanie?

- Grace. Grace mi pokazywał.

- Adrian kiedyś zapamięta, czemu Grace ma dwa imiona, ale to nie jest ten dzień, stwierdzenie.

- Nie martw się, nawet ja do dzisiaj nie do końca rozumiem, czym są nazwiska, nawet jeśli teraz sam je mam - Simon poklepał Adrian po głowie. - Chcesz jednego pomidora do badań?

- Dojrzały, pytanie?

- Jeszcze nie, powinny być czerwone chyba - Simon zajrzał w notatki, brudząc strony notesu ziemią. - Albo żółte. Ale pewnie z moimi mocami i tak wyjdą ciemnoczerwone jak krew.

- Adrian może w sumie zbadać niedojrzałego pomidora, a potem dojrzałego, stwierdzenie - stwierdził Adrian.

Simon zerwał jedną sztukę z krzaczka i podał Adrian.

- Masz. Tylko nie mów Rylandowi.

- Adrian milczy jak trumna.

- Jak grób - poprawił go Simon.

- Jak grób - Adrian zasalutował mu jedną z trójpalczastych dłoni.

Simon uśmiechnął się i wstał, po czym wszedł do domu. Poszedł do kuchni i znalazł Rylanda siedzącego na podłodze, zalanego łzami, jakby przynajmniej znowu oglądali jeden z tych rzewnych filmów z tym aktorem, który wygląda jak jego młodsza wersja.

- Rye? - Simon spojrzał najpierw na niego, a potem przeniósł wzrok na Rocky'ego, który głaskał Rylanda po ramieniu. - Rocky?

- Simon nie pyta, Rocky też nie rozumie, stwierdzenie - odparł Rocky.

- No bo one tak pachną! - Ryland otarł sobie łzy dłonią. - Nie czujesz, Simon? Frytki! Robimy frytki!

Simon spojrzał na niego, ledwo powstrzymując się od śmiechu.

- Zgadzam się, że ładnie pachną, ale masz 56 lat, Rye - stwierdził w końcu.

- Nie jadłem frytek od dwudziestu!

- A ja nie jadłem nigdy i jakoś nie dramatyzuję.

- Jesteś niemiły.

- Ale przynajmniej seksowny.

- Rocky tu dalej jest! - oburzył się Rocky. - Jak Grace i Simon chcą się marcować, to mogą chociaż poczekać, aż Rocky zabierze Adrian i Gracie i pójdzie do domu, stwierdzenie.

- Rocky, ile razy ci mówiłem, żebyś nie nazywał tego marcowaniem? Marcują się koty - Ryland rzucił mu karcące spojrzenie.

- Rocky czytał o kotach. Koty są dla ludzi jak Grace i Simon dla Eridian. Grace i Simon się marcują, stwierdzenie - odparł Rocky, wstając.

- Zostaliśmy zwierzaczkami? - spytał Simon.

- Rocky czytał, że ludzie nazywają to systemem dystrybucji kotów - Rocky wszedł na blat i oparł się o żyrandol. - System dystrybucji ludzi wybrał Rocky'ego, stwierdzenie.

- Co właściwie robisz? - spytał Simon.

- Rocky znalazł Gracie, stwierdzenie - Rocky wyciągnął małego, złocistego kamyka z żyrandola za nogę.

Gracie jedynie coś zaświergotał.

- Kiedy to dziecko tam wlazło? - spytał Ryland.

- Jak Grace zaczął płakać przez frytki, stwierdzenie.

- Rocky.

- Które ci się zaraz sfajczą, bo zbyt emocjonalnie do nich podchodzisz - stwierdził Simon, patrząc przez szybkę. - Jedna chyba jest już węglem.

- Moje frytki! - Ryland dopadł do drzwiczek i chwycił je bez rękawic ochronnych, przez co odskoczył i wpadł w ramiona Simona. - Au...

- Żyjesz? - spytał Simon, patrząc na jego dłonie. - Zaczerwienione trochę.

- Gorętszy od lekkomyślnego Eridianina ten uchwyt nie jest - odparł Ryland, wyłączając piekarnik i zakładając rękawice.

- Rocky protestuje, Rocky cię wtedy ratował! - Rocky tupnął nogą.

- No nie wiem, nie wiem, blizny po tym, jak to ja musiałem później ratować ciebie, nadal mnie czasem trochę ciągną.

- Simon cię psuje, stwierdzenie.

- O nie! Rye, mam na ciebie zły wpływ! - Simon wykonał dramatyczny gest sztuczną ręką, śmiejąc się pod nosem. - Musimy się rozstać, zasługujesz na kogoś lepszego! A, nie, czekaj, nikogo innego tu nie ma. Chcesz, żeby Ryland był samotny, Rocky?

- Rocky nie chce. Grace wtedy więcej przecieka, stwierdzenie.

- Rocky - Ryland zmierzył go wzrokiem.

- Grace niech tak na mnie nie patrzy, Rocky tylko się martwi - stwierdził Rocky i pociągnął Gracie za koszulkę, gdy kamyk próbował wejść tym razem do zlewu. - Gdzie jest Adrian, pytanie?

- Zostawiłem go w ogrodzie - odparł Simon.

- O nie, nie, nie! Źle, źle, źle, Adrian znowu naniesie pełno ziemi do domu! - Rocky przerzucił sobie Gracie przez ramię i pobiegł do ogródka.

- Simon? - zaczął Ryland, stawiając talerze z frytkami na stole.

- Tak? - Simon odwrócił się w jego stronę.

- Nie jestem z tobą dlatego, że nikogo innego tu nie ma, tylko dlatego, że to ty tu jesteś - stwierdził Ryland, głaszcząc go po lewym policzku. - Pamiętaj o tym, okej?

- Okej - Simon objął go w pasie i pochylił, po czym pocałował go czule.

- Rocky mówił, że Grace i Simon mają poczekać z marcowaniem!

Obaj spojrzeli na Rocky'ego, który zirytowany ciągnął Adrian za sobą i próbował jednocześnie powstrzymać Gracie przed kolejną ucieczką.

- Czy to te frytki tak działają, pytanie? - spytał Adrian, będąc zdecydowanie mniej turkusowy niż Rocky by chciał.

- Nie, to tylko radość - stwierdził Simon, biorąc jedną z talerza. - Ej, nawet całkiem dobre.

- Simon, nie jedz przy Eridianach! - skarcił go Ryland.

- Grace nie panikuje, Adrian i Rocky przywykli, stwierdzenie - Adrian złapał Gracie za rękę, pomagając okiełznać Rocky'emu tego niesfornego kamyka. - Adrian, Rocky i Gracie już pójdą, stwierdzenie.

Po czym wyszli, chociaż Rocky zatrzymał się jeszcze przez chwilę i gdyby był człowiekiem, pewnie rzuciłby im mordercze spojrzenie.

- Ach te kosmiczne kamienie - Simon zaśmiał się krótko. - Jak tam frytki, Ryland? Ryland?

Simon zerknął na niego i tym razem roześmiał się głośno, widząc swojego ukochanego z napchanymi policzkami jak te małe kulki futra, które widział u niego na laptopie. Chyba chomiki.

- Pyszne - powiedział Ryland, kiedy w końcu nieco przeżuł całą garść frytek. - Smakują jeszcze lepiej niż pachną.

- Cieszy mnie to - stwierdził Simon. - Czyli robimy je jeszcze raz, jak już pomidory dojrzeją?

- ZROBIŁEŚ TE POMIDORY?! - zawołał Ryland, upuszczając jedną frytkę z powrotem na talerz.

- Hm? No, tak - przyznał Simon i upadł na podłogę, kiedy stracił równowagę, gdy Ryland niespodziewanie wskoczył mu w ramiona i przytulił. - A, więc taka reakcja.

- Wyhodowałeś pomidory - Ryland chlipnął. - Naprawdę mamy pomidory?

- Na razie jeszcze są zielone, jak coś.

- Uwielbiam cię - stwierdził Ryland i tym razem to on pocałował jego.

wtorek, 30 czerwca 2026

Scent of the Forest Flowers

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Butcher&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 18+

Gatunek tekstu: sci-fi, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka + sceny erotyczne

Notka autorska: Tak. Sceny erotyczne. Tu nie ma fabuły. Oni po prostu poszli do łóżka. To wszystko. Zapraszam. Miłego czytania. Hana, nie zjedz mnie. XD



Drobne listki łaskotały delikatnie jego skórę.

Cienkie gałązki oplotły się wokół jego nóg.

Ujął czule chłodną dłoń i pociągnął za jedną z łodyżek. Mimo upływu lat, wciąż nie przyzwyczaił się do tego, jak natychmiastowy był tego efekt.

- Rób tak dalej, a będziesz miał spokój ode mnie, zanim się obejrzysz - szepnął Simon tuż przy jego uchu.

- Nie potrzebuję spokoju, potrzebuję bliskości - odparł Ryland, obejmując Simona drugą ręką. - Potrzebuję ciebie.

- Hm? - głos Simona wyrażał lekką dezorientację. - Nie eksperymentujemy dzisiaj?

- Po prostu mnie kochaj.

- Chcesz o tym pogadać?

- Może trochę.

- To przez ten koszmar, co miałeś w nocy?

- Mhm.

- Zdradzę ci sekret.

- Sekret?

- Twój szloch obudził mnie z mojego - oznajmił Simon. - Więc obaj potrzebujemy siebie nawzajem.

- Simon?

- Hm?

- Tym razem to ty za dużo mówisz - stwierdził Ryland, splatając swoje palce z gałązkami na dłoni Simona.

- Rye?

- Hm?

Simon popchnął Rylanda na łóżko i oparł się o materac, nie puszczając jego dłoni. Włosy Rylanda, przedzielone kilkoma siwymi pasmami, rozsypały się na poduszce.

- Jak na asa, jesteś czasem niemożliwy.

- Za to mnie kochasz.

- Zawsze - szepnął Simon i pocałował go czule, przeczesując jedno z tych srebrzystych pasemek. - Jesteś tak absolutnie pewien, że nie chcesz po prostu dłużej porozmawiać?

Ryland jedynie głęboko spojrzał mu w oczy, nieznacznie kiwając głową.

- Dobrze więc - Simon wsunął dłoń między jego uda. - Mogę ci pokazać, jak bardzo cię kocham.

Ryland poczuł, jak gałązki nieco mocniej zaciskają się na jego łydkach. Zapach żywicy i lasu wzmógł się, a Simon ostrożnie rozsunął jego nogi. Jeszcze cieplejszy niż zwykle oddech jego ukochanego owiał mu kark.

Jedynie chłód stali na jego prawej dłoni utrzymywał go w rzeczywistości, co zmieniło się w momencie, gdy poczuł pierwsze krople krwi na palcach. Jej woń zmieszała się z zapachem żywicy, lasu i potu. Nawet po tych wszystkich latach wciąż nie wiedział, jakim cudem ta ręka krwawiła, ale ważniejsze było to, że, jak zwykle, oddech Simona tylko przez to przyspieszył. Ryland przytulił się do niego jeszcze mocniej, aż stare blizny na lewej ręce dały o sobie znać.

- Rye?

- Hm?

- Oddychaj.

- Oddycham.

- Za płytko. Boję się, że mi się tu udusisz.

- Nic mi nie będzie.

- Zostaniesz ze mną?

- Nigdzie się nie wybieram.

- Na pewno?

- Żaden z nas nie lubi być sam.

- Jak samotny byłeś w tym śnie?

- Bardzo - szepnął Ryland, wplatając palce lewej dłoni we włosy Simona. - Dlatego cieszę się, że jednak tu jesteś.

- Nawet nie myśl, że się mnie pozbędziesz - Simon uśmiechnął się, chociaż jego głos trochę zadrżał. - Musiałbyś chyba wysłać mnie w Hail Mary na Ziemię.

- Poleciałbym z tobą.

- Przeżyłbyś?

- Po tym, jak Eridianie opóźnili nasz proces starzenia się? Na pewno.

- Mógłbym ci wtedy pomóc ukatrupić Stratt.

- Simon.

- Racja - Simon odsunął go nieco od siebie, by znów go pocałować. - Jedyną osobą, którą kiedykolwiek zabijesz, jestem ja.

- Ty?

- Nie wiem, czy przeżyję bez ciebie chociaż tydzień - szepnął Simon, a w jego dwukolorowych oczach zalśniły łzy. - Za bardzo kocham twój uśmiech.

- Nawet jeśli często próbuję za nim ukryć moje tchórzostwo?

- Nie gadaj głupot, Rye-Rye. Jesteś najodważniejszym człowiekiem we Wszechświecie.

Ryland przesunął dłoń na jego policzek i uniósł się nieco, tym razem samemu inicjując pocałunek. Przymknął swoje błękitne oczy i pozwolił łzom Simona zmieszać się z własnymi.

Kwiaty rozkwitły na gałązkach i rozsiały wokół słodką woń. Ryland przylgnął do drżącego ciała Simona, kiedy jemu samemu zabrakło tchu.

Trwali tak przez chwilę, zamknięci w ciasnym uścisku, zanim Simon się nie odezwał.

- Potrzymać cię tak?

- Mhm. Tylko może w trochę wygodniejszej pozycji - stwierdził Ryland.

Nadal szumiało mu w uszach.

- Wygodniejszej?

- Na razie wgniatasz mnie w materac.

Simon zacmokał i przesunął dłoń w kierunku jego biodra.

- Co ty... - Ryland uchylił powiekę i parsknął śmiechem, kiedy ten po prostu go połaskotał.

- Ja ci dam wgniatanie w materac - Simon udał oburzony ton, ale niezbyt mu to wyszło.

Ryland zaśmiał się jeszcze raz i odgarnął Simonowi włosy z twarzy. Ten uśmiechnął się czule i delikatnie odsunął go od siebie, by zaraz potem objąć jego ramiona i nogi.

Ryland oparł głowę na jego klatce piersiowej. Serce Simona nadal biło jak oszalałe.

- Uspokój się - stwierdził, kładąc sobie dłoń pod policzkiem.

- Zmęczyłem się, no co?

- Tylko znowu nie zaśnij w taki sposób.

- Bo?

- Trzeba się umyć i posprzątać, zanim Rocky wpadnie tutaj z kolejną niezapowiedzianą wizytą.

- Później.

- Poza tym, plecy będą cię bolały.

- Wygodnie mi tak.

- Obaj wiemy, że jak tak zaśniesz, to jutro będziesz narzekać.

- Jutro to ja jestem na dole, przeżyję to jakoś.

- Skąd pomysł, że jutro też będziemy potrzebować bliskości?

- Nie wypłakałeś się wystarczająco.

- Simon.

- No co?

Ryland westchnął, bo wiedział, że Simon ma rację. Otarł nieco już wyschnięte łzy z policzka. Słodki zapach kwiatów koił jego skołatane nerwy.

...dopóki nie usłyszał cichego chrapania.

- Simon - pacnął go w ramię.

Simon obudził się lekko zirytowany i spojrzał na niego jak uczeń wyrwany z drzemki, którą uciął sobie w ostatniej ławce.

- Co?

- Nie śpij.

- O marudo - Simon wstał, wciąż z Rylandem w ramionach, czym zafundował sobie darmowe czyszczenie uszu, po czym położył się na boku, obejmując swojego partnera w pasie.

- Simon.

- Cicho - mruknął Simon, tym razem samemu wtulając się w jego ramiona.

- Posprzątać musimy.

- Później - Simon położył sobie jego nogę na biodrze. - Daj mi się chociaż kwadrans zdrzemnąć.

- Ale potem cię budzę.

- Dobrze, dobrze - Simon wsłuchał się w bicie jego serca. - Ważne, że żyjesz.

- Żyję.

- I niech tak jeszcze długo zostanie - szepnął Simon i po chwili znowu chrapał.

Ryland pogłaskał go po głowie. Mech nadal pokrywał jego prawe przedramię, ale nie zwracał na to uwagi.

I nawet nie zanotował, kiedy sam zasnął.

W każdym razie Adrian musiał ich przykryć, uprzednio wyganiając Rocky'ego z enklawy, żeby ich nie obudził swoim narzekaniem na przeciekających ludzi.

The end

sobota, 27 czerwca 2026

Stars, stubbornness and stupidity IV

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Butcher&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język (trochę więcej, bo Simon ma załamanie nerwowe)

Notka autorska: Biedny Simon, ale spokojnie, to ostatnia część. XD




- Simon, idź spać.

- Nie.

- Rocky, ty też.

- Nie.

- Simon musi coś zjeść. Ludzie muszą jeść częściej.

- Nie jestem głodny.

- Simon i Rocky uparci i głupi, stwierdzenie.

- Rocky będzie czuwał. Simon może iść do domu.

- On jest moim domem!

- Simon przecieka, stwierdzenie.

- Spierdalaj, Adrian.

- Rocky ma ci podbić narząd wzroku, pytanie?

- Rocky, do domu. Już.

- Ale...

- Teraz.

- ...no dobrze.

* * *

- Eridianie twierdzą, że mnie słyszysz. Skoro tak, to możesz się w końcu obudzić? Nie wiem, co dokładnie ci jest. Ten twój sterylny angielski wyparował z mojego umysłu, także przepraszam za pieprzenie monologu do ściany w tym moim edeńskim gównie.

- Lekarze mówią, że masz na tyle silny organizm, że z tego wyjdziesz, ale skąd oni, kurwa, wiedzą, że masz silny organizm, jak jedyni ludzie, których kiedykolwiek spotkali, to my?!

- Mogłem zareagować wcześniej. Wiedziałem, że to nie tylko biodro, wiedziałem, że coś jest grubo nie tak, ale jestem jebanym idiotą. Ty tak samo, ty się mikrobiologiem nazywasz i nie wiesz, kurwa, co cię boli?!

- Powinienem się cieszyć, że ci gorączka spadła, ale teraz jesteś tak zimny, jakbyś już... Ja pierdolę, nie mogę znowu płakać, bo potem te małe cholery donoszą Adrian i trują mi dupę.

- Chcę do domu, Rye. Pozwól mi iść do domu...

* * *

- Wykryto ruch gałek ocznych.

Ryland zamrugał.

I zakaszlał, jak mu Armando wyjął rurkę z gardła.

...

W tyłku też miał jedną.

I cewnik.

Pamiętać, nie ruszać się gwałtownie.

...

I uspokoić się, atak paniki przez PTSD można zostawić na później. Teraz trzeba się dowiedzieć, co się stało.

Zamrugał ponownie.

Był w medycznym pokoju na Hail Mary. Słyszał głosy eridiańskich lekarzy.

I czuł czyjś uścisk dłoni na swojej.

...

...no cóż, opcja była tylko jedna. Więcej ludzi tu nie ma.

Próbował zmusić swoje oczy do działania.

Przydałyby mu się okulary.

Rękę też usiłował namówić, żeby go słuchała, ale tutaj to już w ogóle miał wrażenie, że to zupełnie niemożliwe.

- Si... mon? - spróbował się odezwać.

I wtedy jego wzrok nieco się wyostrzył.

Simon spał na hamaku, zrobionym z tych swoich pnączy, podwieszonym pod sufitem. Trzymał go za rękę tak mocno, jakby jego życie od tego zależało. Właściwie to nawet trochę to bolało.

Ryland spróbował wyswobodzić swoją dłoń, czym Simona obudził.

Ten przetarł oczy i gwałtownie usiadł, przez co spadł z hamaka.

- Szlag - mruknął Simon, masując sobie tyłek, po czym na niego spojrzał. - RYLAND!

I przytulił go tak mocno, że prawie złamał mu żebro.

Co z jego siłą naprawdę nie było przenośnią.

- Co się...

- Jesteś idiotą, to się - warknął Simon, wdychając zapach jego włosów. - Nabawiłeś się sepsy, doktorku od siedmiu boleści.

- Sep...

- Tak.

- Ale...

- Kamica nerkowa cię dopadła - wyjaśnił Simon. - Cokolwiek to jest, bo my to ewidentnie nazywaliśmy inaczej. Ale kosmiczne pająki tak twierdzą. No i poharatała całą twoją nerkę, wdało się zakażenie, zakażenie rozlało się na cały organizm...

- Gdzie Rocky? - spytał Ryland słabym głosem, próbując nie myśleć o tym, co właśnie powiedział Simon.

Pamiętał Rocky'ego jak przez mgłę.

Poza tym, potrzebował go teraz. Tutaj. Przy sobie. Razem z Simonem.

- Adrian zabrał go do domu, bo ten uparty głaz nie chciał dać się namówić na pójście spać, dopóki się nie obudzisz - odparł Simon. - Naprawdę jesteś idiotą.

- Zasnąłeś - mruknął Ryland.

- I?

- Rocky...

- Nie da mi żyć, wiem. Ale siedzę przy tobie od tygodnia, jestem zmęczony - stwierdził Simon.

- Czekaj... Co? - Ryland zamrugał.

- Dobrze, prawie tygodnia. No dobrze, może pół - Simon westchnął ciężko. - Dureń z ciebie.

- Uhm - Ryland spojrzał na jego czoło. - Plaster?

- A... - Simon zaśmiał się histerycznie. - Dostałem ataku paniki, zemdlałem i walnąłem się w ten pusty łeb.

- Co...?

- Jak to pewien doktorek kiedyś powiedział, pstro - odparł Simon. - Idę powiedzieć Adrian, że żyjesz.

- Nie - Ryland złapał go za rękę. - Wyślij... kogoś...

- Mam zostać?

- Uhm...

- Dobrze - Simon wstał i na cały głos zawołał: - HEJ, GŁAZIORY, GRACE DYCHA!

I wywołał tym oklaski oraz odgłosy euforycznej wręcz radości.

- Zadowolony? - spytał Simon.

Ryland nieznacznie kiwnął głową.

* * *

- ...i tak właśnie może się skończyć ignorowanie kamicy nerkowej i nieprzyjmowanie antybiotyków w odpowiednim czasie - oznajmił Ryland, rozsiadając się w fotelu podczas lekcji.

- Talia pytała, czy Grace w porządku, to Grace twierdził, że w porządku - stwierdziła Letizia, kamyk w kolorze indygo.

- Rocky miał rację, że Grace głupi - mruknęła Jodi, błękitny kamyk.

- Tak, tak, prawie się wykończyłem, bo jestem matołem - Ryland pokiwał głową. - Macie jeszcze jakieś pytania?

- Grace naprawdę się posikał, pytanie? - spytała Meredith, która, o ironio, była żółtym kamykiem.

- Tak, Grace przecieka, stwierdzenie - mruknął Ryland, opierając głowę na ręce. - A macie pytania, które nie sprawią, że będę miał kryzys egzystencjalny?

- Co to jest ten kryzys, pytanie? - Frank, biały kamyk, podniósł powoli rękę.

- Moment, w którym czujesz takie zażenowanie samym sobą, że masz ochotę lecieć na inną planetę - wyjaśnił Ryland.

- Nie, nie, Grace niech nas nie opuszcza! - zawołał granatowy kamyk o imieniu David i skoczył na Rylanda.

Po czym to samo zrobiły inne kamyki, zrzucając go z fotela i zamęczając swoją miłością.

- Pomocy! - Ryland pomachał ręką, którą ktoś złapał.

- Widzę, że uczniowie cię kochają, co? - spytał Simon, trzymając pnączami wyrywające się kamyki. - Rocky cię szuka.

- Co tym razem chce?

- Wspominał coś o jajkach. Wiesz, o co może mu...

- JAJKACH?! - Ryland zerwał się na równe nogi. - Jesteś pewien, że mówił o jajkach?!

- Ale co?

- Eridianie wykluwają się z jajek, Simon! - Ryland złapał go za koszulę i potrząsnął nim.

- A, czyli będziesz wujkiem? - Simon zaśmiał się krótko.

- A Simon i Grace też będą mieli jajka? - spytał Joe, szary kamyk.

- Rocky mówi, że to tak nie działa - odpowiedział mu Jimmy, brązowy kamyk.

- Wasza rasa jest bystra. Zawsze możecie nam wyhodować jakiegoś klona w laboratorium - stwierdził Simon.

- Ty lepiej nie pleć takich bzdur i chodź, trzeba się upewnić, o co chodziło Rocky'emu z jajkami - Ryland pociągnął go za rękę i złapał swoją laskę. - Do jutra, dzieciaki~!

- Do widzenia, Grace! - odpowiedziały kamyki chórem.

- Ale Ryland, nie idź tak szybko, nadal jesteś na lekach!

- Nie obchodzi mnie to teraz~!

- Jesteś pewien, że nie ruch... Znaczy, nie uprawiałeś seksu z tym konkretnym kamieniem? Bo się ekscytujesz, jakbyś to ty był ojcem.

- Simon!

- No co?

- Bo przeprowadzimy eksperyment i sprawdzimy, czy może jednak możesz składać jajka.

- ...nie śmiałbyś.

Ryland jedynie się zaśmiał.

The end

czwartek, 25 czerwca 2026

Stars, stubbornness and stupidity III

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Butcher&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język (czasami, bo Simon ma character development) + w tej części pojawia się dość turpistyczna, nieco obrzydliwa scena, więc lepiej odłóżcie wszelkie napoje i pokarmy

Notka autorska: Serio, nie jedzcie nic.



Ryland nawet nie protestował, kiedy Simon po prostu zniósł go na dół, tym razem na plecach. Pomyśleli, że może w taki sposób, kiedy to uszkodzone biodro będzie lepiej podparte, to przestanie aż tak mu doskwierać. Oczywiście Ryland się do tego nie przyznał, ale nie pomogło ani trochę. Miał wrażenie, że gdyby całe jego ciało nie przylegało stricte do pleców Simona, to zgiąłby się z bólu w pół.

Nic nie jadł tego wieczoru. Po prostu na autopilocie dotarł do łóżka i skulił się w pozycji embrionalnej, usiłując oddychać. Było mu niedobrze, miał zawroty głowy i bywały momenty, w których tracił świadomość tego, co się wokół niego dzieje.

Simon poszedł się wykąpać i Ryland myślał tylko o tym, żeby chociaż przebrać się w piżamę, zanim przyjdzie do sypialni. Nie chciał jeszcze bardziej go martwić. Musi jakoś przecierpieć ten stan, a potem wszystko przejdzie. Tak. Nic się nie dzieje.

Udało mu się nawet poskładać wszystkie ubrania w kostkę i wciągnąć na siebie koszulkę i dresy. Wszedł pod kołdrę i zamknął oczy. Simon przyszedł po chwili i położył się obok.

Ryland próbował zasnąć, ale nie mógł. Ból był nie do zniesienia. Nasilał się z każdą chwilą, a on zaczął chyba nawet lekko dygotać.

- Rye? - usłyszał jego głos, a prawa dłoń Simona wylądowała na jego czole. - Rye, ty chyba masz gorączkę.

Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że ledwie czuje różnicę między swoją temperaturą, a skórą na dłoni Simona, którego ciało zawsze było cieplejsze o kilka stopni, prawdopodobnie przez tę mutację.

- Jesteś cały spocony - stwierdził Simon. - Wiesz co, ja zrobię herbaty i poszukam czegoś przeciwgorączkowego, a ty idź się przebrać. Nie potrzebujesz do tego bólu biodra jeszcze przeziębienia.

- Uhm - Ryland wstał z łóżka.

Momentalnie zakręciło mu się w głowie, ale to zignorował.

- Dasz radę sam wejść do wanny?

- Mieszasz języki, przestań panikować - mruknął Ryland, idąc do łazienki przy ścianie. - Rób tę herbatę, ja po prostu wezmę prysznic.

- Ale ty jesteś uparty - stwierdził Simon, idąc do kuchni.

Kiedy Ryland dotarł w końcu do łazienki, poczuł, że to tyle na temat zachowania obiadu i śniadania i prawdopodobnie wczorajszej kolacji w żołądku. Właściwie czuł się, jakby zwymiotował jedzenie, które jadł jeszcze na Ziemi.

Ściągnął ubrania i dosłownie wczołgał się pod prysznic. Jego biodro dostało jakiegoś szału. On dostawał szału.

Oparł się plecami o ścianę. To nie było uszkodzenie mechaniczne. Mógł wpaść na to już wcześniej, ale nawet o tym nie pomyślał. Mógł się zorientować, że dzieje się z nim coś poważniejszego niż tylko kolejny efekt eridiańskiej grawitacji, ale...

...ale że puszczą mu zwieracze z bólu, to się nie spodziewał nawet w takiej sytuacji.

Tyle, że mocz chyba powinien być... żółty.

Nie był żółty.

I wręcz... lepki.

- Co do cholery...? - szepnął Ryland, ocierając sobie udo z krwi. - Si... mon...

I to było ostatnie, co zapamiętał, zanim osunął się na zimne kafelki.

* * *

Simon otworzył drzwi kopniakiem, kiedy tylko usłyszał zbyt dobrze znany mu głuchy dźwięk upadającego ciała. Wpadł do łazienki i chciał podbiec do Rylanda, ale w połowie drogi zauważył... krew.

Krew.

Krew na kafelkach. Krew na udach Rylanda. Krew na jego palcach.

Krew.

Zatrzymał się tak gwałtownie, że aż się przewrócił.

Jego palce dotknęły krwi.

Krwi.

KRWI.

To nie była jego krew. Do swojej krwi się przyzwyczaił. Tolerował ją.

Ale czyjaś?

O nie, nie, nie, nie.

Gorąco.

Duszno.

Aż czuł zapach żelaza wdzierający się do jego nozdrzy.

Nie.

Nie.

Za dużo.

Krew.

Kurwa mać.

Oddychaj, Simon.

Oddychaj.

Wdech.

Wstał.

Wydech.

Podszedł do Rylanda.

Wdech.

Jedna ręka pod kolana.

Wydech.

Druga ręka pod pachy.

Wdech.

Kurwa, skąd tu ta krew?!

W-wydech.

Przymknął oczy.

Wdech.

Odwrócił się i puścił się biegiem do wyjścia, po drodze łapiąc pnączami koc.

Wydech.

Oddychanie bolało.

Wdech.

Nic nie widział, biegł po omacku, ale enklawa wcale nie była taka duża.

Wydech.

Nie mógł patrzeć. Jak spojrzy, to znowu przestanie oddychać.

Wdech.

Ciało Rylanda było tak ciepłe, że ledwie czuł różnicę temperatur.

Wydech.

- ROCKY! ADRIAN! KTOKOLWIEK!

Wdech.

Wydech.

Wdech.

Wydech.

- ROCKY!

Wdech.

Wydech.

Wdech.

Wydech.

Nagle zdał sobie sprawę, że czuje krew na palcach prawej ręki.

Wdech.

Pogorszył sprawę.

Wydech.

Wbił Rylandowi swoje pazury do krwi.

- ROCKY!

- Simon?

- ROCKY! - Simon przylgnął do ksenonitu. - NO DALEJ, TWÓJ KUMPEL JEST W NIEBEZPIECZEŃSTWIE, RATUJ GO!

- Rocky nie ma pojęcia, co mówisz, ale źle, źle, źle - Rocky odwrócił się do Adrian. - Adrian, chodź tu, Grace potrzebuje naszej pomocy!

Obaj Eridianie przeszli w kombinezonach do enklawy. Simon podał im Rylanda i spojrzał na swoje dłonie.

Krew.

- SIMON?!

Ale on już ich nie słyszał...