Blog zawiera treści o związkach męsko-męskich i damsko-damskich. Jeżeli nie lubisz yaoi i yuri, to naciśnij czerwony krzyżyk i nie czytaj, zamiast obrzucać mnie błotem. Dziękuję za uwagę.

Polecany post

The Traces of Her Are Receding Into the Distance

Uniwersum: Aoishiro Pairing: Kohaku&Syouko Dozwolone od: 17+ Gatunek tekstu: soft angst Ostrzeżenia: spoilery do gry Notka autorska: End...

środa, 15 lipca 2026

Five Flowers of Joy and One of Sadness II

 Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, crossover, AU, 5+1

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język (czasami)

Notka autorska: Przepraszam za te nawiązania do filmów, nie mogłam się oprzeć.



Po tym, gdy kolejny raz upiekli frytki i przygotowali do nich ketchup, a Rylanda znów poniosły emocje, Simon pomyślał, że jego reakcje były coraz ciekawsze, ale jednocześnie niezmiennie wręcz euforyczne. Pamiętał, jak lata temu po raz pierwszy udało mu się wyhodować coś na kształt herbaty. Ryland nie mógł zamknąć się na ten temat przez miesiąc i w końcu Rocky przyszedł do Simona się poskarżyć, że nawet kamyki w szkole mają dość i to właściwie wszystko jego wina.

Jak zwykle zresztą, według tego nadopiekuńczego wobec swojego przeciekającego, kosmicznego mięczaka Eridianina.

W każdym razie, jedyną gwałtowniejszą reakcję niż na wszystkie inne ogrodnicze eksperymenty, Ryland miał wtedy, jak udało im się wyprodukować kawę. Co prawda Eridianom udało się skopiować DNA kawy z ziaren znalezionych na Hail Mary, ale picie w kółko tego samego gatunku miało prawo się znudzić i tak też się stało. Simonowi niezbyt podobało się, że Ryland nazwał ich kawę Sanguffee, bo oczywiście miała posmak żelaza, ale wolał się nie odzywać. Poczucie humoru jego ukochanego pozostało czasem dla niego zagadką, a zdecydowanie preferował słyszeć jego śmiech, niż widzieć to zawiedzione spojrzenie.

Simon oparł głowę na ręce i przerzucił kartkę w encyklopedii kwiatów, którą znalazł w jednym z pokojów w Hail Mary, kiedy jeszcze był tam stałym rezydentem. Czasem zastanawiał się, czy nie powinni z Rylandem polecieć na Ziemię. Mieliby wtedy dostęp do tych wszystkich rzeczy, za którymi jego ukochany tęsknił. Do słodyczy, do warzyw i owoców niesmakujących żelazem, do różnorakich kwiatów, zwierząt i grzybów. Tych dwóch ostatnich rzeczy Simon nie mógł mu dać. Jego moce zmieniły go, jak to Ryland określił, w chodzący warzywniak, ale nie potrafił stworzyć ani kota, ani psa, ani nawet świnki morskiej. A grzyby? Co najwyżej czasem wyrosła im na jedzeniu pleśń. A to podobno jest niejadalne. Cóż, na Eden mieli inne zdanie. Jeśli coś dało się zjeść, to choćby dostało się od tego srogiego rozwolnienia, warto było ryzykować.

Ale kiedy myślał o tym wystarczająco długo, przypominał sobie, że nie wygląda już jak człowiek. Przypominał sobie te wszystkie filmy, które oglądał z Rylandem. To, jak bardzo ludzie są okrutni i jak od razu chcą przeprowadzać na wszystkim eksperymenty, jeśli tylko coś lub ktoś odbiega od normy. Jak bardzo nie szanują innych, nawet jeśli wyglądają identycznie jak oni. A potem biedny android wykrwawia się na schodach albo lalka próbuje być lepszą osobą dla ukochanej, ale kompletnie nie wie, jak się do tego zabrać i na koniec i tak zostaje sama jak palec. Nawet jeśli to tylko fikcja, to wiedział, że tak to by właśnie wyglądało, gdyby jednak to wszystko było prawdą.

Bo Ziemia tak naprawdę mało różniła się od Eden. Nieważne, czy ludzie mówili po angielsku, niemiecku, koreańsku, hawajsku czy czymkolwiek była ta mieszanka, która stała się jego ojczystym językiem. Mordowali się, zdradzali, byli dla siebie niezwykle toksyczni albo upijali się do nieprzytomności, bo coś im nie poszło w życiu. A potem ojcowie chcieli dobrze dla swoich dzieci, ale żony wyrzucały ich z domu, bo przez przypadek niszczyli im karierę, ginęły, bo nie mogły się doprosić, by ich przygłupi mężowie naprawili nieszczelny piec, albo zostawały same, bo ich partnerzy obrabowali bank czy inny lombard i ktoś ich zastrzelił.

Nie, zdecydowanie nie chciał lecieć na Ziemię. Może przez to nigdy nie pozna prawdziwego smaku truskawek albo bananów, ale tutaj było jednak bezpiecznie. Z dala od tej zdziry Stratt, COI, Eden i wszystkich okrutnych ludzi.

Simon zamknął książkę. Znalazł już to, czego szukał. Poza tym, chciał zasiać trawę. Ryland twierdził, że to strata czasu i że potem trzeba będzie ją kosić, a oni nie mają kosiarki, ale Simona za bardzo intrygowało, jak to jest po niej chodzić. Czy naprawdę tak wygodnie się w niej leży, jak to często robią w fikcji? Czy jest taka miękka w dotyku, na jaką wygląda? Czy jak ją spryska wodą, to utworzy się na niej rosa?

- O czym myślisz? - spytał Ryland, podnosząc wzrok znad swojej książki.

- O trawie - odparł Simon. - I o rosie.

- Mówiłem, że to strata czasu - stwierdził Ryland, przerzucając stronę.

- Ale ja bym jednak chciał spróbować ją zasiać - Simon przysunął się do niego, przez co hamak, na którym siedzieli, niebezpiecznie się zachwiał.

- Skup się może na innych roślinach - odparł Ryland.

- Czemu raz nie mogę to ja wybrać czegoś do naszego ogródka? - spytał Simon.

- Bo trawa to tylko pokrywa, niż interesującego - Ryland wzruszył ramionami.

- No to chociaż taki mały fragment - poprosił Simon.

- Aż tak ci na tym zależy? - Ryland spojrzał na niego uważnie.

- Trawa mnie fascynuje - wyjaśnił Simon.

- A jak ci powiem, że mam alergię na pyłki traw?

- Nie masz.

- Skąd wiesz, że nie mam?

- Bo byś nie pytał, tylko powiedział.

- Ale mogę dostać. Może przestałem być na nie odporny podczas pobytu tutaj?

- Rye, daj mi posiać tę trawkę - Simon spojrzał na niego, patrząc mu prosto w oczy. - Proszę.

Ryland westchnął ciężko.

- Niech ci będzie - stwierdził, dając za wygraną.

- Dzięki! - Simon przytulił go gwałtownie, przez co jednak spadli z hamaka. - Au!

- Przynajmniej miałem miękkie lądowanie - stwierdził Ryland.

- Jestem miękki?

- Mięciutki jak pluszaczek - Ryland uszczypnął go w policzek, a długie kosmyki opadły mu na twarz, kiedy się nad nim pochylił.

- Wyglądasz pięknie, wiesz? - spytał Simon, wsuwając palce w jego włosy.

- Może i tak, ale to oznacza, że albo mi się kolejna gumka recepturka zgubiła, albo pękła.

- I?

- I jak wszystkie zużyję, to będę musiał znowu ściąć włosy.

- Eridianie zrobią ci nowe recepturki.

- Próbowali. Drapią.

- Ty i ta twoja wrażliwa skóra - Simon przesunął palcem po jego ustach.

- I kto to mówi?

- To tylko wina mutacji.

- Tak, tak, mały masochisto.

- Nie jestem masochistą - mruknął Simon.

- Jesteś - stwierdził Ryland i pocałował go, jednocześnie wsuwając palce między gałązki na jego lewej ręce.

Simon uśmiechnął się lekko, oddając pocałunek.

Szykowała się długa noc.

...i bardzo dobrze, bo od dnia, w którym zrobili ten głupi ketchup, minęły jakieś cztery miesiące!

wtorek, 14 lipca 2026

Five Flowers of Joy and One of Sadness I

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, crossover, AU, 5+1

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język (czasami)

Notka autorska: Pięć sytuacji, kiedy Simonowi udało się wyhodować coś, co Rylanda zachwyciło i jedna, kiedy... A, sami zobaczycie.

Swoją drogą, tak, kolejny fik z nimi. I tak, mam pomysły na więcej. Nie, nie jestem normalna. A przynajmniej jeśli chodzi o nich.


Ryland zmarszczył się nieco i uchylił powieki, kiedy poczuł, że jego całe ciało zdrętwiało. Może i Eridianie opóźnili nieco ich proces starzenia (chociaż siwych pasm miał już zdecydowanie zbyt dużo jak na jego gust), ale chyba wciąż był za stary na zbyt długie przebywanie w jednej pozycji.

Przeciągnął się i rozejrzał. Zasnął oparty o drzewo, które zasadził z Rockym kilkanaście lat temu, jeszcze przed tym, jak Adrian i jego załoga znaleźli Simona. I sądząc po tym, że był przykryty kołdrą, to któryś z wyżej wymienionych musiał go nią przykryć.

- Jak się spało? - spytał Simon, opierając się o łopatę.

Włosy miał spięte w długą kitkę opadającą mu na plecy. Ubrany w ogrodniczki, ubrudzony ziemią i z tym radosnym błyskiem w oczach wyglądał jeszcze przystojniej niż zwykle.

Na Hail Mary może i było kilka roślin, które Eridianie skopiowali, ale dopiero dziwne, zmutowane moce Simona dały im naprawdę dużo możliwości w temacie tego, co mogli uprawiać w tym swoim małym ogródku.

Bo o ile eridiańscy botanicy robili wszystko, co mogli, by pomóc Rylandowi nie przechodzić znowu przez szkorbut i beri-beri, tak już gleba na tej planecie nie zawsze chciała współpracować. Na całe szczęście Simon dosłownie potrafił zmienić DNA roślin i przystosowywać je do panujących w enklawie warunków.

Nawet jeśli przez to większość z nich miała delikatny posmak żelaza.

- Wszystko mnie boli - odparł Ryland, wstając spod drzewa. - Co tym razem przekopujesz?

- Czekaj - Simon wyjął z kieszeni kartkę. - Chyba te, ziemianki? Jeśli dobrze czytam. Pewnie nie.

- Stworzyłeś ziemniaki? - spytał Ryland, opierając się o laskę.

Ach, tak. Artretyzm niestety też nie miał zamiaru mu odpuścić.

- Nie mówiłem? - Simon podrapał się po głowie i syknął, bo znowu zapomniał, jak ostre ma pazury. - Dostanę czegoś z tymi szponami, one muszą tak cholernie szybko rosnąć?

- Simon.

- Oj, wybacz - Simon podszedł do niego i objął go ramieniem. - Odpowiadając na twoje pytanie, tak, stworzyłem te... ziemniaki.

- Możemy zrobić frytki? - Ryland spojrzał na niego zaszklonymi oczami. - A potrafiłbyś w pomidory?

- Co znowu mam pomerdać?

- Pomidory. Moglibyśmy wtedy zjeść te frytki z ketchupem - Ryland uśmiechnął się rozmarzony. - Szkoda, że na musztardę to już w ogóle nie można liczyć...

- Po-mi-do-ry - powtórzył Simon. - Dobra, poszukam na tym twoim laptopie, co to jest.

- Dziękuję - Ryland cmoknął go w policzek. - Idziemy nad morze?

- Chyba raczej "Ja idę, ty jesteś niesiony".

- Ej no, mogę iść sam.

- I dojdziemy tam pod wieczór.

- Simon! - zawołał Ryland i zanim się obejrzał, już był w ramionach swojego ukochanego. - Mógłbyś czasem...

- Nie.

- Nawet nie wiesz, co.

- Ale i tak wiem, że nie - Simon uśmiechnął się zawadiacko i ruszył w stronę morza.

Ryland jedynie westchnął.

* * *

- Pomidor - mruknął Simon, patrząc na zielone jak na razie warzywo.

Albo to był owoc?

W każdym razie, roślina.

- Co Simon robi, pytanie? - spytał Adrian, podchodząc do niego.

- Przyglądam się pomidorom - odparł Simon. - Cześć, Adrian.

- Cześć, cześć. Nowa roślina, pytanie?

- Tak - Simon usiadł na ziemi i poklepał miejsce obok siebie. - Gdzie nasze bliźniaki syjamskie?

- Rocky i Grace obierają ziemniaki. Grace przecieka, stwierdzenie.

- Kto mu dał nóż? - Simon westchnął ciężko.

- Nie, nie, to nie krew, to łzy, stwierdzenie - wyjaśnił Adrian.

Simon pomasował skronie.

- Naprawdę aż tak chce mu się tych frytek?

- Co to frytki, pytanie?

- Nie mam bladego pojęcia, na Eden nie było czegoś takiego - Simon wzruszył ramionami. - Chociaż widziałem kilka razy frytki w filmach, które Ryland mi pokazywał.

- Kto, pytanie?

- Grace. Grace mi pokazywał.

- Adrian kiedyś zapamięta, czemu Grace ma dwa imiona, ale to nie jest ten dzień, stwierdzenie.

- Nie martw się, nawet ja do dzisiaj nie do końca rozumiem, czym są nazwiska, nawet jeśli teraz sam je mam - Simon poklepał Adrian po głowie. - Chcesz jednego pomidora do badań?

- Dojrzały, pytanie?

- Jeszcze nie, powinny być czerwone chyba - Simon zajrzał w notatki, brudząc strony notesu ziemią. - Albo żółte. Ale pewnie z moimi mocami i tak wyjdą ciemnoczerwone jak krew.

- Adrian może w sumie zbadać niedojrzałego pomidora, a potem dojrzałego, stwierdzenie - stwierdził Adrian.

Simon zerwał jedną sztukę z krzaczka i podał Adrian.

- Masz. Tylko nie mów Rylandowi.

- Adrian milczy jak trumna.

- Jak grób - poprawił go Simon.

- Jak grób - Adrian zasalutował mu jedną z trójpalczastych dłoni.

Simon uśmiechnął się i wstał, po czym wszedł do domu. Poszedł do kuchni i znalazł Rylanda siedzącego na podłodze, zalanego łzami, jakby przynajmniej znowu oglądali jeden z tych rzewnych filmów z tym aktorem, który wygląda jak jego młodsza wersja.

- Rye? - Simon spojrzał najpierw na niego, a potem przeniósł wzrok na Rocky'ego, który głaskał Rylanda po ramieniu. - Rocky?

- Simon nie pyta, Rocky też nie rozumie, stwierdzenie - odparł Rocky.

- No bo one tak pachną! - Ryland otarł sobie łzy dłonią. - Nie czujesz, Simon? Frytki! Robimy frytki!

Simon spojrzał na niego, ledwo powstrzymując się od śmiechu.

- Zgadzam się, że ładnie pachną, ale masz 56 lat, Rye - stwierdził w końcu.

- Nie jadłem frytek od dwudziestu!

- A ja nie jadłem nigdy i jakoś nie dramatyzuję.

- Jesteś niemiły.

- Ale przynajmniej seksowny.

- Rocky tu dalej jest! - oburzył się Rocky. - Jak Grace i Simon chcą się marcować, to mogą chociaż poczekać, aż Rocky zabierze Adrian i Gracie i pójdzie do domu, stwierdzenie.

- Rocky, ile razy ci mówiłem, żebyś nie nazywał tego marcowaniem? Marcują się koty - Ryland rzucił mu karcące spojrzenie.

- Rocky czytał o kotach. Koty są dla ludzi jak Grace i Simon dla Eridian. Grace i Simon się marcują, stwierdzenie - odparł Rocky, wstając.

- Zostaliśmy zwierzaczkami? - spytał Simon.

- Rocky czytał, że ludzie nazywają to systemem dystrybucji kotów - Rocky wszedł na blat i oparł się o żyrandol. - System dystrybucji ludzi wybrał Rocky'ego, stwierdzenie.

- Co właściwie robisz? - spytał Simon.

- Rocky znalazł Gracie, stwierdzenie - Rocky wyciągnął małego, złocistego kamyka z żyrandola za nogę.

Gracie jedynie coś zaświergotał.

- Kiedy to dziecko tam wlazło? - spytał Ryland.

- Jak Grace zaczął płakać przez frytki, stwierdzenie.

- Rocky.

- Które ci się zaraz sfajczą, bo zbyt emocjonalnie do nich podchodzisz - stwierdził Simon, patrząc przez szybkę. - Jedna chyba jest już węglem.

- Moje frytki! - Ryland dopadł do drzwiczek i chwycił je bez rękawic ochronnych, przez co odskoczył i wpadł w ramiona Simona. - Au...

- Żyjesz? - spytał Simon, patrząc na jego dłonie. - Zaczerwienione trochę.

- Gorętszy od lekkomyślnego Eridianina ten uchwyt nie jest - odparł Ryland, wyłączając piekarnik i zakładając rękawice.

- Rocky protestuje, Rocky cię wtedy ratował! - Rocky tupnął nogą.

- No nie wiem, nie wiem, blizny po tym, jak to ja musiałem później ratować ciebie, nadal mnie czasem trochę ciągną.

- Simon cię psuje, stwierdzenie.

- O nie! Rye, mam na ciebie zły wpływ! - Simon wykonał dramatyczny gest sztuczną ręką, śmiejąc się pod nosem. - Musimy się rozstać, zasługujesz na kogoś lepszego! A, nie, czekaj, nikogo innego tu nie ma. Chcesz, żeby Ryland był samotny, Rocky?

- Rocky nie chce. Grace wtedy więcej przecieka, stwierdzenie.

- Rocky - Ryland zmierzył go wzrokiem.

- Grace niech tak na mnie nie patrzy, Rocky tylko się martwi - stwierdził Rocky i pociągnął Gracie za koszulkę, gdy kamyk próbował wejść tym razem do zlewu. - Gdzie jest Adrian, pytanie?

- Zostawiłem go w ogrodzie - odparł Simon.

- O nie, nie, nie! Źle, źle, źle, Adrian znowu naniesie pełno ziemi do domu! - Rocky przerzucił sobie Gracie przez ramię i pobiegł do ogródka.

- Simon? - zaczął Ryland, stawiając talerze z frytkami na stole.

- Tak? - Simon odwrócił się w jego stronę.

- Nie jestem z tobą dlatego, że nikogo innego tu nie ma, tylko dlatego, że to ty tu jesteś - stwierdził Ryland, głaszcząc go po lewym policzku. - Pamiętaj o tym, okej?

- Okej - Simon objął go w pasie i pochylił, po czym pocałował go czule.

- Rocky mówił, że Grace i Simon mają poczekać z marcowaniem!

Obaj spojrzeli na Rocky'ego, który zirytowany ciągnął Adrian za sobą i próbował jednocześnie powstrzymać Gracie przed kolejną ucieczką.

- Czy to te frytki tak działają, pytanie? - spytał Adrian, będąc zdecydowanie mniej turkusowy niż Rocky by chciał.

- Nie, to tylko radość - stwierdził Simon, biorąc jedną z talerza. - Ej, nawet całkiem dobre.

- Simon, nie jedz przy Eridianach! - skarcił go Ryland.

- Grace nie panikuje, Adrian i Rocky przywykli, stwierdzenie - Adrian złapał Gracie za rękę, pomagając okiełznać Rocky'emu tego niesfornego kamyka. - Adrian, Rocky i Gracie już pójdą, stwierdzenie.

Po czym wyszli, chociaż Rocky zatrzymał się jeszcze przez chwilę i gdyby był człowiekiem, pewnie rzuciłby im mordercze spojrzenie.

- Ach te kosmiczne kamienie - Simon zaśmiał się krótko. - Jak tam frytki, Ryland? Ryland?

Simon zerknął na niego i tym razem roześmiał się głośno, widząc swojego ukochanego z napchanymi policzkami jak te małe kulki futra, które widział u niego na laptopie. Chyba chomiki.

- Pyszne - powiedział Ryland, kiedy w końcu nieco przeżuł całą garść frytek. - Smakują jeszcze lepiej niż pachną.

- Cieszy mnie to - stwierdził Simon. - Czyli robimy je jeszcze raz, jak już pomidory dojrzeją?

- ZROBIŁEŚ TE POMIDORY?! - zawołał Ryland, upuszczając jedną frytkę z powrotem na talerz.

- Hm? No, tak - przyznał Simon i upadł na podłogę, kiedy stracił równowagę, gdy Ryland niespodziewanie wskoczył mu w ramiona i przytulił. - A, więc taka reakcja.

- Wyhodowałeś pomidory - Ryland chlipnął. - Naprawdę mamy pomidory?

- Na razie jeszcze są zielone, jak coś.

- Uwielbiam cię - stwierdził Ryland i tym razem to on pocałował jego.

wtorek, 30 czerwca 2026

Scent of the Forest Flowers

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Butcher&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 18+

Gatunek tekstu: sci-fi, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka + sceny erotyczne

Notka autorska: Tak. Sceny erotyczne. Tu nie ma fabuły. Oni po prostu poszli do łóżka. To wszystko. Zapraszam. Miłego czytania. Hana, nie zjedz mnie. XD



Drobne listki łaskotały delikatnie jego skórę.

Cienkie gałązki oplotły się wokół jego nóg.

Ujął czule chłodną dłoń i pociągnął za jedną z łodyżek. Mimo upływu lat, wciąż nie przyzwyczaił się do tego, jak natychmiastowy był tego efekt.

- Rób tak dalej, a będziesz miał spokój ode mnie, zanim się obejrzysz - szepnął Simon tuż przy jego uchu.

- Nie potrzebuję spokoju, potrzebuję bliskości - odparł Ryland, obejmując Simona drugą ręką. - Potrzebuję ciebie.

- Hm? - głos Simona wyrażał lekką dezorientację. - Nie eksperymentujemy dzisiaj?

- Po prostu mnie kochaj.

- Chcesz o tym pogadać?

- Może trochę.

- To przez ten koszmar, co miałeś w nocy?

- Mhm.

- Zdradzę ci sekret.

- Sekret?

- Twój szloch obudził mnie z mojego - oznajmił Simon. - Więc obaj potrzebujemy siebie nawzajem.

- Simon?

- Hm?

- Tym razem to ty za dużo mówisz - stwierdził Ryland, splatając swoje palce z gałązkami na dłoni Simona.

- Rye?

- Hm?

Simon popchnął Rylanda na łóżko i oparł się o materac, nie puszczając jego dłoni. Włosy Rylanda, przedzielone kilkoma siwymi pasmami, rozsypały się na poduszce.

- Jak na asa, jesteś czasem niemożliwy.

- Za to mnie kochasz.

- Zawsze - szepnął Simon i pocałował go czule, przeczesując jedno z tych srebrzystych pasemek. - Jesteś tak absolutnie pewien, że nie chcesz po prostu dłużej porozmawiać?

Ryland jedynie głęboko spojrzał mu w oczy, nieznacznie kiwając głową.

- Dobrze więc - Simon wsunął dłoń między jego uda. - Mogę ci pokazać, jak bardzo cię kocham.

Ryland poczuł, jak gałązki nieco mocniej zaciskają się na jego łydkach. Zapach żywicy i lasu wzmógł się, a Simon ostrożnie rozsunął jego nogi. Jeszcze cieplejszy niż zwykle oddech jego ukochanego owiał mu kark.

Jedynie chłód stali na jego prawej dłoni utrzymywał go w rzeczywistości, co zmieniło się w momencie, gdy poczuł pierwsze krople krwi na palcach. Jej woń zmieszała się z zapachem żywicy, lasu i potu. Nawet po tych wszystkich latach wciąż nie wiedział, jakim cudem ta ręka krwawiła, ale ważniejsze było to, że, jak zwykle, oddech Simona tylko przez to przyspieszył. Ryland przytulił się do niego jeszcze mocniej, aż stare blizny na lewej ręce dały o sobie znać.

- Rye?

- Hm?

- Oddychaj.

- Oddycham.

- Za płytko. Boję się, że mi się tu udusisz.

- Nic mi nie będzie.

- Zostaniesz ze mną?

- Nigdzie się nie wybieram.

- Na pewno?

- Żaden z nas nie lubi być sam.

- Jak samotny byłeś w tym śnie?

- Bardzo - szepnął Ryland, wplatając palce lewej dłoni we włosy Simona. - Dlatego cieszę się, że jednak tu jesteś.

- Nawet nie myśl, że się mnie pozbędziesz - Simon uśmiechnął się, chociaż jego głos trochę zadrżał. - Musiałbyś chyba wysłać mnie w Hail Mary na Ziemię.

- Poleciałbym z tobą.

- Przeżyłbyś?

- Po tym, jak Eridianie opóźnili nasz proces starzenia się? Na pewno.

- Mógłbym ci wtedy pomóc ukatrupić Stratt.

- Simon.

- Racja - Simon odsunął go nieco od siebie, by znów go pocałować. - Jedyną osobą, którą kiedykolwiek zabijesz, jestem ja.

- Ty?

- Nie wiem, czy przeżyję bez ciebie chociaż tydzień - szepnął Simon, a w jego dwukolorowych oczach zalśniły łzy. - Za bardzo kocham twój uśmiech.

- Nawet jeśli często próbuję za nim ukryć moje tchórzostwo?

- Nie gadaj głupot, Rye-Rye. Jesteś najodważniejszym człowiekiem we Wszechświecie.

Ryland przesunął dłoń na jego policzek i uniósł się nieco, tym razem samemu inicjując pocałunek. Przymknął swoje błękitne oczy i pozwolił łzom Simona zmieszać się z własnymi.

Kwiaty rozkwitły na gałązkach i rozsiały wokół słodką woń. Ryland przylgnął do drżącego ciała Simona, kiedy jemu samemu zabrakło tchu.

Trwali tak przez chwilę, zamknięci w ciasnym uścisku, zanim Simon się nie odezwał.

- Potrzymać cię tak?

- Mhm. Tylko może w trochę wygodniejszej pozycji - stwierdził Ryland.

Nadal szumiało mu w uszach.

- Wygodniejszej?

- Na razie wgniatasz mnie w materac.

Simon zacmokał i przesunął dłoń w kierunku jego biodra.

- Co ty... - Ryland uchylił powiekę i parsknął śmiechem, kiedy ten po prostu go połaskotał.

- Ja ci dam wgniatanie w materac - Simon udał oburzony ton, ale niezbyt mu to wyszło.

Ryland zaśmiał się jeszcze raz i odgarnął Simonowi włosy z twarzy. Ten uśmiechnął się czule i delikatnie odsunął go od siebie, by zaraz potem objąć jego ramiona i nogi.

Ryland oparł głowę na jego klatce piersiowej. Serce Simona nadal biło jak oszalałe.

- Uspokój się - stwierdził, kładąc sobie dłoń pod policzkiem.

- Zmęczyłem się, no co?

- Tylko znowu nie zaśnij w taki sposób.

- Bo?

- Trzeba się umyć i posprzątać, zanim Rocky wpadnie tutaj z kolejną niezapowiedzianą wizytą.

- Później.

- Poza tym, plecy będą cię bolały.

- Wygodnie mi tak.

- Obaj wiemy, że jak tak zaśniesz, to jutro będziesz narzekać.

- Jutro to ja jestem na dole, przeżyję to jakoś.

- Skąd pomysł, że jutro też będziemy potrzebować bliskości?

- Nie wypłakałeś się wystarczająco.

- Simon.

- No co?

Ryland westchnął, bo wiedział, że Simon ma rację. Otarł nieco już wyschnięte łzy z policzka. Słodki zapach kwiatów koił jego skołatane nerwy.

...dopóki nie usłyszał cichego chrapania.

- Simon - pacnął go w ramię.

Simon obudził się lekko zirytowany i spojrzał na niego jak uczeń wyrwany z drzemki, którą uciął sobie w ostatniej ławce.

- Co?

- Nie śpij.

- O marudo - Simon wstał, wciąż z Rylandem w ramionach, czym zafundował sobie darmowe czyszczenie uszu, po czym położył się na boku, obejmując swojego partnera w pasie.

- Simon.

- Cicho - mruknął Simon, tym razem samemu wtulając się w jego ramiona.

- Posprzątać musimy.

- Później - Simon położył sobie jego nogę na biodrze. - Daj mi się chociaż kwadrans zdrzemnąć.

- Ale potem cię budzę.

- Dobrze, dobrze - Simon wsłuchał się w bicie jego serca. - Ważne, że żyjesz.

- Żyję.

- I niech tak jeszcze długo zostanie - szepnął Simon i po chwili znowu chrapał.

Ryland pogłaskał go po głowie. Mech nadal pokrywał jego prawe przedramię, ale nie zwracał na to uwagi.

I nawet nie zanotował, kiedy sam zasnął.

W każdym razie Adrian musiał ich przykryć, uprzednio wyganiając Rocky'ego z enklawy, żeby ich nie obudził swoim narzekaniem na przeciekających ludzi.

The end

sobota, 27 czerwca 2026

Stars, stubbornness and stupidity IV

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Butcher&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język (trochę więcej, bo Simon ma załamanie nerwowe)

Notka autorska: Biedny Simon, ale spokojnie, to ostatnia część. XD




- Simon, idź spać.

- Nie.

- Rocky, ty też.

- Nie.

- Simon musi coś zjeść. Ludzie muszą jeść częściej.

- Nie jestem głodny.

- Simon i Rocky uparci i głupi, stwierdzenie.

- Rocky będzie czuwał. Simon może iść do domu.

- On jest moim domem!

- Simon przecieka, stwierdzenie.

- Spierdalaj, Adrian.

- Rocky ma ci podbić narząd wzroku, pytanie?

- Rocky, do domu. Już.

- Ale...

- Teraz.

- ...no dobrze.

* * *

- Eridianie twierdzą, że mnie słyszysz. Skoro tak, to możesz się w końcu obudzić? Nie wiem, co dokładnie ci jest. Ten twój sterylny angielski wyparował z mojego umysłu, także przepraszam za pieprzenie monologu do ściany w tym moim edeńskim gównie.

- Lekarze mówią, że masz na tyle silny organizm, że z tego wyjdziesz, ale skąd oni, kurwa, wiedzą, że masz silny organizm, jak jedyni ludzie, których kiedykolwiek spotkali, to my?!

- Mogłem zareagować wcześniej. Wiedziałem, że to nie tylko biodro, wiedziałem, że coś jest grubo nie tak, ale jestem jebanym idiotą. Ty tak samo, ty się mikrobiologiem nazywasz i nie wiesz, kurwa, co cię boli?!

- Powinienem się cieszyć, że ci gorączka spadła, ale teraz jesteś tak zimny, jakbyś już... Ja pierdolę, nie mogę znowu płakać, bo potem te małe cholery donoszą Adrian i trują mi dupę.

- Chcę do domu, Rye. Pozwól mi iść do domu...

* * *

- Wykryto ruch gałek ocznych.

Ryland zamrugał.

I zakaszlał, jak mu Armando wyjął rurkę z gardła.

...

W tyłku też miał jedną.

I cewnik.

Pamiętać, nie ruszać się gwałtownie.

...

I uspokoić się, atak paniki przez PTSD można zostawić na później. Teraz trzeba się dowiedzieć, co się stało.

Zamrugał ponownie.

Był w medycznym pokoju na Hail Mary. Słyszał głosy eridiańskich lekarzy.

I czuł czyjś uścisk dłoni na swojej.

...

...no cóż, opcja była tylko jedna. Więcej ludzi tu nie ma.

Próbował zmusić swoje oczy do działania.

Przydałyby mu się okulary.

Rękę też usiłował namówić, żeby go słuchała, ale tutaj to już w ogóle miał wrażenie, że to zupełnie niemożliwe.

- Si... mon? - spróbował się odezwać.

I wtedy jego wzrok nieco się wyostrzył.

Simon spał na hamaku, zrobionym z tych swoich pnączy, podwieszonym pod sufitem. Trzymał go za rękę tak mocno, jakby jego życie od tego zależało. Właściwie to nawet trochę to bolało.

Ryland spróbował wyswobodzić swoją dłoń, czym Simona obudził.

Ten przetarł oczy i gwałtownie usiadł, przez co spadł z hamaka.

- Szlag - mruknął Simon, masując sobie tyłek, po czym na niego spojrzał. - RYLAND!

I przytulił go tak mocno, że prawie złamał mu żebro.

Co z jego siłą naprawdę nie było przenośnią.

- Co się...

- Jesteś idiotą, to się - warknął Simon, wdychając zapach jego włosów. - Nabawiłeś się sepsy, doktorku od siedmiu boleści.

- Sep...

- Tak.

- Ale...

- Kamica nerkowa cię dopadła - wyjaśnił Simon. - Cokolwiek to jest, bo my to ewidentnie nazywaliśmy inaczej. Ale kosmiczne pająki tak twierdzą. No i poharatała całą twoją nerkę, wdało się zakażenie, zakażenie rozlało się na cały organizm...

- Gdzie Rocky? - spytał Ryland słabym głosem, próbując nie myśleć o tym, co właśnie powiedział Simon.

Pamiętał Rocky'ego jak przez mgłę.

Poza tym, potrzebował go teraz. Tutaj. Przy sobie. Razem z Simonem.

- Adrian zabrał go do domu, bo ten uparty głaz nie chciał dać się namówić na pójście spać, dopóki się nie obudzisz - odparł Simon. - Naprawdę jesteś idiotą.

- Zasnąłeś - mruknął Ryland.

- I?

- Rocky...

- Nie da mi żyć, wiem. Ale siedzę przy tobie od tygodnia, jestem zmęczony - stwierdził Simon.

- Czekaj... Co? - Ryland zamrugał.

- Dobrze, prawie tygodnia. No dobrze, może pół - Simon westchnął ciężko. - Dureń z ciebie.

- Uhm - Ryland spojrzał na jego czoło. - Plaster?

- A... - Simon zaśmiał się histerycznie. - Dostałem ataku paniki, zemdlałem i walnąłem się w ten pusty łeb.

- Co...?

- Jak to pewien doktorek kiedyś powiedział, pstro - odparł Simon. - Idę powiedzieć Adrian, że żyjesz.

- Nie - Ryland złapał go za rękę. - Wyślij... kogoś...

- Mam zostać?

- Uhm...

- Dobrze - Simon wstał i na cały głos zawołał: - HEJ, GŁAZIORY, GRACE DYCHA!

I wywołał tym oklaski oraz odgłosy euforycznej wręcz radości.

- Zadowolony? - spytał Simon.

Ryland nieznacznie kiwnął głową.

* * *

- ...i tak właśnie może się skończyć ignorowanie kamicy nerkowej i nieprzyjmowanie antybiotyków w odpowiednim czasie - oznajmił Ryland, rozsiadając się w fotelu podczas lekcji.

- Talia pytała, czy Grace w porządku, to Grace twierdził, że w porządku - stwierdziła Letizia, kamyk w kolorze indygo.

- Rocky miał rację, że Grace głupi - mruknęła Jodi, błękitny kamyk.

- Tak, tak, prawie się wykończyłem, bo jestem matołem - Ryland pokiwał głową. - Macie jeszcze jakieś pytania?

- Grace naprawdę się posikał, pytanie? - spytała Meredith, która, o ironio, była żółtym kamykiem.

- Tak, Grace przecieka, stwierdzenie - mruknął Ryland, opierając głowę na ręce. - A macie pytania, które nie sprawią, że będę miał kryzys egzystencjalny?

- Co to jest ten kryzys, pytanie? - Frank, biały kamyk, podniósł powoli rękę.

- Moment, w którym czujesz takie zażenowanie samym sobą, że masz ochotę lecieć na inną planetę - wyjaśnił Ryland.

- Nie, nie, Grace niech nas nie opuszcza! - zawołał granatowy kamyk o imieniu David i skoczył na Rylanda.

Po czym to samo zrobiły inne kamyki, zrzucając go z fotela i zamęczając swoją miłością.

- Pomocy! - Ryland pomachał ręką, którą ktoś złapał.

- Widzę, że uczniowie cię kochają, co? - spytał Simon, trzymając pnączami wyrywające się kamyki. - Rocky cię szuka.

- Co tym razem chce?

- Wspominał coś o jajkach. Wiesz, o co może mu...

- JAJKACH?! - Ryland zerwał się na równe nogi. - Jesteś pewien, że mówił o jajkach?!

- Ale co?

- Eridianie wykluwają się z jajek, Simon! - Ryland złapał go za koszulę i potrząsnął nim.

- A, czyli będziesz wujkiem? - Simon zaśmiał się krótko.

- A Simon i Grace też będą mieli jajka? - spytał Joe, szary kamyk.

- Rocky mówi, że to tak nie działa - odpowiedział mu Jimmy, brązowy kamyk.

- Wasza rasa jest bystra. Zawsze możecie nam wyhodować jakiegoś klona w laboratorium - stwierdził Simon.

- Ty lepiej nie pleć takich bzdur i chodź, trzeba się upewnić, o co chodziło Rocky'emu z jajkami - Ryland pociągnął go za rękę i złapał swoją laskę. - Do jutra, dzieciaki~!

- Do widzenia, Grace! - odpowiedziały kamyki chórem.

- Ale Ryland, nie idź tak szybko, nadal jesteś na lekach!

- Nie obchodzi mnie to teraz~!

- Jesteś pewien, że nie ruch... Znaczy, nie uprawiałeś seksu z tym konkretnym kamieniem? Bo się ekscytujesz, jakbyś to ty był ojcem.

- Simon!

- No co?

- Bo przeprowadzimy eksperyment i sprawdzimy, czy może jednak możesz składać jajka.

- ...nie śmiałbyś.

Ryland jedynie się zaśmiał.

The end

czwartek, 25 czerwca 2026

Stars, stubbornness and stupidity III

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Butcher&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język (czasami, bo Simon ma character development) + w tej części pojawia się dość turpistyczna, nieco obrzydliwa scena, więc lepiej odłóżcie wszelkie napoje i pokarmy

Notka autorska: Serio, nie jedzcie nic.



Ryland nawet nie protestował, kiedy Simon po prostu zniósł go na dół, tym razem na plecach. Pomyśleli, że może w taki sposób, kiedy to uszkodzone biodro będzie lepiej podparte, to przestanie aż tak mu doskwierać. Oczywiście Ryland się do tego nie przyznał, ale nie pomogło ani trochę. Miał wrażenie, że gdyby całe jego ciało nie przylegało stricte do pleców Simona, to zgiąłby się z bólu w pół.

Nic nie jadł tego wieczoru. Po prostu na autopilocie dotarł do łóżka i skulił się w pozycji embrionalnej, usiłując oddychać. Było mu niedobrze, miał zawroty głowy i bywały momenty, w których tracił świadomość tego, co się wokół niego dzieje.

Simon poszedł się wykąpać i Ryland myślał tylko o tym, żeby chociaż przebrać się w piżamę, zanim przyjdzie do sypialni. Nie chciał jeszcze bardziej go martwić. Musi jakoś przecierpieć ten stan, a potem wszystko przejdzie. Tak. Nic się nie dzieje.

Udało mu się nawet poskładać wszystkie ubrania w kostkę i wciągnąć na siebie koszulkę i dresy. Wszedł pod kołdrę i zamknął oczy. Simon przyszedł po chwili i położył się obok.

Ryland próbował zasnąć, ale nie mógł. Ból był nie do zniesienia. Nasilał się z każdą chwilą, a on zaczął chyba nawet lekko dygotać.

- Rye? - usłyszał jego głos, a prawa dłoń Simona wylądowała na jego czole. - Rye, ty chyba masz gorączkę.

Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że ledwie czuje różnicę między swoją temperaturą, a skórą na dłoni Simona, którego ciało zawsze było cieplejsze o kilka stopni, prawdopodobnie przez tę mutację.

- Jesteś cały spocony - stwierdził Simon. - Wiesz co, ja zrobię herbaty i poszukam czegoś przeciwgorączkowego, a ty idź się przebrać. Nie potrzebujesz do tego bólu biodra jeszcze przeziębienia.

- Uhm - Ryland wstał z łóżka.

Momentalnie zakręciło mu się w głowie, ale to zignorował.

- Dasz radę sam wejść do wanny?

- Mieszasz języki, przestań panikować - mruknął Ryland, idąc do łazienki przy ścianie. - Rób tę herbatę, ja po prostu wezmę prysznic.

- Ale ty jesteś uparty - stwierdził Simon, idąc do kuchni.

Kiedy Ryland dotarł w końcu do łazienki, poczuł, że to tyle na temat zachowania obiadu i śniadania i prawdopodobnie wczorajszej kolacji w żołądku. Właściwie czuł się, jakby zwymiotował jedzenie, które jadł jeszcze na Ziemi.

Ściągnął ubrania i dosłownie wczołgał się pod prysznic. Jego biodro dostało jakiegoś szału. On dostawał szału.

Oparł się plecami o ścianę. To nie było uszkodzenie mechaniczne. Mógł wpaść na to już wcześniej, ale nawet o tym nie pomyślał. Mógł się zorientować, że dzieje się z nim coś poważniejszego niż tylko kolejny efekt eridiańskiej grawitacji, ale...

...ale że puszczą mu zwieracze z bólu, to się nie spodziewał nawet w takiej sytuacji.

Tyle, że mocz chyba powinien być... żółty.

Nie był żółty.

I wręcz... lepki.

- Co do cholery...? - szepnął Ryland, ocierając sobie udo z krwi. - Si... mon...

I to było ostatnie, co zapamiętał, zanim osunął się na zimne kafelki.

* * *

Simon otworzył drzwi kopniakiem, kiedy tylko usłyszał zbyt dobrze znany mu głuchy dźwięk upadającego ciała. Wpadł do łazienki i chciał podbiec do Rylanda, ale w połowie drogi zauważył... krew.

Krew.

Krew na kafelkach. Krew na udach Rylanda. Krew na jego palcach.

Krew.

Zatrzymał się tak gwałtownie, że aż się przewrócił.

Jego palce dotknęły krwi.

Krwi.

KRWI.

To nie była jego krew. Do swojej krwi się przyzwyczaił. Tolerował ją.

Ale czyjaś?

O nie, nie, nie, nie.

Gorąco.

Duszno.

Aż czuł zapach żelaza wdzierający się do jego nozdrzy.

Nie.

Nie.

Za dużo.

Krew.

Kurwa mać.

Oddychaj, Simon.

Oddychaj.

Wdech.

Wstał.

Wydech.

Podszedł do Rylanda.

Wdech.

Jedna ręka pod kolana.

Wydech.

Druga ręka pod pachy.

Wdech.

Kurwa, skąd tu ta krew?!

W-wydech.

Przymknął oczy.

Wdech.

Odwrócił się i puścił się biegiem do wyjścia, po drodze łapiąc pnączami koc.

Wydech.

Oddychanie bolało.

Wdech.

Nic nie widział, biegł po omacku, ale enklawa wcale nie była taka duża.

Wydech.

Nie mógł patrzeć. Jak spojrzy, to znowu przestanie oddychać.

Wdech.

Ciało Rylanda było tak ciepłe, że ledwie czuł różnicę temperatur.

Wydech.

- ROCKY! ADRIAN! KTOKOLWIEK!

Wdech.

Wydech.

Wdech.

Wydech.

- ROCKY!

Wdech.

Wydech.

Wdech.

Wydech.

Nagle zdał sobie sprawę, że czuje krew na palcach prawej ręki.

Wdech.

Pogorszył sprawę.

Wydech.

Wbił Rylandowi swoje pazury do krwi.

- ROCKY!

- Simon?

- ROCKY! - Simon przylgnął do ksenonitu. - NO DALEJ, TWÓJ KUMPEL JEST W NIEBEZPIECZEŃSTWIE, RATUJ GO!

- Rocky nie ma pojęcia, co mówisz, ale źle, źle, źle - Rocky odwrócił się do Adrian. - Adrian, chodź tu, Grace potrzebuje naszej pomocy!

Obaj Eridianie przeszli w kombinezonach do enklawy. Simon podał im Rylanda i spojrzał na swoje dłonie.

Krew.

- SIMON?!

Ale on już ich nie słyszał...

środa, 24 czerwca 2026

Stars, stubbornness and stupidity II

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Butcher&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język (czasami, bo Simon ma character development)

Notka autorska: Problemów z biodrem część dalsza.



Zła wiadomość była taka, że ból biodra nie przeszedł przez następne kilka dni. Dobra wiadomość była taka, że Ryland powoli się do niego przyzwyczajał. Zwłaszcza, że nie czuł go cały czas. Najczęściej nie był aż tak gwałtowny, jak pierwszego dnia, aczkolwiek z każdą kolejną dobą tylko się nasilał, co znowu nie wróżyło nic dobrego.

Jednak Ryland postanowił nie dać za wygraną. Eridianie skopiowali recepturę leków przeciwbólowych (i dobrze, bo Simon prawdopodobnie nie przeżyłby bez nich przez pierwsze tygodnie na Erid), więc miał ich pod dostatkiem. Co prawda nieco zaczęły go już otumaniać, ale wiedział, że zanim wymyśli, co zrobić z tym niesfornym biodrem, potrzebuje trochę więcej czasu.

Ból był irytujący, ale dało się go wytrzymać z lekami i większą ilością relaksu. Dłonie Simona również pomagały. Chociaż miał wrażenie, że ta stalowa staje się coraz chłodniejsza.

Zaczął gorączkować, czy co?

Zmierzył sobie temperaturę. Była podwyższona tylko o dwie kreski, to nawet nie był stan podgorączkowy. Normalna temperatura wieczorem po ciężkim dniu.

Problem zaczął się w momencie, kiedy wybrali się z Simonem na spacer. Ból stawał się coraz wyraźniejszy, powoli uświadamiając Rylanda, że to już przestała być błahostka.

Przed oczami stanęła mu wizja jeżdżenia na wózku. Czy tak to miało się skończyć? Czy Erid go w końcu wykończy? Czy może powinien powiedzieć Eridianom, żeby z powrotem umieścili Hail Mary na orbicie, żeby móc lewitować w stanie nieważkości do końca swoich dni?

Oparł się na lasce i zatrzymał się po raz kolejny podczas tej wędrówki. Zaczęło kręcić mu się w głowie.

Simon zatrzymał się w pół kroku i odwrócił się w jego kierunku.

- Ryland?

- Tak? - Ryland spojrzał na niego, usiłując oddychać normalnie, ale zziajał się jak pies goniony przez hycla.

- Chcesz wrócić do domu?

- Nie, ale możesz mnie ponieść - stwierdził Ryland, uśmiechając się do niego.

Simon zszedł z powrotem kilka kroków i wziął go na ręce.

- Naprawdę źle z tą twoją nogą - mruknął.

- Skąd taki wniosek?

- Pozwalasz, a wręcz wymagasz, żebym cię niósł - wyjaśnił Simon, wchodząc na górę. - Poza tym, schudłeś.

- Schudłem?

- Jesz o wiele mniej. Nawet jeśli to tylko kilogram czy coś, to i tak czuję, że jest cię mniej - stwierdził Simon, przyciskając go do siebie. - Myślisz, że Eridianie mogliby zrobić ci ten... wózek?

- Nie chcę być kaleką... - wymamrotał Ryland.

Simon zatrzymał się gwałtownie.

- Rye?

- Tak?

- Chcę ci przypomnieć, że nie mam ręki i moje ciało jest, delikatnie mówiąc, zmutowane w chuj - stwierdził poważnie. - Jak na kogoś, kto się teraz marszczy, bo powiedziałem brzydkie słowo i jak ja tak mogłem, to taktu czasem nie masz ani trochę. A wiesz, kiedy go nie masz?

- ...kiedy? - spytał Ryland nerwowo, bo zdał sobie sprawę, że Simon ma rację.

- Jak jesteś głodny i niewyspany - odparł Simon. - Bo ze snem też ostatnio masz problemy, co nie?

- No bo boli mnie ta noga - Ryland szarpnął się, ale Simon nadal trzymał go mocno. - Puść mnie już.

- Nie.

- Sam wejdę na ten szczyt.

- Zatrzymujesz się co kilka minut, bo nie masz na to siły. Bądź już cicho.

- ...przepraszam.

- Za nazwanie samego siebie kaleką przy mnie, czy za marudzenie?

- Za jedno i drugie.

- Nic się nie stało. Jak cierpisz, to jesteś jak zranione zwierzę - Simon posadził go ostrożnie na ziemi i usiadł obok. - Marudny, nieufny i lekkomyślny.

- Na całe szczęście mam ciebie, Rocky'ego i Adrian - stwierdził Ryland, opierając się o jego lewe ramię. - Zawsze potraficie sprowadzić mnie na ziemię.

- Przynajmniej tyle - Simon spojrzał na niebo. - Gwiazdy są piękne, kiedy wiesz, że żyją.

- Jak wyglądało niebo u ciebie? - spytał Ryland.

- Pusto - odparł Simon. - Większość już zdechła, kiedy trafiłem do więzienia.

- Tęsknisz czasem za domem?

- Teraz tu jest mój dom.

- To wiem, ale mimo wszystko na pewno coś zostawiłeś za sobą - stwierdził Ryland. - Prócz mamy.

- Może parę drobiazgów - odparł Simon. - Starą, szmacianą lalkę, którą od niej dostałem, zanim dała mi do rąk moją pierwszą broń. Jakieś zdjęcia. Kolekcję kapsli. I plastikową rybkę w akwarium.

- Mam ochotę spytać o wszystkie te rzeczy - stwierdził Ryland, moszcząc się na jego udach. - Zwłaszcza o tę lalkę dla takiego dzielnego chłopca jak ty.

Simon wplótł palce w jego włosy i zaczął go głaskać.

- Mieliśmy mały wybór zabawek - wyjaśnił. - Kapsle zbierałem z tego samego powodu. Zwierząt na stacjach badawczych nie było, a mama chciała, żebym się czymś opiekował. Żebym nauczył się, jak to jest o kogoś dbać.

- I co?

- I nieważne, co robiłem, to i tak rybka "zdychała" - Simon westchnął ciężko. - Na zdjęciach byłem głównie ja i reszta dzieci z wypranymi mózgami. Podejrzewaliśmy, że Ojciec naprawdę jest ojcem większości z nas. Zwłaszcza, jeśli tak jak ja nie znali swojego.

- Twoja mama dała ci twoją pierwszą broń? - dotarło do Rylanda.

- Kochałem moją mamę, ale ona też pogubiła klepki - stwierdził Simon. - Wszyscy tam byli niespełna rozumu.

- Rozumiem - stwierdził Ryland.

- A ty?

- Hm?

- Zostawiłeś coś, prócz swojej klasy i starej pracy? - zapytał Simon, a Rylandowi na samą myśl o jego dzieciakach zaszkliły się oczy.

Wszystkie już pewnie były dorosłe. Miały swoje życie. Może i nawet własne dzieci.

Czasem zastanawiał się, czy nadal o nim pamiętają. Czy jak Żuczki trafią na Ziemię (o ile trafią), to wszystkie będą jeszcze żyły? Czy Stratt puści w obieg jego vlogi? Czy wywoła u nich chociaż nostalgiczny uśmiech?

- Rye - Simon otarł mu palcem łzy. - Chyba sam jestem nietaktowny, co?

- Nie, po prostu... Zdałem sobie sprawę, że naprawdę są ludzie, których chciałbym jeszcze kiedyś zobaczyć, ale Ziemia zmieniła się już na tyle, że nawet ich pewnie nie poznam - wyjaśnił Ryland. - Straszna świadomość.

- Nie myśl już o tym - stwierdził Simon. - Lepiej pomyśl o jakiejś kolekcji tych tam, znaczków pocztowych czy innych szmacianych woreczków.

Ryland pacnął go w ramię.

- Dawałem te woreczki dzieciakom, nie pomagasz!

- Przepraszam!

Spojrzeli na siebie i zaśmiali się, a gwiazdy nad nimi zamigotały jasnym blaskiem.

...i wszystko byłoby dobrze, gdyby to głupie biodro tak nie bolało!

wtorek, 23 czerwca 2026

Stars, stubbornness and stupidity I

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Butcher&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język (czasami, bo Simon ma character development)

Notka autorska: No nie uwierzycie, o kim napisałam fika... XD



Ryland myślał, że już nic go nie zdziwi w temacie tego, co robi grawitacja na Erid z jego ciałem. Co prawda po przeprowadzeniu kilku eksperymentów doszedł do wniosku, że nie ma to absolutnie nic wspólnego z jakąkolwiek prognozą długości jego życia (znał ludzi mających artretyzm w wieku lat trzydziestu), ale coraz częściej potrzebował swojej laski nie tylko do wychodzenia na zewnątrz.

Simon był w nieco lepszym położeniu ze względu na bycie młodszym od niego o dekadę, krótszy okres przebywania na Erid i te wszystkie liczne mutacje, które dawały mu wręcz super moce jak jakiejś Poison Ivy w wersji pół-Azjaty z zarostem.

W każdym razie, Ryland zaczął się powoli przyzwyczajać do tego, że coś go czasem zabolało mocniej niż powinno. O ile w ogóle powinno. Ale jak to mówią, jak się po czterdziestce nie czuje bólu po obudzeniu się, to nie wiadomo, czy się w ogóle żyje.

Cóż, Rocky'emu się to powiedzonko nie spodobało...

Więc teoretycznie powinien być przygotowany na to, że robiąc krok w stronę biurka podczas lekcji z kamykami coś definitywnie przeskoczy mu w biodrze. Bo to przecież było to... Prawda?

- Wszystko w porządku, pytanie? - usłyszał zaniepokojony głos Talii.

Odwrócił się, wciąż usiłując złapać oddech. Czerwony kamyk wyglądał na zaniepokojonego.

- Tak, oczywiście - Ryland uśmiechnął się słabo, opierając się plecami o biurko.

Co to było, do diaska?

- Ale oddech ci przyspieszył, stwierdzenie - dodała Paulie, pomarańczowy kamyk.

- Puls też, stwierdzenie - odezwał się Pedro, różowy kamyk.

- Grace okej, pytanie? - spytał Mickey, zielony kamyk.

Ryland tylko kiwnął głową.

- Mała niedogodność, ludzie tak mają - stwierdził Ryland, próbując ruszyć się z miejsca, ale każdy najmniejszy ruch prawą nogą powodował, że łzy napływały mu do oczu. - Nic mi nie jest.

- Grace kłamie, stwierdzenie! - oburzył się Sylvester, czarny kamyk.

- Grace przecieka, a Rocky mówił, że to źle, źle, źle - dodał Miles, turkusowy kamyk.

Ukrycie czegokolwiek przed tymi zdecydowanie zbyt mądrymi uczniami bywało czasem trudne.

- No dobrze, przeskoczyło mi coś w nodze, macie rację - Ryland westchnął, siadając na biurku, bo podejście do krzesła zostało wykluczone z opcji. - Ale mi przejdzie. Wróćmy do lekcji, dobrze?

- Marie poskarży się Adrian, jak Grace czegoś z tym nie zrobi - mruknęła Marie, fioletowy kamyk.

Ryland aż się wzdrygnął.

Tylko nie Adrian i jego nadopiekuńczość...

- Obiecuję, że Simon zrobi mi masaż, jak już pójdę do domu - powiedział, chociaż prawdopodobnie do tego momentu ten ból będzie tylko wspomnieniem. - A teraz naprawdę wróćmy już do lekcji, zanim przeciągnie się ona w nieskończoność. A jeśli chodzi o nieskończoność...

Dwanaścioro dzieci przestało między sobą dyskutować w jednej chwili. Pozostałe nadal nerwowo przebierały nogami.

Cóż, te to na pewno pójdą powiadomić Adrian...

* * *

Cokolwiek stało się z jego nogą w trakcie tego dnia w szkole, przeszło po jakimś czasie. Został tylko lekko rwący ból spowodowany prawdopodobnie przeciążeniem. Jak trochę odpocznie przez kilka godzin, to nic mu nie będzie.

- Grace głupi, pytanie?

Ryland podskoczył, kiedy tylko usłyszał głos Adrian. Jak na jego rozmiary, to zdecydowanie zbyt dobrze wychodziło mu skradanie.

Aczkolwiek tak gwałtowny ruch sprawił, że poczuł się, jakby prąd przeszedł w dół przez całą jego nogę aż do stopy oraz w górę do kręgosłupa i do żeber.

Skrzywił się, zamrugał i oparł cały ciężar ciała na lasce.

- Adrian - wydyszał, starając się zapanować nad drżeniem głosu. - Nie strasz mnie tak.

- Czyli głupi, stwierdzenie - Adrian podszedł do niego i trącił go w nogę. - Co ci jest, pytanie?

- Biodro mnie boli - odpowiedział Ryland, wzruszając ramionami. - Coś mi przeskoczyło i teraz nie chce wskoczyć na miejsce. Nic wielkiego.

- Grace jest pewien, pytanie?

- Grace jest pewien, stwierdzenie.

- Grace jest głupi, stwierdzenie - obok Adrian pojawił się Rocky.

Jeszcze jego tu brakowało.

- Przejdzie mi, jak odpocznę - stwierdził Ryland, ruszając w stronę domu. - To tylko noga, nic mi nie będzie.

- Ale masz ich tylko dwie! - Rocky tupnął i pobiegł za nim. Adrian spokojnie dorównał mu kroku.

- To nie oznacza, że zaraz mi odpadną.

- Ręka Simona odpadła.

- Ręka Simona przykleiła się do zmutowanego statku i ją sobie przez przypadek oderwał. Myślę, że to jest sytuacja zupełnie bez porównania - stwierdził Ryland.

- Przez... przypadek? - Adrian złapał się za rękę i pociągnął. - Jak, pytanie?

- Zdolny jest - Ryland uśmiechnął się lekko, wchodząc na górę w stronę domu.

I wtedy postawił nogę nieco nieostrożnie.

Znów stało się to samo, co dwa razy wcześniej. Tylko tym razem nie miał żadnego oparcia i poleciał do tyłu.

Nie wiedział, co stało się wcześniej. Czy Rocky powstrzymał go przed upadkiem, podpierając jego plecy, czy pnącza złapały jego ręce i sprawiły, że nawet nie stracił równowagi.

Uchylił jedno oko. Simon stał w drzwiach, marszcząc brwi. Pociągnął za pnącza, które schowały się w jego ręce jak miarka, kiedy puści się blokadę.

- Nawet do domu bezpiecznie nie umiesz wrócić? - spytał, podchodząc do niego. - Cześć, kosmiczne pajączki.

- Cześć, Simon - odpowiedział Adrian i trącił w ramię Rocky'ego, który był zdecydowanie zbyt zajęty ochrzanianiem Rylanda za jego głupotę.

Cóż, nawet to nie przerwało jego tyrady.

- Ryland - powiedział stanowczo Simon.

- Tak? - Ryland usiłował odczepić dłonie Rocky'ego, który wszedł na grzbiet Adrian, od swoich włosów. - Coś się stało?

- To ja o to pytam - Simon podszedł do niego i jednym ruchem zepchnął Rocky'ego z Adrian, który parsknął śmiechem. - Wszystko w porządku?

- Przeskoczyło mi coś w biodrze - odparł Ryland. - Nic mi nie będzie.

- Jesteś pewien? - spytał Simon, kiedy ten go minął. - Rye?

- Nic a nic. Najwyżej mnie pomasujesz - stwierdził Ryland.

- To sugestia?

- Uszkodzisz mnie jeszcze bardziej.

- Ej no, jestem delikatny, bo ten tutaj - wskazał na Rocky'ego, który już szykował się do grożenia mu pięścią - wydrapałby mi oczy, gdybyś nie mógł wstać następnego dnia.

- To akurat zdarzyło się tobie.

- To akurat był twój pomysł wtedy.

- Przepraszałem.

- Ale efekty eksperymentu opisywałeś potem tydzień.

- Bo były fascynujące i warte dokładnej analizy.

- Tak, ale poczułem się wtedy trochę olany.

- Przylepa z ciebie.

- Nie moja wina, że jestem spragniony dotyku - Simon złapał Rylanda za ramię i odwrócił w swoją stronę. - Ani że jesteś tak cholernie przystojny.

- Nie bluzgaj - skarcił go Ryland.

- Za komplement nie podziękujesz?

- Mam lustro.

- ...skromny to ty nie jesteś.

- Czymś muszę nadrabiać - Ryland cmoknął go w policzek.

- Możecie już iść do tego domu, żeby Rocky pozwolił nam iść do naszego, pytanie? - Adrian potarł dłonie z zażenowaniem. - Zanim was uduszę, stwierdzenie.

- O nie, demoralizujemy kamienie - Simon wziął Rylanda na ręce i otworzył drzwi kopniakiem. - Dobranoc!

- Simon, puść mnie!

- Nie~ - Simon zatrzasnął za nimi drzwi. - Naprawdę tak boli cię ta noga?

- Tylko trochę - odparł Ryland. - To pomasujesz mnie?

- Oczywiście - Simon cmoknął go w czoło. - Dla ciebie wszystko.

- Dziękuję - Ryland uśmiechnął się czule.

czwartek, 18 czerwca 2026

Letters from the Past to the Nonexistent Future V

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Butcher&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, przemoc, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język

Notka autorska: Ostatnia część i nieco dawki mojego specyficznego poczucia humoru.




Na wpisie o ich pierwszym pocałunku notatki się skończyły. Ryland zasnął, kiedy tylko doczytał do ostatniej linijki. Już i tak oczy mu się przymykały i jeszcze na dokładkę pod koniec zaszły łzami.

Jego koszmar z tamtej nocy nawet nie był choć w połowie tak zły, jak ten Simona, a i tak ten nie dał w ogóle po sobie poznać, jak bardzo go to ruszyło.

Przy śniadaniu obaj byli śnięci. Ryland postanowił odwołać dzisiaj lekcje. Nie miał siły ani ochoty iść tego dnia do szkoły.

Prawie jak jakiś marudny dzieciak.

- Simon? - zaczął Ryland.

- Tak? - Simon spojrzał na niego uważnie.

- Nie mówiłeś, że twoja mama żyje - stwierdził Ryland.

- Nawet jeśli żyje, to jeszcze przez 300 lat się nie urodzi - Simon wzruszył ramionami.

- Simon...

- No co?

- Naprawdę zabijałeś ludzi? - spytał Ryland.

Simon odstawił kubek po witaminowym szejku i oparł głowę na sztucznej ręce.

- Mówiłem, że nie wszystko musisz wiedzieć.

- To dlatego wysłali cię na tę misję?

- Tak.

- Bo zabiłeś ponad 60 osób?

- Uwierz mi, o wiele więcej - Simon prychnął. - Byłem Rzeźnikiem, Rye. Najlepszym żołnierzem, jakiego Eden sobie wyhodował.

Ryland westchnął ciężko i odsunął od siebie talerz.

- Chciałeś tylko przeżyć - powiedział spokojnie.

- Kto by nie chciał? - Simon wzruszył ramionami. - Przeżyć, wrócić do domu, wpaść mamie w ramiona... Każdy by chciał.

- Przynajmniej wpadłeś w moje - stwierdził Ryland.

- Przynajmniej tyle - Simon westchnął ciężko. - I to wszystko? Cała twoja reakcja na to, że mordowałem ludzi?

- Robiłeś tylko to, co trzeba było - Ryland wzruszył ramionami i złapał go za dłonie. - Twoje ręce nie służą już do zabijania, Simon. Teraz tylko mnie tulą.

Simon wyglądał, jakby to on tym razem miał się popłakać.

- Przestań - mruknął po chwili, wyrywając prawą dłoń z uścisku Rylanda i ocierając sobie łzy z policzka, bo rzeczywiście kilka ich spłynęło.

- Nie przestanę - stwierdził Ryland. - Nie jesteś potworem, Simon. I wcale tak nie wyglądasz. Pazury, wystające kły i blizny po poparzeniach nie sprawiają, że w jakikolwiek sposób zbrzydłeś w środku.

- Jesteś głupi, wiesz?

- Wiem - Ryland uniósł lewą dłoń Simona do ust i pocałował jego palce. - Zdaję sobie z tego sprawę.

Simon zamrugał, zamierając z prawą ręką nadal przy policzku.

- Co ty robisz? - spytał.

- Całuję twoją rękę, pokazując, że kocham cię całego - odpowiedział Ryland.

Simon zamarł na chwilę, po czym zaśmiał się nerwowo.

Ryland nie rozumiał, z czego.

Ale po chwili, bardzo długiej chwili, w czasie której Simon mało nie udusił się z tego histerycznego śmiechu, dotarło do niego, co powiedział.

- Czekaj, chwila, nie, znaczy, zatrzymajmy się na moment! - Ryland złapał się na głowę, próbując wstać i wywalając się razem z krzesłem.

- Rye? - Simon oparł się o stół i zerknął na Rylanda. - Żyjesz?

- Tak, ale ja... Dosłownie wczoraj... Ja ci musiałem... - Ryland leżał na podłodze, nawet nie mając ochoty wstawać.

- No wiem, dlatego to zabawne, bo wychodzi na to, że miałem rację - stwierdził Simon, bez ogródek przechodząc po stole, po czym usiadł na blacie i oparł nogi o wywrócone krzesło. - Mówiłem, że masz problemy pierwszego świata.

- Nie mam problemów pierwszego świata, ja nie ogarniam swoich emocji! - Ryland złapał się za włosy. - Ja jestem tylko nauczycielem fizyki, molekuły mi w głowie, co ja robię ze swoim życiem?!

Simon zaśmiał się ponownie i zszedł ze stołu, po czym usiadł obok Rylanda.

- Czytałeś o moim koszmarze? - spytał.

- Czytałem, ale dlaczego to przytaczasz? Prawie sam miałem przez to koszmar - stwierdził Ryland.

- Próbuję cię rozproszyć, żebyś przestał mieć kryzys egzystencjalny - Simon położył mu dłoń na policzku i pocałował czule. - Wiesz, że naprawdę urwałbym sobie dla ciebie drugą rękę?

- Domyślam się - stwierdził Ryland, muskając palcami chłodną stal jego lewej ręki. - Czemu w ogóle miałeś taką minę?

- Minę?

- Jak pocałowałem twoje palce - wyjaśnił Ryland. - To wyglądało, jakbyś to poczuł.

- A, o to chodzi - Simon wzruszył ramionami. - Wiesz, ja właściwie... Czuję tę rękę?

- W sensie?

- Mam w niej czucie. To pewnie przez te gałązki - Simon chwycił palcami jedną z nich. - Czuję właściwie więcej rzeczy, niż tą prawą. Nie pytaj, czemu tak jest.

Ryland zamrugał. Przesunął palcem po spodzie dłoni Simona. Ten aż zadrżał.

- Ale tak nie rób - stwierdził Simon.

- Dlaczego?

- Bo nie chcę robić niczego, na co się nie zgodzisz, a to było zdecydowanie zbyt intensywne uczucie, by zignorować je więcej niż raz - wyjaśnił Simon.

- Chyba naprawdę było intensywne, skoro mieszasz języki - stwierdził Ryland. - Czekaj, podnieciło cię to?

- Też nie rozumiem - odparł Simon.

- Fascynujące - Ryland przyjrzał się uważnie dłoni Simona, mrużąc oczy. - W sumie minął ponad rok, jak dobrze myślę...

- I?

- I może powinniśmy jednak to wykorzystać. Tak w ramach... eksperymentu - stwierdził Ryland bardzo, bardzo powoli i przesunął palcem po dłoni Simona po raz drugi.

Też bardzo powoli.

Simon wzdrygnął się, po czym popatrzył na niego przez dłuższą chwilę, wstał i bez ogródek przerzucił go sobie przez ramię.

- Simon, ale co ty robisz, puść mnie!

- Spieszę się, zanim się znowu rozmyślisz.

- Jakie "znowu"?!

- Mam ci wyliczyć, ile razy się rozmyśliłeś?

- ...dobra, masz rację, znowu.

- No właśnie~

* * *

Rocky zamknął za sobą drzwi, kiedy tylko sprawdził, czy z Rylandem wszystko w porządku. Adrian czekał na niego zestresowany.

- I co? Czemu go na zajęciach nie było? - spytał, przebierając nogami nerwowo.

- Simon wyjaśnił, że Grace śpi - oznajmił Rocky. - Rzucając we mnie poduszką i każąc być cicho. Samemu mając dosyć zaspany głos. Ale...

- Ale?

- Ale chyba nie miał na sobie ubrań.

- Myślisz, że złożą jajka?

- Adrian, ludzka biologia tak nie działa.

- Ej, ale nuda. Fajnie by było, gdyby mieli dzieciaka.

- Ty coś sugerujesz?

- Być może?

- Dobra sugestia.

- Cieszę się, że się zgadzamy - Adrian zaśmiał się i pociągnął Rocky'ego w stronę wyjścia z enklawy.

Skoro ludzie mogą zająć się sobą, to Eridianie tym bardziej. W końcu to ich planeta.

The end

środa, 17 czerwca 2026

Letters from the Past to the Nonexistent Future IV

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Butcher&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, przemoc, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język + w tej części jest opis koszmaru, w którym jednej z postaci dzieje się seksualna krzywda

Notka autorska: Co do ostrzeżeń, starałam się opisać to delikatnie. Mam nadzieję, że mnie nie poniosło. Z góry przepraszam za uszczerbek na psychice.


Niedziela



Miałem zły sen, mamo.

Okropny wręcz.

Przerażający.

Nawet nie jestem pewien, czy powinienem go opowiadać.

Ale opowiem, ale pamiętaj, że ostrzegałem.

Śniło mi się, że obudziłem się w tej łodzi podwodnej. Tak, jakby to wszystko, co stało się na Erid, nigdy się nie wydarzyło.

Tylko była pewna różnica.

- Simon? Nie śpisz już? - usłyszałem tuż obok i odwróciłem się gwałtownie.

Ryland siedział tam, patrząc na mnie. Wpatrując się we mnie tymi krystalicznie błękitnymi oczami. Jego włosy były w nieładzie, a strój przypominał bardziej nasze ubrania, a nie to, co nosi zazwyczaj.

- Co ty tu robisz? - spytałem.

- Co? Przecież cały czas tu byłem - odparł Ryland tym swoim spokojnym głosem.

- To niemożliwe. Pamiętałbym - stwierdziłem.

Spochmurniał.

- Wychowywaliśmy się razem, Simon - powiedział poważnie. - I razem zaatakowaliśmy Filament Station.

- Nie, nie zrobiliśmy tego.

- Zrobiliśmy - Ryland westchnął cicho i wytarł okulary skrawkiem rękawa. - Ponad 60 osób nie żyje, Simon. I to tylko i wyłącznie nasza wina.

- To nie nasza wina, tylko COI - mruknąłem.

- To nie zmienia faktu, że zostaliśmy wpakowani tutaj - stwierdził Ryland, wstając. - Chodź, trzeba się stąd wydostać. Nie mam zamiaru zostać tutaj ani chwili dłużej.

I wtedy łodzią zatrzęsło. Przykleiło mi ręce do rur tak samo, jak w rzeczywistości. Ale tym razem było gorzej. Wiesz, dlaczego?

Bo to samo stało się Rylandowi. I nie tylko to. Te gałęzie, te zmutowane, pierdolone pnącza oplotły mu nogi. I wpełzły mu do spodni.

Tak, mamo, dobrze widzisz. I jeśli myślisz, że na tym się skończyło, to absolutnie nie.

Udało mi się oderwać jedną rękę od rur i drugą od swojego ciała, ale to nie zmieniło absolutnie nic.

To nie sprawiło, że Ryland przestał krzyczeć i płakać.

To nie sprawiło, że przestał mnie wołać i błagać o moją pomoc.

To nie sprawiło, że mogłem mu pomóc, bo pnącza złapały moje nogi i przewróciły na podłogę.

To nie sprawiło, że to pierdolone, kosmiczne gówno przestało krzywdzić kogoś, w kim się chyba zakochałem, na moich oczach.

- Zostaw go! - wrzasnąłem, czołgając się w stronę Rylanda, ale zaraz zostałem odciągnięty przez pnącza. - Zostaw! On nie chce! On nie zasłużył! Zostaw go, do kurwy nędzy!

Nie mogłem nic zrobić.

Byłem totalnie bezradny.

- RYLAND!

Ale mój krzyk nic nie dał.

Nie sprawił, że kiedy to kosmiczne gówno postanowiło jednak go wypuścić, było już po wszystkim. Blask w jego niebieskich tęczówkach zniknął. Oddychał ciężko, drżąc jak suchy liść naszego drzewa.

Przyczołgałem się do niego, ale wtedy zębiska zmutowanego kosmity przebiły podłogę. Odskoczyłem w ostatniej chwili, ale Ryland był w tym momencie zbyt słaby i straumatyzowany, by się ruszyć. I wiesz co?

Jego też, kurwa, przebiło.

Zachłysnął się krwią, a jego ciało wydało mi się nagle strasznie kruche. Spojrzał na mnie pozbawionymi blasku oczami i wyciągnął w moją stronę rękę.

Po czym bezwiednie zawisł na jednym z kłów i już się nie poruszył. Jego okulary zsunęły mu się z nosa i roztrzaskały o podłogę.

A ja zmieniłem się w pierdolone drzewo.

I dosłownie wtedy poczułem na sobie czyjś wzrok i się w końcu, kurwa, obudziłem.

Leżałem w tym cholernym medycznym łóżku tak sztywno, że miałem wrażenie, że jak się poruszę, to pękną mi wszystkie kości.

Co to, kurwa, było? Czym był ten koszmar? Myślałem, że samo to, co przeżyłem, było przerażające, ale w zestawieniu z tym? Z oglądaniem, jak kosmiczne badyle gwałcą Rylanda, żeby potem i tak to kurewstwo go zabiło? No nie no, zajebisty seans. Tyle, że kurwa nie.

Musiałem się upewnić, że to rzeczywistość. Musiałem usłyszeć jego głos. Musiałem się odezwać.

Ale powiedziałem jego imię tak cicho, że aż dziw, że w ogóle to dosłyszał.

Przynajmniej żył, mamo. Nadal żyje. Jest bezpieczny. Śpi w pokoju obok, w swoim własnym łóżku.

A ja leżę tutaj i usiłuję zasnąć.

Ale szczerze mówiąc, trochę się boję. Nie wiem nawet, czy bardziej przez ten popierdolony koszmar, czy przez to, że uświadomiliśmy sobie, iż wyjebało mnie w przeszłość. Naprawdę już więcej cię nie zobaczę, bo nawet nie ma cię teraz w planach, mamo.

Mam tylko nadzieję, że tym razem urodzisz się w lepszym miejscu. I wte-


Poniedziałek (tuż po świcie)


Bolą mnie plecy, mamo. Ryland jeszcze śpi.

Niech śpi. Nie tylko ja miałem wczoraj koszmar.

Rzuciłem długopisem, kiedy tylko usłyszałem jego krzyk. Próbowałem szybko zejść z kanapy, ale zaplątałem się w koc i wyjebałem na podłogę. Myślałem nawet przez chwilę, że złamałem sobie nos.

A potem potknąłem się o próg, biegnąc do jego sypialni.

Płakał przez sen. Krzyczał, że go mordują. Cały się trząsł.

Oni go zmusili do ratowania tych gwiazd. On się nie zgłosił sam. On też mógł zginąć.

Kurwa mać, jak można kogoś takiego wysłać na samobójczą misję w kosmos?

I nawet nie jestem zły, że zasmarkał mi całą piżamę, może mi nawet gacie zasmarkać, byle by przestał płakać.

Nie chcę już więcej widzieć, jak płacze. Nigdy.

Kiedyś Ojciec opowiadał nam historię o Łajce, mamo. Pewnie też ją słyszałaś, w końcu był od ciebie o wiele starszy. Kiedyś też siedziałaś pod drzewem i słuchałaś jego wykładów.

Pamiętasz, jak porównywał oprawców Łajki do COI? Tutaj ten stary kultysta miał rację. Bo COI zrobiło mi dokładnie to samo, co Rosjanie Łajce, a ta stara zdzira z Niemiec czy innej Holandii Rylandowi.

Obaj jesteśmy jak ta biedna Łajka, wsadzona na siłę do rakiety i wystrzelona w kosmos z wilczym biletem w jedną stronę.

Obaj prawie zginęliśmy i nikogo to, kurwa, nie obchodzi.

W sumie i tak mamy więcej szczęścia od tego psa. Mam nadzieję, że jej dusza biega pomiędzy gwiazdami i szczeka na wszystkie przelatujące komety.


Wtorek (rano)


To koniec, mamo. Myślę, że to będzie już mój ostatni wpis.

Nie umieram, spokojnie. Po prostu chyba już nie potrzebuję do ciebie pisać.

Dostałem od Rylanda i Rocky'ego, jednego z chodzących kamyków, protezę ręki.

I go pocałowałem.

Rylanda, nie Rocky'ego. Tak dla ścisłości.

Nawet jeśli nie zasługuję na jego miłość, to chcę chociaż spróbować.

Chcę go chronić przed złymi myślami i wspomnieniem o świecie, który zostawił za sobą.

Sam chcę zapomnieć o Edenie.

Więc żegnaj, mamo. Kocham cię. Nie czekaj na mnie. Nie wrócę.

Dzieli nas trzysta lat. I wysyłając te listy z przeszłości w nieistniejącą przyszłość, chcę ci tylko podziękować, jeśli rzeczywiście udało wam się znaleźć tę czarną skrzynkę i w naszej linii czasowej uratować ludzkość.

Trzeba zawsze mieć nadzieję, mamo. Bo czasem już nic więcej nam nie zostało.

wtorek, 16 czerwca 2026

Letters from the Past to the Nonexistent Future III

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Butcher&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, przemoc, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język

Notka autorska: Jakoś tak mi pasuje, żeby to w tej konfiguracji mieli lub nie mieli problemu z wyznawaniem uczuć.



Piątek


Prawie się utopiłem, mamo. Ale nawet nie wpadłem do wody, spokojnie. Po prostu upadłem na kolana i przechyliłem się na bok i gdyby Ryland... W sensie, ten Doktor Belfer Zbawiciel Gwiazd i Wszechświata... Gdyby on mnie nie złapał, to bym pewnie się zachłysnął.

Ale miałem atak paniki. I to taki, że wepchnąłem go pod wodę. I trzymałem go tam. Nie chciałem puścić. Tak się odwdzięczyłem za wszystko, co dla mnie zrobił.

Wiesz, że on wygląda jak anioł? Tylko zarost ma. Ale jakby się ogolił, to by wszystko pasowało.

Włosy mu się rozwiały pod wodą i ułożyły w aureolę. I tylko dlatego go puściłem. Bo oniemiałem, kiedy uświadomiłem sobie, jaki jest piękny.

Nie mówiłem ci nigdy o tym, mamo. I nigdy nie powiem, bo cię raczej więcej nie spotkam. Ale jeśli spotkam...

Jeśli spotkam, to ci powiem, że nie widzę różnicy, czy to chłop czy baba. Gówno mnie to obchodzi.

I w tym przypadku również nie ma to dla mnie znaczenia. Pan Doktor Belfer Zbawiciel nie tylko gwiazd, ale też mnie.

Nawet jeśli się potem z nim droczyłem, to tylko chciałem ukryć fakt, jak bardzo mój mózg pojebało przez ten widok pod wodą.

* * *

Ryland odłożył na chwilę notes. Spojrzał na Simona, który jakiś czas temu położył się obok na łóżku i zasnął. Właściwie nawet nie wiedział, która była godzina.

Zbawiciel? W którym momencie on kogokolwiek zbawił?

Chociaż dla Simona, który został wychowany przez kult, to pewnie było totalnie normalne określenie na kogoś, kto go uratował.

Ryland westchnął i chciał go w pierwszym odruchu pogłaskać, ale zaraz cofnął rękę, bo przypomniał sobie, że przecież jego partner śpi. Bał się, że to go obudzi, a to był ostatni rezultat, jaki chciałby przez to osiągnąć.

- Jak chcesz mnie pogłaskać, to to zrób, a nie się czaisz - mruknął Simon w poduszkę.

- C-co? - Ryland aż podskoczył.

- Co "co"? - Simon otworzył jedno oko.

- Nie, nic. Po prostu myślałem, że śpisz i nie chciałem cię budzić - wyjaśnił Ryland.

- A co by się stało, gdybyś mnie obudził? - spytał Simon.

- Nie zdenerwowałbyś się?

- Dlaczego miałbym się wkurzać na kogoś, kto chciał mi okazać czułość?

- No bo bym cię obudził.

Simon westchnął ciężko, moszcząc się.

- Słuchaj, Rye - zaczął. - Ja przez całe życie tak rzadko doświadczyłem miłego dotyku, że możesz mnie głaskać do upadłego.

- Ale miałbym wyrzuty sumienia, że…

- I tak mnie obudziłeś, gapiąc się na mnie.

Ryland wydał z siebie jakiś bliżej nieokreślony, piskliwy dźwięk. Simon spojrzał na niego z politowaniem.

- Rye, jak się kogoś kocha, to można go głaskać, czego nie łapiesz? - spytał zmęczonym tonem.

- ...co? - Ryland poczuł, jak szczypią go policzki.

- Co "co"?

- Znaczy, no. To słowo.

- Co, "kochać"? Według translatora, to akurat było po angielsku nawet u mnie.

- Ale to mocne słowo - powiedział Ryland nieco przyciszonym głosem.

Simon zamrugał, po czym podniósł się na rękach i usiadł.

- Nie gadaj, że mimo bycia starszym, boisz się mówić ludziom, że ich kochasz - powiedział poważnie.

- To jest... skomplikowane - Ryland odwrócił wzrok.

- Bo?

- Bo ja nawet przez dekady nie wiedziałem, że jestem w stanie coś do kogoś czuć. Byłem święcie przekonany, że przez brak pociągu seksualnego nie mogę się w nikim zakochać - wyjaśnił Ryland. - Dopiero na studiach odkryłem, że to nie ma nic ze sobą wspólnego.

Simon potarł palcami skronie.

- Nie spodziewałem się, że taka ciepła klucha jak ty, tuląca się nawet do kosmity w foliówce, może mieć takie problemy pierwszego świata - stwierdził po chwili.

- Nie jestem ciepłą kluchą - oburzył się Ryland.

- Nie, tylko tym... Przeciekającym, kosmicznym mięczakiem?

- Simon.

- Też cię kocham - Simon pogłaskał go po policzku.

- Simon... - Ryland położył swoją dłoń na jego.

Nadal nie mógł się przyzwyczaić, jak ciepłe było jego ciało.

- To naprawdę proste, Rye. Mam cię nauczyć? - Simon przysunął się nieco do niego. - Najpierw mówisz "kocham", a potem "cię".

- Simon.

- No, możesz dodać moje imię, jak chcesz. Lubię, jak mówisz moje imię - Simon westchnął i spuścił wzrok. - To jedyne, co posiadam, oprócz traumatycznych wspomnień.

Ryland policzył w myślach do 29 miejsca po przecinku w liczbie pi, żeby znowu się nie popłakać przez sam sposób, w jaki Simon to powiedział.

- Kiedyś ci powiem - obiecał lekko drżącym głosem.

- Trzymam cię za słowo - Simon położył się obok niego z powrotem. - A teraz mnie głaszcz.

- Co?

- Chciałeś mnie pogłaskać, nie? To głaszcz.

Ryland westchnął, otworzył notatnik, chwycił go jedną ręką, a drugą dłoń przesunął po jedwabistych włosach Simona. Ten mruknął coś w poduszkę i po chwili zasnął z powrotem, wciąż czując ten czuły dotyk na swojej skórze.

A Ryland wrócił do swojej lektury.

* * *


Czwartek


Droga mamo.

Naprawdę coraz lepiej posługuję się tym sterylnym angielskim. No, może nie mówię w nim nadal zbyt dobrze, ale za to bardzo dużo rozumiem i nie potrzebuję nagrywać już Rylanda translatorem. Chyba, że zacznie znowu swój słowotok na temat nauki.

Ostatnio zrobił mi chyba godzinny wykład na temat pierdolonej fizyki kwantowej. I wiesz co? Nic. Siedziałem i słuchałem, bo samo patrzenie, jak z pasją o tym opowiada, rekompensowało to, że znowu gówno zrozumiałem.

Zarówno przez to, że nie wszystkie słowa wyłapałem, jak i nie jestem zbyt bystry tak naprawdę. Wtedy tylko żartowałem.

Oczy mu się wtedy świecą, mamo. Jak martwe gwiazdy, które oglądamy na Edenie.

Albo nawet jak te tutaj na Erid. Miło się na nie patrzy, gdy wiesz, że żyją.


Środa


Droga mamo.

Chyba przywykłem do myśli, że nigdy więcej się nie spotkamy. Mam tylko nadzieję, że będziesz mogła nosić kiedyś takie piękne sukienki, które ostatnio znalazłem na Hail Mary. Wyobrażam sobie, jak robisz w nich obiad i podajesz jedzenie do naszego stołu.

Wyobrażam sobie dużo rzeczy. Zwłaszcza to, że nadal mam rękę.

Cholernie mnie czasem boli, wiesz? Budzę się w nocy zlany potem, a ona boli tak, jakby nadal tam była. Ryland nazywa to bólem fantomowym, czy jakoś tak.

Ja tylko chciałem żyć. Wydostać się z tej żelaznej trumny. Wypłynąć z krwawego oceanu i wrócić do domu.

Ale już nigdy więcej nie wtulę się w twoje ramiona. Życie jednak naprawdę jest popieprzone, prawda?

Mam w sumie jedną opcję, żeby ktoś mnie przytulił, ale mam wrażenie, że on się boi mnie dotknąć. Głupi jest. Przecież nie gryzę.

To, że mam takie długie kły, nie oznacza, że ich użyję.

Ale w sumie czemu spodziewam się, że ktoś z jego wyglądem w ogóle na mnie spojrzy? Bo co? Bo jestem jedyną opcją?

Raczej nie. Anioły nie kochają pieprzonych potworów.

poniedziałek, 15 czerwca 2026

Letters from the Past to the Nonexistent Future II

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Butcher&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, przemoc, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język

Notka autorska: Ostatnia sytuacja nie pojawiła się w poprzednim fiku, bo był on pisany bardziej z punktu widzenia Rylanda, który udaje, że nic się nie stało. Tak tylko mówię, jakby ktoś się dziwił, co to tu robi i czemu nie było o tym wcześniej wzmianki.



Środa (kolejna... chyba)


Erid dużo się od Edenu nie różni, wiesz, mamo? Tu też można zjeść ludzkie mięso, tylko w bardziej zjebany sposób.

Rany na jego buźce się już prawie zagoiły, ale nadal popierdala w apaszce na szyi, więc pewnie tam go głębiej podrapałem. Trochę zaczęło mi być głupio z tego powodu. Zwłaszcza, że on jest tak do bólu miły.

Swojego bólu. Niby się uśmiecha, ale to nic nie znaczy. Ma jakąś traumę i to w końcu pierdolnie, nie ma bata.

Tylko na razie skupił się na mnie. Przychodzi, truje mi dupę i wypytuje o wszystko. Mam ochotę mu przyjebać. Znowu.

Swoją drogą, wiedziałaś o istnieniu czegoś takiego jak nasfiska? Nawet nie wiem, czy dobrze to napisałem. Ogólnie chodzi o to, że to pokazuje, do jakiej rodziny należysz, czy ki chuj. Głupie trochę, ale ma sens, kiedy nie wychowuje cię pojebany stary zgred, który prawdopodobnie zapłodnił wszystkie kobiety na swojej stacji badawczej i dlatego istniejesz. Skąd taki wniosek? Och, mamo, tylko ty myślisz, że nikt nie wie. Wszyscy to wiedzą.

Chociaż doktorek pewnie by się nie domyślił. On nawet kamieni nie rucha.


Sobota (mam nadzieję)


Droga mamo.

Zacząłem się w końcu uczyć tego sterylnego angielskiego pana doktorka. Próbuję sobie rozbierać na części pierwsze jego wypowiedzi nagrane na translatorze i sprawdzać słówka.

"Mama" jest po koreańsku. "Ojca" wzięliśmy z niemieckiego, a "brata" z Hawajów. "Siostra" jako jedyna pochodzi z angielskiego. Doktorek miał rację, pomieszanie z poplątaniem.

I rzeczywiście większość bluzgów jest angielska.


Wtorek (jestem pewien, bo zacząłem prowadzić kalendarz, taki jestem kurwa bystry)


Droga mamo.

Poszedłem dzisiaj na spacer. Dupa mnie już boli od leżenia. Co prawda przeszedłem się tylko po tym statku.

I nabawiłem się kolejnej traumy.

Skaleczyłem się, mamo. Zahaczyłem o coś i krew kapnęła na podłogę. I wiesz co? Pokryła się mchem. Kopanym w zada mchem, mamo. Pewnie myślisz sobie, że teraz to już w ogóle przekroczyłem wszelkie granice bycia pierdoloną abominacją, nie?

To wyobraź sobie, że jak chciałem sobie opatrzyć ranę, to ta krew zmieniła się w końcu w gałązki i zespoliła moją rękę z bandażem. Nie żartuję, mamo. Tak było.

Musiałem poczekać, aż skrzepnie. Oczywiście po tym, jak oderwałem sobie na wpół wrośnięty bandaż. Śmierdział zgniłymi liśćmi.

Kamyki mnie opatrzyły, bo ja już siły nie miałem. Siedziałem tylko na podłodze i gapiłem się na ścianę.

Pierdolę to, mamo.

Na ten moment to one są chyba bardziej ludźmi niż ja.


Sobota


Wychodzi na to, że jestem głupi, mamo.

Rzuciłem szklanką, bo byłem zły. Och, jaki wkurwiony byłem.

Na tych kamiennych lekarzy, oczywiście. Próbowali mnie wykąpać. Jak jakiegoś nieposłusznego psa.

Ale rzuciłem tą szklanką i ona rozbiła się o ścianę akurat, jak Pan Doktorek od siedmiu (swoich) boleści otworzył drzwi. Odskoczył momentalnie i spojrzał na mnie z konsternacją w swoich błękitnych oczach.

Spytał mnie, czy wszystko w porządku.

Odpowiedziałem, że nie.

Chciał o tym porozmawiać, ale tylko warknąłem, że ma mnie zostawić w świętym spokoju, bo on nie ma pojęcia, jak to jest być mną. Bo nigdy nie był do niczego zmuszany, nigdy nie był całkowicie sam w sytuacji bez wyjścia i zawsze miał kogoś, na kogo mógł liczyć.

I wiesz co?

Nie wiedziałem, że mężczyznę można tak szybko doprowadzić do płaczu.

Czy my nie powinniśmy być... bez uczuć?

Na Edenie wszyscy tak powtarzają, prawda?

Mamy mordować, nie ryczeć.

Nie jestem przyzwyczajony do faktu, że moje słowa cokolwiek znaczą. Nie jestem przyzwyczajony do tego, że mają jakąkolwiek moc sprawczą. Liczą się tylko moje ręce (no, teraz została mi jedna) i umiejętności w walce.

Jestem chujem i dupkiem. Tak, mamo. Najgorszym człowiekiem w tym niepozbawionym gwiazd i planet Wszechświecie.

Doprowadziłem kogoś, kto wykazywał się ze swojej strony jedynie cierpliwością i empatią, do płaczu.

Oczywiście próbował ukryć to, że łza mu pociekła po policzku. Ale tego, że cały się trząsł, zwłaszcza palce zaciśnięte na jego lasce drżały jak pojebane, już nie zdołał.

Naprawdę poczułem się wtedy jak cholerny potwór. Nie z powodu tych kłów, tych blizn, pazurów i zmutowanej krwi zamieniającej się w pierdolony mech i zespalającej moją skórę z bandażem, tylko przez te głupie słowa.

Co ja, kurwa, narobiłem?

Zszedłem ostrożnie z łóżka i podszedłem do niego. Przeprosiłem go. Mam nadzieję, że po angielsku.

A ten równie głupi jak ja doktorek stwierdził tylko, że nic się nie stało.

Zastanawia mnie tylko jedno.

On normalnie jest taki kruchy, czy trafiłem przez przypadek w jego czuły punkt?

Co nie zmienia faktu, że przeprosiłem go jeszcze z pięćdziesiąt razy, zanim tym razem to on kazał mi się w końcu zamknąć.

Oczywiście w miłych słowach, bo chyba inaczej nie potrafi.

W przeciwieństwie do mnie.

niedziela, 14 czerwca 2026

Letters from the Past to the Nonexistent Future I

 Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Butcher&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, przemoc, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język

Notka autorska: Wracamy do naszych ulubionych Świętych Patronów Podróży w Jedną Stronę. Bo tak. Bo napisałam drugiego fika.



Ryland sprzątał właśnie Hail Mary, gdy zauważył notes leżący na podłodze. Podniósł go i przekartkował strony.

To nie było jego pismo. Rozpoznał niemieckie i hawajskie słowa, ale zanim zdążył cokolwiek przeczytać, notes został mu wyrwany z ręki.

- Co ty robisz? - spytał Simon, wciąż trzymając mopa w dłoni.

- A ty co ukrywasz? - odpowiedział Ryland pytaniem na pytanie.

Simon zmarszczył brwi.

- Nie musisz wiedzieć wszystkiego.

- Czyli coś ukrywasz.

- Zapisywałem tu rzeczy, których naprawdę nie musisz wiedzieć.

Ryland złapał za notes i próbował delikatnie wyswobodzić go spomiędzy palców Simona, ale ten tylko uśmiechnął się zawadiacko.

No tak. Zupełnie zapomniał, że Simon potrafi podnieść Eridian bez żadnego problemu, bo mutacja dała mu jakąś super siłę.

- Simon - powiedział Ryland najspokojniej, jak tylko umiał. - Chcesz porozmawiać o tym, co tu napisałeś?

- Tym bardziej nie! - zaprotestował Simon, przyciskając notes do klatki piersiowej. - Po prostu... Nie interesuj się tym, co tu jest.

- Aż tak cię to stresuje? - spytał Ryland, zabierając mu mopa i samemu zaczynając zmywać podłogę.

- Skąd taki wniosek?

- Znowu mieszasz języki.

- ...przepraszam - Simon westchnął ciężko. - Ale zrozumiałeś wszystko, tak?

- Tak. Nie zmienia to faktu, że nie chciałem wywołać u ciebie takiej reakcji, tylko trochę się podroczyć - odparł Ryland. - Jak nie chcesz, to nie musisz nic mówić, ale pamiętaj, że to może wyjść na jaw w najmniej odpowiednim momencie i co wtedy?

Simon pomyślał przez chwilę, po czym westchnął ciężko i podał mu notes.

- Dobra, masz - powiedział, nawet na niego nie patrząc. - Tylko jak przeczytasz niektóre rzeczy, to nie mów, że nie ostrzegałem.

- Zawsze możesz mi po prostu o nich opowiedzieć i ominąć niewygodne fakty.

- Spierdalaj.

- Simon.

- A, wybacz - Simon zaśmiał się nerwowo. - Naprawdę nie mogę sobie pobluzgać czasem?

Ryland oparł się o mopa i uśmiechnął czule do niego.

- Nie - oznajmił, po czym upadłby pewnie na podłogę, gdy mop po prostu odjechał, gdyby Simon go nie złapał.

- Znalazła się księżniczka - mruknął Simon, trzymając go na rękach. - Mógłbyś chociaż u...

Nie dokończył, bo sam poślizgnął się na mokrej podłodze i klapnął na tyłek, nie puszczając jednak Rylanda nawet na chwilę.

- I kto to mówi?

- Spie... Znaczy, spadaj - poprawił się szybko Simon, wywołując u Rylanda jedynie śmiech.


* * *


Środa (chyba)


Droga mamo.

Właściwie to nie wiem, który mamy dzień, miesiąc czy rok. Pojebane to wszystko.

W każdym razie, dostałem ten notatnik od tych dziwnych kamiennych ludzików i postanowiłem z niego skorzystać. Będę tutaj pisał listy, dobrze, mamo?

Powiedziałbym, że jestem cały i zdrowy, ale nie jestem ani zdrowy, ani tym bardziej cały. Moja skóra jest poparzona, urwałem sobie przez przypadek rękę i mutacja wydłużyła mi kły. Wyglądam jak rasowy wampir. Albo wilkołak, bo paznokcie to mi się w pazury zmieniły i mogę drapać jak wkurwiony kot.

Nie wyglądam już jak twój złoty chłopiec, mamo. Przypominam bardziej potwora z paraliżu sennego.

Podobno mnie ten chodzący gruz uratował. Jestem im wdzięczny, ale nawet nie wiem, ile byłem nieprzytomny. Ale jest tutaj też ten facet, co twierdzi, że jest doktorem. Ale chyba nie lekarzem. Twierdzi, że ma doktorat. Nie wiem, co to znaczy, nie pytaj.

Na razie leżę w łóżku szpitalnym, więc wsadzają mnie w sukienki. Doktorek nazwał je koszulami nocnymi. Spodobałyby ci się. Są takie miękkie i pachnące. Przywołują mi na myśl zapach naszego drzewa.

W ogóle wiesz, że nasz angielski jest pierdoloną mieszanką języków? Często ni chuja go przez to rozumiem, bo on mówi tą prawdziwą, sterylną wersją. On nie rozumie mnie prawie w ogóle. Patrzy tylko na mnie tymi swoimi intensywnie niebieskimi ślepiami i chyba myśli, że mnie na to spojrzenie zbitego szczeniaczka złapie. Co to to nie. Niech spierdala.

Co prawda ładne ma te oczy. Kurwa, mogę to wykreślić? Nie czytaj tego zdania, mamo, okej?


Piątek (tak myślę)


Droga mamo.

Zastanawiam się, czemu ten koleś jest taki upierdliwy jak wrzód na dupie. Nie mówiłem ci jeszcze, ale podrapałem mu jego ryj i mało nie udusiłem, jak go po raz pierwszy zobaczyłem. Myślałem, że jest z COI i że zaraz znowu trafię do tej łodzi. Nie ze mną takie numery, drugi raz nie dam się wsadzić do tej pierdolonej puszki.

On zadaje strasznie dużo pytań. O moją przeszłość, o Eden, o te mutacje... Zwłaszcza o tym pierwszym nie chcę rozmawiać. Co by zrobił, jakby wiedział, ile osób przeze mnie zginęło? Że nazywano mnie jebanym Rzeźnikiem? Czemu mnie to w ogóle obchodzi...? Nie wiem. Pogubiłem się.

Podobno trzymają mnie na jego statku. Podobno uratował gwiazdy. Podobno Wszechświat wcale nie wyjebał się na krzywy ryj.

Gówno prawda, no nie, mamo? Gwiazdy zdechły. Chyba. Tak myślę.


Poniedziałek (prawdopodobnie)


Wiesz, mamo, on mi się trochę kojarzy z tobą. Ma taki nauczycielski ton głosu. W sumie to chyba nawet coś wspominał, że jest belfrem. Ale tak samo zwraca mi uwagę, że mam nie bluzgać. Wasze niedoczekanie.

Moje życie jest zbyt pojebane, mamo. Nie mam siły zwracać uwagi na to, czy mój język jest wyparzony czy nie.

A rozmawianie przez translator mnie wkurwia. Muszę zbyt długo czekać na jego odpowiedź. Jak tylko poczuję się trochę lepiej, to chyba zacznę się uczyć angielskiego. Na razie cała skóra mnie swędzi. Doktorek twierdzi, że się goi. No okej. Nie zmienia to faktu, że to też mnie wkurwia.

piątek, 12 czerwca 2026

Two Souls Lost Among the Stars VI

 Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Butcher&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, przemoc, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język

Notka autorska: Wiecie, dlaczego ta proteza jest z tego konkretnego metalu. Znacie mnie, nie? W każdym razie, ostatnia część. Ale nie ostatnie spotkanie z tymi bohaterami, bo, uwaga, napisałam już drugiego fika. XD



Następnego dnia Ryland i Simon razem zjedli śniadanie, aczkolwiek w kompletnej ciszy. Simon był zbyt śniący po ich nocnej konwersacji, a Ryland nie chciał znowu zmuszać go do rozmowy.

Kiedy dopijał swojego witaminowego szejka, usłyszał pukanie do drzwi. Simon tylko podniósł na niego wzrok.

- Kto to?

- Pewnie Rocky.

- Uhm.

Ryland poszedł do drzwi i otworzył je.

- Grace! Simon uciekł z Hail Mary! Znowu! - zawołał Rocky.

- Spokojnie, jest tutaj - stwierdził Ryland.

- Dlaczego, pytanie?

- Pomyślałem, że czuje się samotny - Ryland wzruszył ramionami.

Rocky zastanowił się przez chwilę.

- Grace znalazł partnera, pytanie?

- CO?! NIE!

- Nadal w... zaprzeczeniu, co? - Simon oparł się o ścianę obok drzwi. - Cześć, Rocky.

- Adrian i Rocky zrobili urządzenie dla Simona - oznajmił Rocky.

- Wymyśliliście, jak je przyczepić? - spytał Ryland.

- Rocky myśli, że najlepiej będzie to sprawdzić na Simonie.

- //Możecie powtórzyć?// - spytał Simon. - //Ni chuja rozumiem, a translator nie zdążył tego nagrać.//

- Zobaczysz później - stwierdził Ryland. - Możecie przynieść tę niespodziankę.

- Niespodzianka?

- Tak się mówi, jak chcesz kogoś zaskoczyć.

- Rocky rozumie. Rocky już idzie - Rocky pobiegł po Adriana.

- //Co ty kombinujesz, doktorku?// - spytał Simon.

- To ich pomysł.

- //Mam się bać?//

- Nie.

- Głupi jesteś.

- Serio akurat tego nauczyłeś się po angielsku?

- //Pretensje do Rocky'ego, on to non stop powtarza.//

- Nie wytrzymam z wami.

- //Przykro mi, jesteś na to skazany.//

Ryland tylko westchnął.

* * *

Rocky wrócił po kilku minutach, niosąc protezę. Ryland nawet nie zamknął drzwi, więc Rocky po prostu wszedł do środka i mu ją podał. Ten podniósł ją i pokazał ją Simonowi, czując dziwną mieszankę ekscytacji i niepokoju.

- To dla dla ciebie. Ładna, nie?

Simon wpatrywał się w protezę przez chwilę, po czym wziął ją do zdrowej ręki i uważnie obejrzał.

- Simon?

- Z czego?

- Stal nierdzewna. Wodoodporna. Na ciepło też. Bardzo funkcjonalna. Piękna, piękna, piękna - wyjaśnił Rocky, wyraźnie podekscytowany.

- Nie wiemy tylko, jak ją przymocować. Teoretycznie ma pasek, ale nie wiemy, czy nie jest za ciężka, a wtedy będzie ci niewygodnie i... - zaczął Ryland, ale Simon przerwał mu spojrzeniem.

Odłożył na chwilę protezę na stół, odsunął rękaw i przeciął sobie kikut ręki pazurami. Krew kapnęła na podłogę i po chwili pokryła się mchem.

- Co to jest...? - Ryland zamrugał i chciał zadać więcej pytań, ale Simon przyczepił sobie protezę do okaleczonego ramienia.

Krew spłynęła na protezę i pokryła ją gałązkami, które po chwili wtopiły się w metal. Simon podniósł sztuczną rękę i poruszył palcami, jakby to było normalne.

- //O kurwa, działa// - powiedział wyraźnie zaskoczony. - //Nie wpadłem na to, że to serio się przyda.//

- Grace, Simon zepsuł nam protezę - stwierdził Rocky.

- Nie, nie, nie zepsuł. Ale chyba stał się z nią jednością - Ryland był jednocześnie pod wrażeniem tego, co zobaczył, ale również obrzydzony. - Simon?

- Tak?

- Podoba ci się?

- Tak. Bo mogę teraz... zrobić to - stwierdził, podszedł do Rylanda i, ignorując kompletnie Rocky'ego, położył mu dłonie na policzkach.

A potem bezwstydnie go pocałował.

Ryland zamarł w bezruchu. Prawdziwa dłoń Simona była ciepła. Aż za, jakby miał gorączkę. Proteza emanowała stalowym chłodem. I pachniała lasem.

Zamrugał i bardzo powoli położył dłonie na ramionach Simona, po czym oddał pocałunek. Poczuł, jak Simon tylko się uśmiecha.

- Rocky mówił, że Grace znalazł partnera!

A, no tak. On nadal tu był.

Odsunęli się od siebie i spojrzeli na Rocky'ego jednocześnie.

- //Śmiesznie się rumieni, co nie?// - spytał Simon.

Ryland rzucił mu mordercze spojrzenie.

- Rocky jednak Simona lubi.

- Też cię lubię, Rocky.

- Fajnie, fajnie, fajnie. Rocky idzie powiedzieć Adrianowi. Niech tylko Simon i Grace nie robią kamyków - stwierdził i wybiegł na zewnątrz.

- "Kamyków"? - powtórzył Simon.

- Dzieci. Kazał nam nie robić dzieci - Ryland usiadł w fotelu. - Zwariowałeś? Nie mogłeś chociaż poczekać, aż sobie pójdzie?

- Nie?

- Dlaczego?

- Bo nie byłoby to... takie zabawne - powiedział Simon powoli. - Wiesz co?

- Co?

- Podoba mi się ten twój... sterylny angielski - stwierdził Simon, pochylając się nad nim. - To co? Robimy te kamyki?

- Przemyślę to.

- Ale...

- Później.

- No dobra - Simon cmoknął niezadowolony i usiadł Rylandowi na kolanach, po czym się w niego wtulił.

- Co ty robisz?! - Ryland zupełnie nie był przygotowany na 80 kilo żywej wagi na sobie.

- Rewanż - odparł Simon. - A teraz mnie tul.

- Ledwo oddycham.

- Marudzisz.

Ryland westchnął ciężko i objął go ramionami. Przymknął oczy. Simon cały pachniał lasem.

Jakby był jego osobistym drzewem.

The end

czwartek, 11 czerwca 2026

Two Souls Lost Among the Stars V

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Butcher&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, przemoc, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język

Notka autorska: Ach, no tak, oni obaj biedni i straumatyzowani.



Protezę ręki dla Simona trzeba było jeszcze dopracować. Ryland najpierw sam poszedł ją obejrzeć i stwierdził, że po pierwsze, jest za ciężka, a po drugie, trzeba pomyśleć nad jakimś uchwytem, by ją przymocować do ciała. Poza tym, rany Simona jeszcze nie zagoiły się całkowicie, choć jego skóra już praktycznie wyzdrowiała.

Jednak nadal obaj nie rozumieli, dlaczego w ogóle znalazł się na tym księżycu, skoro Wszechświat wcale nie był pusty. Nikomu nic nie brakowało. Nie pływali w morzu krwi.

Ryland leżał na kanapie i próbował pojąć, czemu mają zupełnie inne informacje na ten temat. Według Eridian gwiazdom i nawet Słońcu nic nie było, a co dopiero planetom. Więc skąd to "Ciche Zniknięcie", czy jak to się tam nazywało?

Przecież uratowali z Rockym gwiazdy. Nic ich nie zjadło, prawda?

Właśnie.

A co jeśli astrofagi zjadłyby gwiazdy? Co jadłyby wtedy?

I nagle do niego dotarło. Tak. To musiało być to.

Zerwał się na równe nogi, złapał laskę po drodze i pobiegł w stronę Hail Mary. Otworzył gwałtownie drzwi i chciał od razu powiedzieć Simonowi, do jakich wniosków doszedł, ale zatrzymał się w pół kroku, gdy zobaczył, że ten śpi.

Chciał się wycofać, ale wtedy Simon się obudził.

- Ryland?

- Tak?

- Jesteś... tu?

- Tak.

Simon usiadł w łóżku, przeczesując sobie dłonią włosy.

- Masz czasem... złe sny? - spytał z wyraźnym akcentem, ale słychać było, że zna angielski coraz lepiej.

- Każdy czasem ma - odparł Ryland, ignorując fakt, że dosłownie przez to teraz nie spał. - Chcesz o tym pogadać?

- Śnię o tym, że mutuję... - wyjaśnił Simon. - I ten. Zamieniam się... w drzewo.

- Drzewo?

- Krwawe drzewo - wyjaśnił Simon. - Nawet nie pytaj.

- Niezłe to hanahaki - stwierdził Ryland.

- Hana... co znowu? - Simon zamrugał.

- Taka fikcyjna choroba - wyjaśnił krótko Ryland. - W każdym razie, chyba wiem, skąd się tu wziąłeś.

- Tak?

- Tak - Ryland wstał i zaczął krążyć po pokoju. - Astrofagi zjadały gwiazdy. Co by było, jakby gwiazdy się skończyły?

- Padłyby z głodu?

- Co wy jedliście, gdy skończyły wam się zapasy?

- Siebie nawzajem.

- No właśnie - przyznał Ryland. - Czyli znaleźliście inne źródło pożywienia.

- Astrofagi... Znalazły... Kurwa no - Simon włączył translator. - //Chyba jeszcze nie do końca mi się mózg obudził. Możesz powtórzyć?//

- Znaleźliście inne źródło pożywienia. Astrofagi też musiały.

- //Zaczęły zjadać planety?//

- Tak.

- //Czekaj. Sugerujesz, że jestem z przyszłości?//

- Tak.

- Pierdolisz.

- Który macie rok, Simon?

- //Mówiłem, że nie mam pojęcia, bo siedziałem w celi.//

- A który mieliście rok, jak tam trafiłeś?

- //Gdzieś około 2354 chyba. Nie pamiętam.//

- Simon, na Ziemi jest teraz jakiś 2033.

- Pierdolisz.

- Nie.

- //To znaczy, że...// - Simon przerwał nagle. - //Wyjebało mnie w przeszłość.//

- Tak.

- //Czyli zagłady kosmosu jeszcze nie było.//

- I nie będzie, bo to powstrzymaliśmy.

- //A jak będzie?//

- I tak tego nie dożyjesz.

- A ty?

- Ja tym bardziej.

- //To ile ty masz lat?//

- 46 biologicznie, ale na Ziemi minęło o wiele więcej, bo jesteśmy oddaleni o jakieś 16 lat świetlnych.

- ILE?!

- Ale co?

- //Doktorku, ja mam 36 lat. Chyba. Tak myślę.//

- I?

- //I to niemożliwe, żebyś wyglądał lepiej ode mnie, kiedy jesteś starszy o pierdoloną dekadę!//

Ryland zamrugał.

- Co?

Simon parsknął śmiechem.

- No co?!

Simon uniósł translator do ust bardzo, bardzo powoli. Jakby się z nim drocząc.

- //Rumienisz się, wiesz?// - szepnął tak cicho, że aż dziwne, że translator zebrał jego głos.

- Weź przestań - Ryland odwrócił wzrok. - Wziąłeś mnie z zaskoczenia.

- //Jak ci powiedziałem, że jesteś piękny, to też cię wziąłem z zaskoczenia?//

- Simon.

- //To dlatego opłukałeś twarz, nie? Nie dlatego, że nadal się krztusiłeś.//

- Przestań!

- //Mówiłem, że jesteś ciepły.//

Simon oberwał laską w ramię.

- Auć - jęknął.

- Miało boleć - Ryland zmierzył go wzrokiem.

- //No dobrze, dobrze, możemy pierdolnąć jakiś eksperyment naukowy w ramach gry wstępnej.//

- Czego nie załapałeś? - Ryland potarł skronie palcami.

- //Mówią, że jestem cholernie uparty.//

- Odreagowujesz tak koszmar, prawda?

Simon zamarł w bezruchu.

- Znając twój charakter, pomyślałem, że raczej nie będziesz chciał o tym dłużej rozmawiać - stwierdził Ryland. - Więc postanowiłem przedyskutować to, z czym tu przyszedłem. Ale teraz widzę, że chyba jednak powinniśmy wrócić do mutowania w drzewo.

Simon westchnął ciężko.

- //Bo cię podrywam?//

- Bo robisz to nachalnie i mnie to wkurza.

- //A, czyli nie masz nic prze...// - Simon przerwał, kiedy Ryland złapał go za rękę i odsunął translator od jego ust.

- Wystarczy, naprawdę - Ryland spojrzał mu prosto w jego dwukolorowe oczy. - Simon?

- Hm?

- To dlatego tak wyglądasz? Bo zacząłeś mutować w drzewo? - spytał Ryland.

Simon kiwnął głową.

- //Nie zawsze wyglądałem, jak potwór z paraliżu sennego// - stwierdził Simon, zabierając Rylandowi swoją rękę. - //Ręce też miałem dwie. Ale ta zjebana krew... To pierdolone, kosmiczne gówno...//

Simon potarł skronie palcami.

- //Miałem ze sobą medalik z nasionkiem ostatniego drzewa. Krew dostała się do środka. Wszystko wybuchło. Myślałem, że umarłem. Tymczasem coś musiało mnie wyjebać w przeszłość. Nawet nie wiem, co. Nic już nie wiem. Chyba nigdy nic nie wiedziałem.//

Simon westchnął ciężko.

- //Zaatakowałem cię wtedy, bo myślałem, że jesteś jednym z tych, co mnie złapali i wsadzili do tej pieprzonej puszki// - wyjaśnił. - //Żelazne Płuco. Też coś. Chyba Żelazna Trumna.//

- Nie myśl już o tym - Ryland pogłaskał go po głowie. - Chcesz spać w moim domu?

- Co?

- Samotność raczej ci nie służy, a myślę, że jesteś już w wystarczająco dobrym stanie.

- //Zapraszasz mnie do siebie, ale jak cię podrywam, to ci się to nie podoba?//

- Po prostu dawno nie miałem współlokatora i brakuje mi towarzystwa.

- //Rocky ci nie starcza?//

- Rocky ma swoje życie.

- Rozumiem.

* * *

Rudoblond loki zafalowały na wietrze.

- To musisz być ty.

Niemoc. Bezwład. Panika.

- Tylko ty możesz to zrobić.

Czyjaś dłoń na ramieniu.

- Nikt inny.

Szarpnięcie za ramię.

- Ty, Grace.

Chwila, co?

- Ryland!

Ryland obudził się gwałtownie. Zamrugał. Oddychał zdecydowanie zbyt szybko. Łzy ciekły mu po policzkach. Dawno się nie popłakał przez sen.

Albo może po prostu tego nie pamiętał.

- Ryland?

- C-co? - spytał drżącym głosem, patrząc na Simona.

Nie widział go zbyt dobrze przez łzy wciąż napływające mu do oczu i brak okularów.

- //Ty idioto, trzeba było mi powiedzieć, że masz koszmary!// - warknął Simon. - //Myślałem, że zejdę na zawał, jak usłyszałem twoje wrzaski! Mało się nie wyjebałem, jak tu biegłem z salonu!//

- Przepraszam, nie chciałem cię wystraszyć...

- //W dupie mam twoje przeprosiny.//

- Simon...

- //Co znaczy "w pewnym sensie"?//

- Co...?

- //Powiedziałeś tak, jak spytałem, czy cię zmusili. Zmusili cię, kurwa, czy nie? I nie pierdol tylko jakichś twoich altruistycznych farmazonów, bardzo cię proszę.//

Ryland usiadł powoli i oparł się plecami o ścianę.

- Uśpili mnie i wsadzili siłą na statek - wyjaśnił Ryland. - Kiedy się obudziłem, byłem sam. Ja, dwa trupy i kompletna amnezja. Nawet nie pamiętałem, czy znałem tych martwych ludzi. Nie przeżyli podróży. Podejrzewam, że Yao był za stary, a Olesya miała zbyt słabą wątrobę czy coś. Nie mam pojęcia. Po prostu umarli.

- Ja pierdolę.

- Nie wiedziałem, jak działa statek. Jak go pilotować. Jak to wszystko ogarnąć. Ale wiedziałem, że muszę uratować słońce. Miałem wybór. Albo wrócić do domu i umrzeć za 30 lat z głodu, albo próbować coś zrobić sam. Na szczęście spotkałem Rocky'ego, bo guzik bym zrobił.

- //Jesteś bystry, Ryland. Dałbyś radę.//

- Nie aż tak bystry - Ryland otarł twarz z łez.

Mogłyby przestać płynąć, bo już słyszał głos Rocky'ego nabijającego się z niego, że znowu przecieka.

- A potem jak już uratowaliśmy gwiazdy, to mogłem wrócić do domu, ale musiałem ratować Rocky'ego i Erid - wyjaśnił Ryland. - I znowu mogłem podjąć samolubną decyzję, ale nie mogłem pozwolić na to, by Rocky umarł powolną, agonalną śmiercią.

Simon westchnął ciężko i przeturlał się przez Rylanda na drugą stronę łóżka.

- Co ty robisz? - Ryland zamrugał zaskoczony.

- //Tak będzie łatwiej// - Simon objął go ramieniem i przyciągnął do siebie. - //Lepiej ci?//

Ryland poczuł, jak kolejna fala łez napływa mu do oczu. Wtulił się w piżamę Simona i zaczął szlochać.

- Kurwa no, to miało pomóc, halo! - Simon potrząsnął Rylandem. - Zasmarczesz mi piżamę! Ryland!

I tak jak Simon przewidział, taki też był rzeczywisty skutek. Nie przeszkodziło im to jednak zasnąć w takiej pozycji, nawet jeśli podejrzewali, że ich kręgosłupy ich rano wyśmieją.