Blog zawiera treści o związkach męsko-męskich i damsko-damskich. Jeżeli nie lubisz yaoi i yuri, to naciśnij czerwony krzyżyk i nie czytaj, zamiast obrzucać mnie błotem. Dziękuję za uwagę.

Polecany post

The only source of light in the total darkness III

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary) Dozwolone od: 17+ Gatunek tekstu: sc...

czwartek, 10 września 2026

The Sound that Dissolves Every Dark Thought II

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: fluff, sci-fi, crossover, AU (komedia trochę?)

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, amputowana ręka, wulgarny język (czasem)

Notka autorska: Druga część tego fluffa. Faceci nigdy nie dorastają. XD


- Swoją drogą - zaczął Ryland, kiedy szli już do swojego domu. - Skąd w ogóle wiedziałeś o czymś takim, jak łaskotki?

- W jakim sensie? - Simona zdziwiło to pytanie.

- Wiesz, Eden nie wydaje mi się miejscem, gdzie ktoś mógłby... Chcieć się łaskotać nawzajem - wyjaśnił Ryland nieco niepewnym głosem. - W sensie, może w którymś z filmów, które widzieliśmy, ktoś tak robił, ale...

- Chcesz powiedzieć, że zabójcy z sekty pojącej krwią drzewo i piorącej mózgi ludziom do tego stopnia, że mieli po piętnaścioro dzieci, które też były poddawane manipulacji, nie mogli się dobrze bawić? - spytał Simon.

- Bardziej chodziło mi o taką intymność i bliskie relacje - sprecyzował Ryland. - Nie podchodzisz do przypadkowej osoby na ulicy, żeby ją połaskotać. Przynajmniej na Ziemi tak to nie wyglądało.

Simon wsadził ręce do kieszeni i kiwnął głową.

- Nie mówię o czasach, kiedy mieliśmy już krew na dłoniach. Mówię o tym, gdy jeszcze byliśmy dziećmi - wyjaśnił. - Ja i moi bracia nie mieliśmy zbyt dużo opcji do wyboru w temacie zabaw. Zostało nam tylko to i zbieranie kapsli.

- Rozumiem - przytaknął Ryland. - Chwila.

- Hm?

- To oznacza, że też masz łaskotki.

- Co?

- Gdzie? - Ryland spojrzał na niego, zawadiacko się uśmiechając. - Na boczkach? Pod pachami?

- Nie powiem ci - odparł Simon, przyspieszając kroku.

- Ej no, powiedz! - Ryland dogonił go i zatrzymał ręką. - Na stopach?

- Nie.

- Na pupie?

- Co? Nie!

- To gdzie?

- Nie dowiesz się, zapomnij - Simon znowu zaczął mu uciekać, wyjmując nawet ręce z kieszeni.

Ryland zmarszczył brwi i próbował sobie przypomnieć, gdzie jego ukochany lubił być dotykany.

I zdał sobie sprawę, że były dwie rzeczy, których nie pozwalał sobie robić.

Zbliżać ręki w geście, jakby chciało się go udusić (Ryland nigdy nawet nie próbował, został jednak o tym poinformowany) i dotykać jego karku w miejscu, gdzie zbiegał się z ramieniem.

Złośliwy błysk mignął mu w oczach.

Podbiegł do Simona i podciął mu nogi laską.

Ten przewrócił się i gdy tak leżał przez ten ułamek sekundy bezbronny, Ryland przystąpił do działania.

I uzyskał dokładnie ten efekt, który chciał.

Simon parsknął śmiechem i zaczął machać nogami jak dziecko.

- R-rye!

- No co?

- P-przestań!

- Nie~

- N-no d-dobrze, n-nie b-będę c-cię w-więc-cej łassssskottttaaaaać!

- Możesz, byle nie tak długo i nieustannie, jak wcześniej - Ryland odwrócił nadal chichoczącego Simona na plecy. - Też masz słodki śmiech.

- Słodki? Stary, ja mam głos głęboki jak studnia, sam tak twierdzisz - stwierdził Simon, siadając.

- I tak zostanę przy swoim stwierdzeniu - Ryland pochylił się w jego stronę i musnął jego usta własnymi. - Jesteś zły, że cię przewróciłem?

- Nie - Simon przytknął swoje czoło do jego. - Dziękuję.

- Za co? Za łaskotki?

- Za to, że mi na to pozwoliłeś i za to, że sam się przyłączyłeś do tej zabawy - odparł Simon. - To jedno z niewielu miłych wspomnień. Willy płaczący ze śmiechu, Dave uciekający przed nami na najwyższe piętro stacji, Marketa rzucająca w nas kluczem francuskim, kiedy tylko się do niej zbliżaliśmy i ten jeden dzieciak, który jako jedyny ich nie miał i to on zawsze wszystkich gonił. Nie pamiętam jego imienia, ale może to i lepiej.

- Może to i lepiej - Ryland uśmiechnął się lekko. - Jak w domu, co?

- Jak w domu - powtórzył Simon i pocałował go czule.

* * *

...łaskotki.

I dokładnie to Ryland przed chwilą zrobił.

Połaskotał go.

- Zadowolony z siebie jesteś? - spytał Simon.

- Bardzo - Ryland zaśmiał się krótko i zsunął się z kanapy na podłogę. - Simon?

- Tak?

- Pamiętasz, jak jakiś czas temu spytałeś mnie, ile właściwie mamy lat?

- Tak - Simon zmarszczył brwi. - Co ukrywasz?

- Powiedzmy, że nieco zataiłem przed tobą niektóre fakty - przyznał Ryland.

- A czemu mówisz mi to teraz? - spytał Simon. - Jak dopiero co się obudziłem z drzemki, którą ktoś brutalnie mi przerwał?

- Bo... Nie wiem w sumie - Ryland westchnął ciężko. - Może dlatego, że przypomniało mi się, jak prawie załaskotaliśmy się na cacy?

- I?

- I twoja reakcja na obudzenie cię teraz była na tyle zabawna, że jestem gotów na to, żeby zepsuć ci mózg?

- Niech ci będzie - Simon przysunął się do niego. - To ile mamy lat?

- Więc... Na ile wyglądam? - spytał Ryland.

- Gdzieś na 60? 61? - odparł Simon. - Ale wiem, że od momentu, kiedy Stratt wysłała cię w kosmos, minęło raczej z czterdzieści parę, bo kilka lat temu powiedziałeś, że równo czterdzieści.

- ...kłamałem.

- To ile minęło?

- Więcej.

- Więcej? - powtórzył Simon. - Rye, ile my mamy lat?

- ...przekroczyliśmy obaj setkę? - Ryland spojrzał na niego, nieco nerwowo się uśmiechając. - Jak to odkryłem, to bałem się, że pogubisz klepki, jak ci powiem. Wiesz, sam prawie dostałem zawału, jak tylko...

- ILE?! - wrzasnął Simon. - MAM PONAD STÓWĘ?! KIEDY?! JAK?!

Simon złapał się za włosy pokryte już trzema siwymi pasmami.

- RYLAND!

- Nie moja wina, to Eridianie!

- Ile lat to przede mną ukrywałeś?

- ...z dekadę?

- ...Rye - Simon spojrzał na niego uważnie.

- ...tak?

- Szykuj się - Simon rozwarł palce u rąk. - Sam chciałeś.

- Co? Nie! - Ryland próbował go odepchnąć, ale nic to nie dało i znowu został zaatakowany łaskotkami.

* * *

- Jak Grace nie przestanie się śmiać, przysięgam, że się tam przejdę - mruknął Rocky, patrząc z zazdrością na Gracie. - Dobrze masz, że teraz śpisz.

- Przynajmniej Simon przyjął tę wiadomość dość spokojnie? - spytał Adrian, pielęgnując eridiańską roślinę, którą planował dać Simonowi następnego dnia.

- Załaskocze go na śmierć!

- Bez przesady, moja melodio - Adrian machnął ręką. - Przyznaj, że lepiej to, niż kiedy przecieka.

- I kiedy się marcują - Rocky prychnął.

Adrian jedynie zachichotał.

The End

środa, 9 września 2026

The Sound that Dissolves Every Dark Thought I

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: fluff, sci-fi, crossover, AU (komedia trochę?)

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, amputowana ręka, wulgarny język (czasem)

Notka autorska: Przedstawiam wam THE FLUFF. FLUFFY FLUFF. THE FLUFFIEST FLUFF EVER.

Dobra, już się uspokajam. Ale macie fluff. Trochę głupi. Trochę mało zabawny. Ale FLUFF. FLUFFY. FLUFFY FLUFF.

(Still nope.)




Ryland uchylił powieki, zdając sobie sprawę, że chyba zasnął podczas seansu. I mimo, że był to jeden z ulubionych filmów Simona, ten również właśnie cicho chrapał, z głową na jego udach.

- Nie za dobrze ci? - mruknął Ryland i uśmiechnął się nieco złośliwie.

Coś przyszło mu do głowy.

Jego palce delikatnie musnęły skórę Simona, wywołując u niego natychmiastową reakcję w postaci gwałtownej pobudki i sturlania się na podłogę.

Ryland zaśmiał się, widząc mordercze spojrzenie swojego ukochanego.

Reakcję miał identyczną, jak te lata temu, kiedy obaj dokonali bardzo ważnego odkrycia.

Obaj mieli...

* * *

Ryland siedział w laboratorium i cierpliwie napełniał pipetą probówkę, kiedy usłyszał za sobą skrzypnięcie drzwi. Nie zwrócił na to jednak zbytniej uwagi, bo były tylko dwie osoby, które odważyłyby się wejść tutaj, ignorując wszystkie zabezpieczenia i wskazówki, że mają absolutnie tego teraz nie robić.

Rocky ignorował je głównie dlatego, że większości nie mógł zobaczyć, a reszta nie miała dla niego znaczenia, bo i tak jego głównym kontrargumentem było to, że ma ksenonitowy kombinezon i nic mu nie będzie.

Simon po prostu był sobą i miał wszystko gdzieś.

- Ryland - usłyszał głos tego drugiego.

- Tak?

- Jest cholerny środek nocy, a ty siedzisz tutaj, zamiast w domu.

- Jestem zajęty.

- Środek nocy, Rye. Tyle z tego obrazkowego zegara potrafię odczytać.

- Jak nie przestaniesz mnie rozpraszać, to Mary wyleci w powietrze.

- Czekaj - Simon potarł skronie palcami. - Wstałeś rano, poszedłeś uczyć kamyki o mikrobiologii Ziemi...

- Biologii molekularnej.

- Co za różnica?

- Diametralna?! - oburzył się Ryland, mało co nie upuszczając probówki. - Mikrobiologia to nauka biologiczna o wirusach oraz mikroorganizmach jak bakterie i pierwotniaki, a biologia molekularna...

- I tak nie zapamiętam - przerwał mu Simon, sprawiając, że Ryland tylko westchnął. - W każdym razie, poszedłeś uczyć kamyki, po czym od tego momentu nie wróciłeś do domu i siedzisz tutaj od kilkunastu godzin i pozbawiony snu przez tak długi czas robisz coś na tyle niebezpiecznego, że HAIL MARY MOŻE WYLECIEĆ W POWIETRZE?!

- ...tak?

- Do domu - Simon machnął ręką. - Ale już.

- Daj mi pięć minut - jęknął Ryland.

- Nie.

- Cztery?

- Nie.

- Trzy?

- Nie starczyły ci te wszystkie godziny, minuty nic nie zmienią. Nie mydl mi oczu - mruknął Simon.

- No dobrze, daj mi kwadrans. Zrobię tylko to, co trzeba, żeby Mary przez noc nie wybuchła i przyjdę - Ryland westchnął ciężko.

- Idę się zdrzemnąć do pokoju medycznego. Przyjdź za ten kwadrans i mnie obudź. Razem pójdziemy do domu - stwierdził Simon i odwrócił się na pięcie, po czym wyszedł z laboratorium.

Po całodniowej pracy w ogrodzie, zasnął momentalnie, kiedy tylko przytknął swoją twarz do poduszki.

Ciepła dłoń Eridianina w ksenonitowym skafandrze dotknęła jego policzka, gdy ten przykrył go kocem.

To raczej nie był Adrian, ani tym bardziej Rocky. Pewnie Christine, znając życie.

Uchylił powieki i jedyne, co zdążył zobaczyć, to jej rdzawo-brązowe kończyny znikające za rogiem.

Ciekawe, czy ona i Stephen w końcu się zeszli. Tak upartych Eridian chyba w życiu nie widział.

Nawet Gregory'emu i Jamesowi zajęło to krócej, a już Rocky chciał ich swatać.

...

...

...

Chwila, dlaczego Christine musiała go w ogóle przykrywać?

Simon usiadł na łóżku. Ile spał?

Rozejrzał się, szukając zegara. Tylko tutaj miał okazję zobaczyć czas w ziemskich cyfrach.

I absolutnie mu się ta trzecia w nocy nie spodobała.

- Ryland - powiedział z udawanym spokojem, nieco gwałtownie otwierając drzwi.

Jego ukochany podskoczył, mało nie puszczając fiolki.

- ...tak?

- Trzecia w nocy. Jest trzecia w nocy. Siedzisz tutaj o trzeciej w nocy! - Simon zmierzył go wzrokiem.

- A tobie jak się spało?

- A ile spałem? Bo coś mi się zdaje, że nie ten twój kwadrans.

- ...z dwie godziny?

- RYLAND!

- Ale Mary nie wybuchła? - Ryland uśmiechnął się lekko nerwowo. - Mogę to dokończyć?

- Nie, Rye. Nie możesz. Chodź do domu - Simon podszedł do niego powoli.

- Ale to ważne.

- Ważniejsze od twojego zdrowia?

- Tak?

- Ale nie śpisz od... O której zazwyczaj wstajesz?

- Siódmej?

- Od siódmej.

- ...

- No co?

- Nie do końca?

- Co nie do końca?

- W sensie, nie śpię od siódmej, ale to zależy, o której siódmej mówimy - oznajmił Ryland.

- ...Rye?

- Tak?

- Chcesz mi powiedzieć, że nie spałeś od momentu, kiedy zasnąłeś, przyglądając mi się w ogrodzie? JAKIEŚ TRZYDZIEŚCI GODZIN TEMU?!

- ...tak?

- Jak to zrobiłeś, że tego nie zauważyłem?

- Wstałeś, jak ja już się zbierałem do szkoły. Ot cała wielka tajemnica - Ryland wzruszył ramionami.

Simon westchnął ciężko.

- Ryland, chodź do domu.

- Ale eksperyment!

- Mam cię zmusić?

- Zmusić?

Simon oparł mu dłonie na ramionach i spojrzał mu prosto w oczy.

- Gdzie masz łaskotki? - spytał poważnie.

- Co? - Ryland zamrugał. - Nie mam łaskotek.

- Nie?

- No dobrze, nie jestem pewien, czy dalej mam - odparł Ryland. - Kiedyś miałem dalekiego kuzyna, który uwielbiał łaskotać mnie z zaskoczenia, ale odkąd jego brat trafił do więzienia, a jego wziął pod opiekę ktoś z jeszcze dalszej rodziny, to nikt nigdy nie próbował tego robić. Nawet moi rodzice. Pewnie uznali, że to niedorzeczne, jak zdobyłem doktorat, a potem oboje zmarli, więc właściwie nie mam pojęcia, czy...

Ryland podskoczył na krześle, kiedy Simon połaskotał go nad biodrem i definitywnie osiągnął zamierzony efekt.

- ...mam łaskotki - dokończył Ryland. - Dość eksperymentu, możesz...

- Nie - przerwał mu Simon, z dzikim blaskiem w oczach powtarzając czynność, tym razem po obu stronach.

Ryland wybuchnął śmiechem, spadając tym razem na podłogę. Simon najpierw zamortyzował jego upadek, a potem usiadł mu na biodrach i uśmiechnął się wrednie.

- Pod pachami też masz?

- C-co? - Ryland próbował złapać oddech, ale nie zdążył, bo Simon już kontynuował swoje "tortury". - S-simon, zo-zost-aaaaw! S-sło-słodki Ju-julku n-na b-bisz-szszszszszkoooopcie!

Ryland złapał w końcu prawą rękę Simona i tę był w stanie powstrzymać, ale już proteza była dla niego kompletnie nie do okiełzania. Ze śmiechu zdążył już się popłakać i prawie zasmarkać, ale to nie sprawiło, że jego ukochany zostawił go w spokoju.

- Wiesz, że masz uroczy śmiech? - spytał Simon, przysuwając się do Rylanda. - Potrafiłby rozwiać każdą czarną myśl w mojej głowie.

- C-co?

- Pstro. Będziesz grzeczny i pójdziesz spać jak normalny człowiek?

- N-no d-dobrzeeee! - Ryland cmoknął dłoń Simona i spojrzał mu w oczy. - B-będę g-grzecznyyyy!

Simon przestał go łaskotać i wstał z niego, po czym pomógł mu się podnieść.

- Idziemy do domu? - spytał raz jeszcze.

- T-tak - Ryland nadal próbował złapać oddech. - Nie rób tak więcej.

- Bo?

- Bo się bodaj posikam.

Simon tylko parsknął śmiechem.

czwartek, 3 września 2026

Sandy-golden Lamb Laying Under the Tree II

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język

Notka autorska: W sumie nawet trochę fluff tu. Kiedyś napiszę fluffa z tym shipem, obiecuję.

I tak, to jest takie krótkie, bo ile można koszmar rozpamiętywać... XD




Obudził się w łóżku, przebrany w piżamę i z zimnym okładem na czole. Głowa bolała go o wiele mniej, ale nadal czuł się, jakby coś go przeżuło i wypluło.

Prawdopodobnie ten pierdolony kosmiczny byt, który pomieszał mu zmysły lata temu i Simon nadal miał we łbie cholerny bałagan.

- Simon? - usłyszał cichy głos Rylanda.

Chciał spojrzeć w tamtą stronę, ale tylko się skrzywił.

- Czyli boli nadal - Ryland położył mu swoją chłodną dłoń na policzku.

Była jeszcze zimniejsza niż zwykle. Pewnie z nerwów.

- Skąd wiesz, że boli mnie głowa? - spytał Simon.

- Powiedziałeś mi to, kiedy próbowałem cię ocucić - wyjaśnił Ryland. - Trudno jest podnieść zwiotczałe ciało kogoś, kto jest takim kawałem chłopa jak ty, ale dałem radę.

- Tylko sprawiam ci problemy... - mruknął Simon.

- Od tego jestem, żeby się o ciebie martwić - Ryland pogłaskał go ostrożnie. - Posprzątałem w pokoju i w łazience, także nie musisz się już tym przejmować.

- Po tym, jak mnie tu przyniosłeś?

- Tak?

- Ale Rye, twoje nogi...

- Nic mi nie będzie - stwierdził Ryland. - Zacząłem chodzić o lasce, zanim się tutaj zjawiłeś. To nie twoja wina, że jej potrzebuję. Okej?

- Okej - Simon westchnął cicho. - Rye?

- Hm?

- Zabiłem cię.

- Co? - Ryland zamrugał. - O czym ty mówisz?

- Dostałem tej migreny, bo czytałem tę francuską powieść i... - Simon pomasował palcami skronie. - Zasnąłem z nudów, tak sądzę. Poza tym, litery mi tańczyły, zlewały się w jedno, miałem mroczki przed oczami i czytanie było kurewsko trudne.

- Simon.

- Cholernie trudne?

- Nadal nie.

- Jak nie użyję bluzgu, to nie zobrazuję ci tego, jak trudne to było - stwierdził Simon.

- Załapałem - powiedział Ryland stanowczo. - Możemy wrócić do twojego koszmaru?

- Wolałbym nie.

- Sam zacząłeś temat.

- No dobrze... - mruknął Simon. - Mówiłem ci, że nawadnialiśmy Ostatnie Drzewo krwią, prawda?

- Coś wspominałeś - przyznał Ryland.

- Jak zbyt długo nikt nie umarł, musieliśmy improwizować - kontynuował Simon. - A tak dokładniej, składaliśmy ofiarę.

- Z ludzi?

- Ze zbędnych ludzi - sprecyzował Simon. - Z takich, z których nie było pożytku. Z niepełnosprawnych, chorych, upośledzonych... Albo z takich, którzy sprzeciwiali się zasadom panującym na Eden. A jedną z nich było to, że musiałeś mieć dzieci, albo przynajmniej próbować je robić.

- Miałeś dzieci? - spytał Ryland.

- Moim zadaniem było odbieranie życia, nie dawanie go - odparł Simon. - Podejrzewam, że mogłem zapłodnić kilka kobiet, ale tego nigdy się nie dowiem. Wyrąbało mnie w przeszłość albo do innego wymiaru. Nie mam pojęcia, jak wrócić i nie chcę. Nie mam ochoty myśleć o tym, czy gdzieś tam w innej linii czasowej któryś z tych dzieciaków mających azjatyckie rysy twarzy jest mój.

- A co, jak ktoś nie mógł mieć dzieci? Chyba mi nie powiesz, że bezpłodni też kończyli jako nawóz - Ryland wyglądał na coraz bardziej przerażonego.

- A jak myślisz, Rye? Oczywiście, że tak - Simon zacisnął mocniej powieki.

Włosy Rylanda sklejone jego własną krwią zalśniły w jego umyśle.

- Wspominałeś kiedyś, że jednopłciowe pary też nie były mile widziane - zaczął Ryland. - Czyli jak ktoś nie chciał być w związku tak w ogóle, to też źle?

- Nawet jeszcze gorzej - stwierdził Simon. - Jak miałeś "brudne myśli", to dopóki grzmociłeś przy okazji kobiety, to wszystko było w porządku. Ale jak nawet tego nie robiłeś, to przyprowadzali cię do mnie.

- I co, zrobili to w tym koszmarze? - spytał Ryland, siadając na łóżku.

Simon otworzył oczy. Włosy Rylanda były w normalnym kolorze. Jedynie trochę mokre od wody.

Pewnie wykąpał się po posprzątaniu tego bałaganu, który Simon narobił.

- Sam przyszedłeś - Simon podciągnął się nieco i usiadł. - Rozmawialiśmy. Mówiłem ci, że często mi się śni, że wychowywaliśmy się razem na Eden, prawda?

- Mówiłeś - Ryland objął go ramieniem i przysunął do siebie. - Tutaj też byliśmy przyjaciółmi z dzieciństwa?

- Tak - przyznał Simon. - Czasem zastanawiam się, czy może naprawdę miałem przyjaciela, który był do ciebie podobny i moja podświadomość projektuje twój obraz na niego.

- I co dalej?

- Zjawił się Ojciec, zdjął ci okulary, nazwał zbędnym i kazał mi cię zabić - oznajmił Simon. - Moi bracia cię rozebrali. Klęczałeś na podłodze nagi i bezbronny. A ja...

- Mogłeś tylko patrzeć?

- Nie. Wykonałem polecenie - odparł Simon. - Zaciągnąłem cię do tego cholernego drzewa, przeciąłem pierdoloną tętnicę udową i pozwoliłem ci się wykrwawić jak jebanemu jagnięciu złożonemu w ofierze.

Ryland zamarł. Nawet nie miał siły zwracać Simonowi uwagi. Nie po tym, co usłyszał.

- Płakałeś, Rye - Simon zacisnął palce na jego udzie. - Zraniłem cię tutaj, właśnie w tym miejscu, mimo, że szlochałeś, że usiłowałeś mi się wyrwać i że błagałeś mnie, bym tego nie robił. Używałeś praktycznie tych samych słów, co mówiąc do tej rudej zdziry. Tylko tym razem to ja byłem twoim mordercą, nie ona.

- Nie zabiła mnie - Ryland złapał Simona za rękę i rozwarł jego palce. - Ty też nie. Nie panujesz nad tym, co podsuwa ci twoja podświadomość.

- Ale ona...

- Miała do wyboru jednego tchórzliwego nauczyciela fizyki i całą ludzkość. To nawet nie jest dylemat wagonika, Simon. Tu nie ma się nad czym zastanawiać - Ryland zdjął okulary i potarł oczy palcami. - Minęło dla mnie czterdzieści lat, odkąd Stratt wysłała Hail Mary ze mną w środku w stronę Tau Ceti. Ona sama pewnie już nawet nie żyje. Daj jej duszy odetchnąć.

- Wierzysz w dusze?

- Ona wierzyła - odparł Ryland i pocałował jego dłoń. - Poza tym, mieszkam na obcej planecie z człowiekiem potrafiącym za pomocą zmutowanej krwi modyfikować DNA roślin i tworzyć pnącza, którymi łapie rzeczy jak Spider-man, a moim najlepszym przyjacielem jest kamienny kosmita z pięcioma nogami i dwoma układami krwionośnymi, który je odbytem. Koncept duszy jest dla mnie na ten moment najmniej dziwną teorią, która mogłaby okazać się prawdą.

- Coś w tym jest - stwierdził Simon. - Zwłaszcza, że czym innym był ten byt, który spotkałem, jak nie ofiarami AT-5 zespolonymi w jedno?

- Dokładnie - Ryland przeczesał palcami kosmyki jego włosów. - Lepiej ci?

- Trochę - mruknął Simon. - Chociaż nadal ciężko mi się oddycha i mam zesztywniały kark.

- Mogę cię pomasować, jak coś - zaproponował Ryland.

- Pomasować?

- Nie patrz tak na mnie, Simon. Zwymiotowałeś cztery razy.

- Cztery? Pamiętam trzy.

- Pokolorowałeś mi kapcie.

- ...przepraszam.

- Nic się nie stało - Ryland pogłaskał go po głowie. - Dasz radę iść do łazienki? Dobrze by było, żebyś umył zęby.

- Nie wydaje mi się, żebym miał na to siłę - stwierdził Simon.

- A przed chwilą byłeś chętny, żeby jednak spróbować spłodzić te dzieci - Ryland uśmiechnął się lekko złośliwie.

- To już chyba prędzej ty mi. Z moimi mutacjami nigdy nic nie wiadomo.

- Nie załapałeś żartu?

- Nie, po prostu to mało prawdopodobne z twoim idealnym ciałem.

- Nie mam idealnego ciała.

- Racja, masz poparzoną całą lewą rękę i odcisk dłoni swojej bratniej duszy na prawej.

- Wiesz, że nie o tym mówię.

- A ja mówię dokładnie o tym.

- Czyli przynajmniej humor ci wrócił - Ryland odsunął Simona od siebie i złapał swoją laskę. - Pójdę po miskę i szklankę z wodą, żebyś mógł umyć te zęby. Poczujesz się lepiej.

- Rye?

Ryland odwrócił się w jego stronę.

- Dziękuję - szepnął Simon.

Ryland tylko się do niego uśmiechnął i wyszedł z pokoju.

Ale kiedy wrócił, Simon już spał. Jego czarne loki z wciąż jednym siwym pasemkiem rozsypały się na poduszce.

Poduszce Rylanda.

Ryland postawił miskę obok łóżka, a szczoteczkę i szklankę z wodą na szafce nocnej.

Skoro Simon śpi i jest już bezpieczny, to on może skorzystać z okazji i położyć się spać później niż zwykle.

Miał zdecydowanie zbyt dużo eksperymentów do przeprowadzenia.

Nawet jeśli okłamał Simona i tak naprawdę mieli o wiele więcej lat, niż mu przed chwilą powiedział.

I prawdopodobnie jeszcze dwie setki przed sobą.

Chwała bezpłatnej opiece zdrowotnej na Erid.

The end

środa, 2 września 2026

Sandy-golden Lamb Laying Under the Tree I

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język + w tej części pojawia się dość turpistyczna, nieco obrzydliwa scena, więc lepiej odłóżcie wszelkie napoje i pokarmy + koszmar, który jest brutalny w kij

Notka autorska: Nawet mi się nie chce nic pisać, powiem tylko, że to Kann wymyśliła ten ból głowy, nie ja. XD



Simon pielęgnował Ostatnie Drzewo, kiedy usłyszał za sobą kroki. Odwrócił się i zobaczył Rylanda, który spokojnie podszedł do niego i położył mu dłoń na ramieniu.

- Denerwujesz się? - spytał cicho.

- Całą tą akcją przeciwko Filament Station? - Simon zacisnął palce na swoim naszyjniku. - Oczywiście, że tak. Zwłaszcza, że przestało mi się to podobać.

- Podobać? - powtórzył Ryland. - Simon, potrzebujemy jedzenia. Musimy to zrobić. Nie mamy innego wyboru.

- I tak w głębi duszy panikujesz - stwierdził Simon.

- Żeby jeszcze tacy jak my mieli dusze - mruknął Ryland. - Ale przynajmniej prawie nie płaczę, bo naszły mnie nagłe wątpliwości.

- I kto to mówi? - Simon trącił go w ramię. - Od dzieciaka tylko chlipiesz po kątach. Pamiętasz, jak Ojciec cię zawsze za to ganił podczas treningów?

- Żeby tylko na tym się skończyło - Ryland położył drugą dłoń na Ostatnim Drzewie. - Ono umiera, prawda?

- Dokładnie tak, moje dzieci - usłyszeli za sobą głos Ojca i odwrócili się jednocześnie. - Czas je napoić, Simon.

- Oczywiście, Ojcze - Simon pokłonił się przed nim. - Pokaż mi tylko tego, który zgrzeszył, a ja zakończę jego marny żywot.

Ojciec powoli podszedł do Rylanda i położył mu dłoń na ramieniu, powtarzając jego gest sprzed kilku minut.

- Masz brudne myśli, prawda, Rylandzie? - spytał szorstko, mierząc go wzrokiem.

- To tylko fantazja, Ojcze - stwierdził Ryland. - Na tym wszystko się kończy. Nic więcej się nie wydarzyło.

- Ale może - stwierdził Ojciec, zdejmując mu okulary. - Poza tym, wciąż nie masz dzieci. Co z ciebie za pożytek, mój synu?

- Ojcze? - Simon podszedł do Rylanda i nieco zasłonił go ręką. - O czym ty mówisz?

- O nim - Ojciec podał mu rytualny sztylet. - Rozbierz go najpierw, materiał nie może się zmarnować.

- Nie - Ryland pokręcił głową. - Ojcze, dlaczego akurat ja?

- Bo jesteś zbędny - odparł Ojciec. - Zbyt emocjonalny, zbyt tchórzliwy, zbyt dziecinny.

- Simon? - Ryland zwrócił się do niego. - Simon, proszę.

- Rób, co do ciebie należy, Rzeźniku - stwierdził Ojciec.

- Nie zgadzam się! - Ryland cofnął się o krok i zaczął uciekać, ale bracia Simona zastawili mu drogę. - Simon!

Simon stał jak wryty, trzymając sztylet w dłoni. Nie mógł się ruszyć nawet wtedy, kiedy jego bracia zerwali z Rylanda ubrania i zostawili go nagiego i skulonego na podłodze.

Podszedł do niego i złapał go za ramię. Próbował to zrobić delikatnie, ale musiał go przytrzymać, kiedy ten zaczął się wyrywać.

- Zostaw mnie! Puść! Nie rób tego, proszę! - Ryland usiłował go odepchnąć, ale Simon był silniejszy.

- Rye.

- Nie chcę umierać! - Ryland przytulił się do jego przedramienia i zaczął szlochać. - Nie morduj mnie, Simon!

- Przepraszam - szepnął Simon, przecinając jego tętnicę udową precyzyjnym ruchem.

Teoretycznie mógł mu poderżnąć gardło, ale nigdy nie lubił tego robić. Uważał to za zbyt niehumanitarne.

Jeżeli cokolwiek na Eden kiedykolwiek takie było.

- Simon - Ryland spojrzał na niego, puszczając go i usiłując zatamować krwawienie. Skulił się pod drzewem i nadal płakał, aż w końcu opadł z sił i osunął się na ziemię.

Krew zabarwiła jego włosy w kolorze skąpanego w słońcu żyta. Simon widział to zboże w starych książkach dostępnych na Eden. Tylko tam takie cuda były dla resztki ludzkości dostępne.

Tymczasem nie tylko te złocisto-piaskowe kosmyki pokryły się krwią.

Wszystko zatonęło we krwi.

Dosłownie wszystko.

Było jej zdecydowanie za dużo jak na jednego człowieka.

- Adrian nie może uwierzyć, że Simon naprawdę to zrobił, stwierdzenie!

- Rocky wiedział, że nie powinien był Simonowi ufać, stwierdzenie!

- Wujek Simon zły, zły, zły!

I wtedy usłyszał huk.

...i to go obudziło.

Usiadł gwałtownie i wbił wzrok w grubą książkę, której strony nadal powoli się zamykały.

Rozejrzał się z trudem, bo przed oczami migotały mu kolorowe plamki. Siedział na kanapie, przykryty swetrem Rylanda i definitywnie coś musiał czytać, skoro to wielkie tomiszcze obudziło go, spadając na podłogę.

Nie pamiętał, co to dokładnie było. Coś o zbiegłym kryminaliście, próbującym zmienić swoje życie.

Ach, tak.

Chciał to przeczytać, bo główny bohater skojarzył mu się z nim.

Położył dłoń na czole i przymknął oczy.

Niemiłosiernie bolała go głowa. Nie zdziwiło go to wcale, bo często miał tak po obudzeniu się z koszmaru, ale to był jeden z tych przypadków, kiedy zastanawiał się, czy ten jego pusty łeb po prostu w końcu eksploduje.

Usiadł powoli, czując takie zawroty głowy, że o mało co nie zwrócił śniadania. Schylił się po książkę i to był ogromny błąd.

Ból zaćmił go do tego stopnia, że spadł z tej jebanej kanapy, a ten nagły wstrząs spowodował to, przed czym się powstrzymał chwilę wcześniej.

Cóż, nie doczyta już tej książki, bo właśnie dokładnie ją zarzygał.

- Kurwa mać - warknął, opierając się na rękach.

I wtedy przypomniał sobie, co dokładnie mu się śniło.

Co poskutkowało tym, że zwymiotował ponownie.

Podniósł się powoli, starając się nie wykonywać zbyt gwałtownych ruchów.

Ryland na Eden, Ryland w SM-13, Ryland tonący w morzu krwi na AT-5, Ryland umierający w jego ramionach, przez niego, za niego...

Norma.

Ale żeby własnoręcznie go zabił?

Tego jeszcze nie było. W końcu jakaś nowość w repertuarze kina "Zjebana Podświadomość Simona Rzeźnika". Fantastycznie.

Nagle zdał sobie sprawę, że to, co Ryland do niego mówił, było praktycznie kalką jego ostatnich słów do tej suki Stratt.

Jak wiele razy Simon to słyszał, że aż tak wryło się to w jego zryty beret?

- Za dużo - mruknął, a dźwięk jego słabego głosu aż go wystraszył.

Ryland miał koszmary częściej. Te Simona były intensywniejsze.

Gdyby ktoś go spytał, wolałby na odwrót. Nie dlatego, że preferowałby nie kopać wszystkiego wokół podczas snu albo budzić się sparaliżowanym ze strachu albo z migreną albo i wszystko naraz.

Po prostu nie mógł słuchać tego rozdzierającego jego serce na kawałki szlochu Rylanda, kiedy błagał, by nie pakowali go na ten pierdolony statek kosmiczny.

A teraz to on był tym, który odebrał mu życie. Co prawda tylko w koszmarze, ale to było tak realistyczne, jakby rzeczywiście się stało.

Bo właściwie tak było. Tylko jego ofiarą nie był Ryland.

Ale ile gejów i aseksualnych osób oddał Ostatniemu Drzewu, bo nie mieli ochoty płodzić dzieci?

- Za dużo - powtórzył Simon, kiedy dotarł w końcu do łazienki.

Wiedział, że musi iść posprzątać, ale jedyne, co osiągnął, kiedy schylił się po szmatę do podłogi, było to, że narobił jeszcze więcej bałaganu.

- Później - mruknął, opierając się o zimne kafelki. - Później...

Przymknął oczy. Nie wiedział, czy zemdlał, czy tylko zasnął, ale nic więcej od tego momentu nie pamięta.

poniedziałek, 24 sierpnia 2026

The only source of light in the total darkness IV

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język

Notka autorska: Gratulacje, Bloody Mary, przeżyliście kolejnego mojego fika! Nie martwcie się, może kiedyś uda wam się zejść z eridowego świata. XD



Drzwi zamknęły się za Simonem nieco zbyt gwałtownie. Usiadł na podłodze, kiedy nogi się pod nim ugięły.

Łzy popłynęły w końcu po jego policzkach. Na pierdolone Ostatnie Drzewo, co to, kurwa, miało być? Nie mógł go stracić. Nie jego. Nie tak, jak wszystkich.

Musi się uspokoić, zanim tam wróci. Musi zapomnieć o tym, co widział. Musi wybaczyć Rylandowi, że go tak nastraszył.

Podniósł się powoli, opierając się o drzwi, kiedy te się otworzyły. Stracił równowagę i wpadł w ramiona Rylanda, który go złapał.

- Też jesteś głupi - stwierdził Ryland, opierając brodę o jego ramię.

- Miałeś leżeć.

- Jak mi płaczesz za drzwiami? Zapomnij.

- Wydawało mi się, że…

- Nie było cię słychać, jeśli o to pytasz - przerwał mu Ryland, ocierając mu łzy z policzka. - I o to chodzi. Nie ruszyłeś się z miejsca. Wiedziałem, dlaczego zwlekasz. Znam cię.

- W to nie wątpię.

- Cieszy mnie to.

- Jak twoja noga?

- I tak chodzę o lasce. Przeżyję to jakoś.

- Chcesz się wykąpać?

- Jak już wstałem, to by wypadało.

- Zanieść cię?

- I tak to zrobisz.

Simon odwrócił się i wziął Rylanda na ręce. Spojrzał na niego. Wyglądał o wiele lepiej. Wróciły mu kolory. Oczy nadal były trochę zaszklone, ale przestały być takim oceanem rozpaczy i strachu.

Poza tym, uśmiechał się. Nawet jeśli nieco słabo, to nadal do niego.

Eridianie znaleźli sposób na to, by mogli starzeć się wolniej. Na razie działał. Kiedyś jednak będą musieli się pożegnać.

I kiedy Simon zasypiał w ramionach Rylanda jakiś czas później, pomyślał, że jeśli te błękitne oczy mają przestać kiedykolwiek na niego patrzeć, to już woli umrzeć jako pierwszy.

Nieważne, w jak odległej przyszłości by to miało być.

* * *

- Adrian?

Adrian odwrócił się w stronę Rocky'ego, przerywając na chwilę pielęgnację pomidorów rosnących w ksenonitowej donicy.

- Tak, moja miłości?

- Musimy zamontować więcej czujek alarmujących o braku prądu - stwierdził Rocky.

- To na pewno - Adrian przyznał mu rację. - Grace dostał przez to wszystko ataku i skręcił sobie kostkę. Jak znowu prąd siądzie, to jeszcze nam zejdzie na zawał albo dostanie innej zapaści.

- Co takiego?! - Rocky upuścił zabawkę, którą bawił się z Gracie.

- Twój zwierzak jest niezdarą i uszkadza sobie nogi.

- Ja mówię o tym ataku! - krzyknął Rocky.

- Ach, to? - zrozumiał Adrian. - Grace został wręcz siłą przywleczony przez Simona do lekarzy. Gregory i Stephen twierdzą, że ma niedobór którejś witaminy i to dlatego, ale jak dla mnie to ma podłoże czysto psychologiczne.

- Nie wytrzymam z tymi ludźmi... - Rocky zatupał kilka razy i usiadł.

- A Gracie też może mieć zwierzaka? - spytało ich dziecko.

- Jak twój drugi rodzic znajdzie kolejnego kota ze wścieklizną w krwawej puszce, to tak - obiecał Rocky.

- Rocky - Adrian pacnął go w karapaks.

Rocky jedynie zachichotał.

The End

niedziela, 23 sierpnia 2026

The only source of light in the total darkness III

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język (i w tej części jest opisany tak silny atak paniki, że aż przybiera formę fizyczną)

Notka autorska: Fandom PHM musi przestać podsuwać mi angstowe pomysły. To naprawdę nie moja wina, widziałam to już u trzech autorek. I z góry przepraszam, jeśli palnęłam jakąś medyczną bzdurę, ale przysięgam, że zrobiłam dokładny risercz. Także tak.



Ryland nadal siedział na podłodze, tuląc nogi do siebie. Włosy przykleiły mu się do czoła i miał wrażenie, że trochę ciężko mu się oddychało.

Musiał się uspokoić. Simon na pewno bez problemu dotarł do Rocky'ego i o wszystkim go powiadomił. Jest bezpieczny i nic mu nie grozi. Im obu nic nie grozi. Całej ich czwórce nic nie grozi.

Zacisnął mocniej powieki. Dekadę spędził sam, z samymi Eridianami, posługując się głównie mieszanką nutek i angielskich słów. Aż dziwne, że nie zaczął świergotać jak Rocky, kiedy po raz pierwszy rozmawiał z Simonem.

No właśnie. Od tamtego czasu zapomniał już, jak to jest być jedynym człowiekiem na Erid. Nie pamiętał życia bez Simona. Czasem wydawało mu się to tylko snem.

Że ktoś go kochał. Że ktoś go rozumiał. Że ktoś go do niczego nie zmuszał. Że miał wybór, czy iść z kimś do łóżka, czy nie. Że ktoś był na każde jego zawołanie i nie marudził na wszystkie jego nawyki i ekscesy.

A co jeśli Simon naprawdę tylko mu się przyśnił? Co jeśli podświadomie tak mocno pragnął bliskości drugiego człowieka, że go sobie wymyślił? Co jeśli przez tę dekadę od obudzenia się ze śpiączki do momentu, kiedy Adrian znalazł tę łódź podwodną, tylko mu się wydawało, że nie potrzebuje ludzkiego dotyku do życia?

Co jeśli...

Ryland spojrzał na sufit, kiedy żarówka zamrugała i światło rozlało się po pomieszczeniu. Westchnął z ulgą i powoli ściągnął skafander.

Jednak to pytanie pozostało w jego głowie.

Co jeśli?

- Uspokój się - mruknął do siebie, ale palce jego lewej dłoni zaczęły lekko drżeć. - Nic się nie dzieje, Rylandzie. Oddychaj.

Ale nie mógł nabrać powietrza w płuca. Nie mógł ich napełnić. Oddychał płytko, licząc powoli do dziesięciu.

Nagle zdał sobie sprawę, że parę razy już się tak czuł. Ostatnio kilka lat wcześniej, jak Simon zasiał trawę w ich ogrodzie. Ale wtedy bardziej utknął we wspomnieniu, najgorszym, jakie miał.  Eridianie przyjęli pod swój dach, ale ludzie go zdradzili. Na dokładkę był tchórzem i nieudacznikiem życiowym.

Simon go wtedy posadził i włączył mu się tryb ucieczki, potem tryb walki, aż w końcu przez cichą melodię nuconą przez jego ukochanego wrócił do zmysłów. Ten atak był bardziej dysocjacyjny, niż fizyczny.

W przeciwieństwie do czasów, kiedy Simona jeszcze nie było. Kiedy dopiero co wyzdrowiał po wszystkich szkorbutach i innych beri-beri. Kiedy nadal nie wiedział, jak będzie wyglądała jego przyszłość i czy w ogóle jakaś dla niego istnieje.

Rocky był wtedy przerażony. Nie wiedział, co robić, ani co się dzieje. Ryland pamięta tylko trójpalczastą dłoń Adrian, gładzącą go po włosach.

Teraz już liczył do stu.

Gdzie Simon?

Gdzie Rocky?

Gdzie Adrian?

Cokolwiek się stało, naprawili to. Naprawili to i wszystko jest już w porządku. Simon zaraz wróci i będzie mógł... Będą mogli...

Mogli...

Mógł czy mogli?

Jest tu sam, czy ktoś tu jeszcze jest?

Gdzie Simon?

Gdzie Rocky?

Gdzie Adrian?

Miał mroczki przed oczami i mętlik w głowie.

Palce jego prawej dłoni też już drżały.

Drzwi skrzypnęły, kiedy Simon je otworzył. Ryland spojrzał w tamtą stronę, czując, jak powoli traci panowanie nad ciałem.

- Rocky już się wszystkim zajął - oznajmił Simon, kładąc skafander na szafkę z butami. - Jak twoja noga?

Chciał odpowiedzieć, ale nie mógł. Kolory przestały być realistyczne.

Wszystko przestało być realne.

- Ryland? Co się stało?

Ciemno.

Jasno.

Ciemno.

Jasno.

Ciemno.

Jasno.

- Rye, słyszysz mnie w ogóle?

Nie słyszał. W tym momencie osunął się na podłogę zdecydowanie zbyt gwałtownie, próbując złapać oddech.

- Ryland! - Simon podbiegł do niego i powstrzymał go przed upadkiem. - Rye, co ci...

Przerwał nagle, kiedy poczuł, jak bardzo Ryland drży. Właściwie to było za mało powiedziane. On miał drgawki. Wręcz epileptyczne. Widział coś takiego na Eden. Takie osoby stawały się zazwyczaj pożywką dla Ostatniego Drzewa.

Ale cokolwiek Rylandowi było, wyglądało to na o wiele łagodniejszą wersję tej przypadłości.

I zdecydowanie nie mógł oddychać normalnie.

- Kurwa pierdolona jego mać - warknął Simon, kładąc Rylanda na podłodze. - Rye, spójrz na mnie! Ryland!

Simon spojrzał w jego oczy. Były otwarte, ale wzrok miał nieobecny.

To już się kiedyś stało. Wtedy, kiedy Simon nieopatrznie zasiał trawę w ogrodzie.

Tylko wtedy Ryland się tak nie trząsł.

Simon przytulił go do siebie, przytrzymując mu głowę. Jego ciało było zupełnie bezwładne. Jakby nie miał kości.

Simon zacisnął powieki. Łzy cisnęły mu się do oczu.

Musi sam się uspokoić, jeśli chce pomóc Rylandowi. Co z tego, że czuł się tak, jakby życie uciekało mu przez palce?

Tyle, że nie jego własne.

- Rye, ocknij się - Simon objął jego nogi i podniósł go. - Rye, gdziekolwiek jesteś, wróć do mnie. Wszystko jest już w porządku, jesteś bezpieczny.

Sam w to nie wierzył, ale wiedział, że właśnie takie rzeczy musiał mówić. Po pierwsze, żeby opanować sytuację. Po drugie, żeby samemu nie zwariować. Po trzecie, kiedy Ryland go w taki sposób uspokajał, to zazwyczaj pomagało.

Zabrał go do sypialni i położył na łóżku. Drżenie kończyn nie ustępowało. Oddech wciąż był nierówny, a wzrok pusty.

- Rye? - Simon położył mu dłoń na brzuchu. - Oddychaj. Ja wiem, że to trudne, ale musisz spróbować. Słyszysz mnie? Wdech i wydech. Powoli. Wsłuchaj się w mój głos. Rocky już naprawił cokolwiek, co się zepsuło. Nie musimy już się bać. Obaj jesteśmy bezpieczni.

Ryland zacisnął palce na kołdrze. To już był jakiś postęp. Zaczął przynajmniej reagować w jakikolwiek sposób na otoczenie.

Simon położył się obok niego i odgarnął mu włosy z twarzy.

- Oddychaj, Rye - szepnął. - Musisz postarać się wrócić, bo nie mam pojęcia, dokąd ode mnie uciekłeś.

Zaczął znowu nucić melodię tej piosenki o mieście gwiazd, gładząc Rylanda prawą dłonią po włosach i lewą starając się nieco na siłę regulować jego oddech. Może to nie było zbyt delikatne rozwiązanie, ale chociaż pomagało.

W końcu po kilku minutach, które wydawały mu się wiecznością, poczuł na sobie czyjś wzrok. Drżenie kończyn powoli ustało. Tylko oddech pozostał nierówny.

- Rye? - Simon spojrzał na niego.

Ryland uśmiechnął się słabo i powoli położył swoją dłoń na jego. Simon uśmiechnął się niemrawo.

- Jesteś tu? - spytał, patrząc Rylandowi w oczy, ale nie uzyskał werbalnej odpowiedzi, jedynie przesunięcie palcem po dłoni.

Simon kiwnął głową i przytulił się do jego ramienia. Przymknął oczy, zastanawiając się, co niby Ryland komuś zrobił, że wiecznie coś mu się dzieje.

Wszechświat ma zdecydowanie zjebane poczucie humoru.

- Simon?

Podniósł wzrok na Rylanda.

- Hm?

- Jestem tu - powiedział Ryland słabym głosem. - Nie musisz się już martwić...

- Tego nie byłbym taki pewien - stwierdził Simon, łapiąc go za ramiona i sadzając ostrożnie na łóżku. - Mogę zadać ci jedno zasadnicze pytanie?

- Chyba tak...

- Okej - Simon uśmiechnął się sztucznie i spoważniał. - CO TO, KURWA, BYŁO?!

- Au, au, au, moje bębenki - Ryland nieporadnie zasłonił sobie uszy. - Możesz nie krzyczeć? Nadal kołuje mi się w głowie...

- Łatwo ci mówić - stwierdził Simon łamiącym się głosem. - Myślałem, że cię straciłem. Że mi tu zaraz umrzesz i już nigdy... Naprawdę, Rye, co to, kurwa, było?

- Psychogenny napad rzekomopadaczkowy?

- A możesz po angielsku?

- Coś pomiędzy atakiem paniki i epilepsją.

- Pojebie mnie, od kiedy takie rzeczy ci się niby przytrafiają?

- Odkąd prawie umarłem z głodu, zanim Eridianie zrobili mi szejki witaminowe - odparł Ryland. - W sensie, wtedy zdarzało mi się to często, bo moja psychika trzymała się na włosku.

- Czemu nic nie powiedziałeś?

- Bo od dwudziestu lat nie miałem aż tak silnego epizodu - Ryland westchnął, masując skronie palcami. - Poza tym jednym razem na trawie...

- To też serio było to?!

- Tak, ale wtedy szybciej się ocknąłem i fizycznie nic mi wtedy nie było - Ryland westchnął ciężko. - Nadal mam problem z oddychaniem...

- Przepraszam, za szybko kazałem ci wszystko wyjaśniać - mruknął Simon. - Po prostu... Nie strasz mnie tak więcej. Nie mogę... Nie mogę nawet myśleć o tym, co by było, gdybyś...

Simon przymknął oczy i zacisnął dłonie w pięści.

- Simon?

- Nie możesz. Nie pozwalam ci - warknął Simon, łapiąc go za koszulę. - Zabraniam ci umierać, Ryland. Nigdzie nie wybieraj się beze mnie, zrozumiałeś?

- Mhm - Ryland objął go ramieniem. - Przepraszam, że cię wystraszyłem.

- Powinieneś mówić mi o takich rzeczach - stwierdził Simon. - Nawet, jeśli nie zdarzało ci się to od lat.

- Nie chciałem cię martwić.

- To ci się, kurwa, nie udało.

- Przepraszam - Ryland przymknął oczy i wtulił twarz w jego włosy.

- To normalne, że ci teraz serce tak wali? - spytał Simon.

- Tak.

- Żebyś mi tu zawału nie dostał.

- Nie powinienem.

- To nie brzmi dobrze, Ryland!

- Dzisiaj mnie już nic nie zdziwi.

- Głupi jesteś.

- Być może.

Simon westchnął i pogłaskał go po plecach.

- Ale oddychasz już prawie normalnie.

- Przynajmniej tyle.

- Będziesz mnie dalej tak straszył?

- Postaram się nie.

- To nadal nie brzmi dobrze - stwierdził Simon. - Powinieneś się chociaż zdrzemnąć.

- Nie lubię spać w ubraniach.

- Mam cię przebrać?

- Sam się przebiorę.

- Jasne. Po ataku pseudo padaczki czy chuj wie czego i ze skręconą kostką. Już to widzę - prychnął Simon, wstając. - Leż tu, zaraz wrócę.

- Na pewno? - Ryland spojrzał na niego zmęczonym wzrokiem.

Simon przeczesał mu włosy palcami.

- Wezmę tylko twoją piżamę, Rye. Nie panikuj - powiedział spokojnie i wyszedł z sypialni.

sobota, 22 sierpnia 2026

The only source of light in the total darkness II

 Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język

Notka autorska: Próbuję pamiętać o tym, żeby to dodawać, ale mam gościa i zapominam. Btw, właśnie obejrzałam PHM po raz czwarty. XD





- Gdzie właściwie zastała cię ta awaria? - spytał Simon, idąc w stronę ich domu.

- Niedaleko od miejsca, w którym mnie znalazłeś - przyznał Ryland. - Próbowałem zrobić kilka kroków, jak już przestałem panikować, ale tylko sturlałem się ze wzgórza i chyba nadwyrężyłem kostkę.

- Zrobiłeś co?!

- Trochę mnie boli, jak nią ruszam...

- Skręciłeś sobie kostkę?

- Nadwyrężyłem. Poboli i przestanie.

- Ryland.

- No dobra, skręciłem. Boli nawet, jak nią nie ruszam.

- I ty chciałeś iść sam?

- Adrenalina?

- Nie wytrzymam z tobą - Simon westchnął ciężko. - Ale to wyjaśnia, czemu się skrzywiłeś, jak ci zakładałem skafander na jedną nogę.

- Aż tak dobrze widzisz w tej całkowitej ciemności?

- Nadal mnie tylko słyszysz?

- Tak?

- To nie napawa mnie optymizmem - mruknął Simon, otwierając drzwi.

Blady blask zielonego wyświetlacza zegarka na baterie nadal był jedynym źródłem światła.

- Zostawię cię tutaj, może będziesz mógł cokolwiek zobaczyć - Simon posadził Rylanda na krześle i poszedł do piwnicy.

Ryland westchnął ciężko i spojrzał na godzinę. Zieleń cyfr nieco podrażniła jego oczy, zanim znowu przyzwyczaił się do faktu, że widzi cokolwiek.

Minęło z kilkadziesiąt minut, odkąd zaczęła się ta awaria, a on i tak czuł się, jakby przynajmniej trwało to kilka godzin.

I oczywiście musiał się uszkodzić, bo jakaś siła wyższa ewidentnie czerpała z tego co najmniej niezdrową satysfakcję.

- Rye, mamy problem - oznajmił Simon, wracając do pokoju. - Nie mogę znaleźć tych butli.

- Jak to "nie możesz"? - Ryland zmarszczył brwi.

- Nie ma ich. Były w kącie piwnicy, ale ich tam nie ma - odpowiedział nerwowo Simon.

Ryland przymknął oczy i próbował sobie przypomnieć, co ostatnio robił w laboratorium z Rockym i Adrian.

Potrzebował tlenu do czegoś?

Nie, chyba nie.

Albo może...?

...

O nie.

- ...Simon, ja je chyba zabrałem do Hail Mary - powiedział cicho.

- Zrobiłeś co?!

- Ja potrzebowałem ich do mojego eksperymentu, Adrian do swojego i jakoś tak wyszło - wyjaśnił Ryland. - Zapomniałem ich stamtąd z powrotem przynieść, jak widać.

- Idę powiadomić Rocky'ego w takim razie, siedź tu - stwierdził Simon, ruszając w kierunku drzwi.

- Czekaj! - Ryland próbował wstać, ale jedynie się przewrócił, zapomniawszy, że jest w skafandrze i że ma skręconą kostkę.

Simon podbiegł do niego i pomógł mu usiąść.

- Co ty znowu wyprawiasz? - spytał Simon.

- Nie bądź na mnie zły - powiedział cicho Ryland. - Nie chcę, żeby ostatnie, co zobaczę przed ewentualnym zgonem, było twoje zirytowane spojrzenie.

- ...głupi jesteś - Simon przytknął swoje czoło do jego. - Kocham cię, okej? Nie gniewam się.

- Na pewno?

- Na pewno - Simon położył dłoń na policzku Rylanda, a ten przechylił nieco głowę, by przynajmniej mieć iluzję tego, że ich ciała się dotknęły.

Jak w przypadku jego jakiegokolwiek kontaktu z Rockym...

- Idę - oznajmił Simon, wstając. - Nie uduś się tutaj.

Ryland zaśmiał się krótko, przymykając oczy. Jeśli miał jakkolwiek zapamiętać Simona, to właśnie w taki sposób.

* * *

Simon dobiegł do bariery i odkrył, że Rocky już tam był i coś majstrował przy jednym z mechanizmów.

- Grace w porządku, pytanie? - spytał Rocky, przerywając pracę na chwilę.

- Uszkodził sobie nogę, ale żyje, jeśli o to pytasz - odparł Simon z ulgą w głosie. - Zapomnieliście przynieść butle z tlenem z powrotem do naszego domu, matoły.

- Rocky nic o tym nie wie. Rocky spyta o to Adrian, stwierdzenie - Rocky wrócił do pracy przy urządzeniu.

- Niech ci będzie - stwierdził Simon i chciał machnąć ręką, ale ksenonit mu to nieco utrudnił. - Czyli macie to już pod kontrolą, tak?

- Tak, tak, tak - przyznał Rocky. - Simon zaopiekuje się Grace i jego nogą, pytanie?

- Możesz zostawić to w moich rękach, zwłaszcza w tej, którą sam zrobiłeś - obiecał Simon.

- Rocky nie zrobił ręki Simona sam, Adrian stworzył cały projekt - poprawił go Rocky.

- Szczegóły - Simon uśmiechnął się do niego i wtedy światło wróciło. - O, super, nie będę teraz jedynym, który cokolwiek widzi.

- Co Simon ma na myśli, pytanie?

- Wyszło na to, że widzę w ciemnościach przez mutacje - odparł Simon. - Z jednej strony to dobrze, ale...

Simon westchnął ciężko i spojrzał na swoją lewą rękę.

- Simon przejmuje się, że nie jest człowiekiem, pytanie?

Simon podniósł na niego wzrok.

- Rocky myślał, że Grace wyjaśnił Simonowi dawno temu, że Simon jest człowiekiem, stwierdzenie - mruknął Rocky. - Simon głupi, stwierdzenie. Kiedy ostatnio Simon spał, pytanie?

- Nie jestem Rylandem, umiem zapanować nad swoim trybem snu - stwierdził Simon. - Ale dzięki, stary. Ty na pewno jesteś bardziej obiektywny niż Ryland i Adrian.

- Tak, tak, tak. A teraz niech Simon już idzie, Rocky musi jeszcze parę rzeczy sprawdzić - Rocky odpędził go od bariery.

Simon uśmiechnął się i zdjął kombinezon, po czym ruszył w drogę powrotną do domu.

środa, 19 sierpnia 2026

The only source of light in the total darkness I

 Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język

Notka autorska: Witam serdelecznie! Zgadnijcie, co. W sumie i tak długą przerwę miałam, nie? XD




Simon siedział w ogrodzie i pielił grządki, kiedy nagle zgasły wszystkie światła. Odłożył łopatkę i rozejrzał się.

Było tak ciemno, że ostatni raz doświadczył czegoś takiego na Eden. Nawet w więzieniu strażnicy raczej prędzej postaraliby się torturować ich ostrym światłem, niż ciemnością. Także od jakichś trzydziestu lat, jeśli dobrze liczy, bo odkąd Eridianie znaleźli sposób na przedłużenie im życia, zaczął się już w tym wszystkim gubić, jego świat skąpany był w blasku żarówek.

Słońce ostatni raz widział, gdy miał niecały miesiąc i mama poszła z nim do pracy, bo nie miała go z kim zostawić.

I tylko dlatego oboje przeżyli Ciche Zniknięcie.

Simon westchnął i po omacku zaczął iść w stronę drzwi, orientując się przy okazji, że jego wzrok powoli zaczął przyzwyczajać się do zmiany oświetlenia, a raczej jego braku. A nawet zaryzykowałby stwierdzenie, że jego oczy zdecydowanie zbyt dobrze widziały.

...

- Kolejna mutacja, co? - mruknął do siebie, chwytając klamkę od drzwi do ogrodu.

Wszedł do środka, uważając, by nie potknąć się o próg. Zdjął rękawiczki i odłożył je na stół.

Jedynym źródłem światła w całym domu był zegarek na baterie stojący na szafce. Jego bladozielony blask wyglądał w tych egipskich ciemnościach wręcz niepokojąco.

Simon podszedł do lodówki i otworzył ją, odkrywając, że ona również nie działa. Zaczął się zastanawiać, jak długo zajmie Eridianom naprawa tej awarii. Będą musieli zjeść jak najwięcej rzeczy, albo oddać je Adrian i Rocky'emu. Nie miał zamiaru wyrzucać czegokolwiek.

I kiedy otworzył słoiczek z sojowym jogurtem i już nawet zdążył zanurzyć w nim łyżeczkę, nagle coś do niego dotarło.

Odwrócił się gwałtownie w stronę zegarka. Nadal, mimo upływu tych wszystkich lat, miał mały problem z rozczytaniem liczb Eridian, dlatego dopiero teraz zorientował się, która była godzina.

Którąkolwiek ten szmelc na baterie wskazywał, Simon rozpoznał, że właśnie te znaki widział codziennie mniej więcej w momencie, kiedy Ryland wracał do domu. Więc albo siedzi teraz bezpiecznie ze swoimi uczniami, albo to zaciemnienie zastało go w drodze. W klasie pewnie ma jakąś latarkę, ale czy pamiętał, żeby ją ze sobą zabrać? Pomyślał w ogóle o możliwości, że coś takiego się stanie, jeśli nie zdarzyło się to... Według doświadczenia Simona, nigdy?

...

To Ryland. Oczywiście, że tego nie przewidział.

- Kurwa mać - warknął Simon, wrzucając słoik z nadjedzonym jogurtem sojowym do lodówki.

I wtedy dotarło do niego jeszcze coś bardziej przerażającego.

Lodówka nie działała.

Nie tylko światło zgasło.

Cały prąd szlag trafił.

Co oznacza, że...

- Kurwa! - Simon podbiegł do drzwi i otworzył je na oścież. - Ryland!

Biegł co sił w nogach, chociaż teoretycznie powinien oszczędzać tlen.

Bo dokładnie to im właśnie groziło. Skoro lodówka zgasła, to wysiadło wszystko. Łącznie z mechanizmami podtrzymującymi ich życie.

- Rye! - zawołał go raz jeszcze, rozglądając się wokół.

Muszą jak najszybciej powiadomić Rocky'ego. Ryland mówił, że gdzieś w domu są schowane kombinezony zrobione z ksenonitu.

Simon zatrzymał się gwałtownie. Powinien się cofnąć i je znaleźć. Ryland i tak go teraz nie usłyszy.

Jak pomyślał, tak zrobił. Pobiegł od razu do piwnicy i zaczął przekopywać wszystkie kartony, w dużej mierze wypełnione nietrafionymi prezentami od Adrian i Rocky'ego, których Ryland wstydził się oddać albo nawet przyznać, że mu się nie podobają.

W końcu znalazł pudło, w którym znajdowały się dwa ksenonitowe skafandry złożone w kostkę. Założył jeden, ale był tak niewygodny i poruszał się w nim tak wolno, że postanowił zrobić to dopiero, jak już znajdzie Rylanda. Wrzucił kombinezon z powrotem do pudła i wybiegł ponownie z domu.

Tym razem potknął się o ten cholerny próg.

- Ryland! - zawołał jeszcze raz, mając nadzieję, że ten w końcu go usłyszy.

Może powinien jednak biec w stronę bariery, żeby dać znać Rocky'emu, co się dzieje? Eridianie pewnie nawet nie zauważyli, że wszystko jebnęło! Przecież są ślepi!

Ale wtedy ryzykowałby życie Rylanda. Nie. Najpierw musi go znaleźć i wepchnąć go w ten cholerny skafander, a potem dopiero szukać pomocy.

- Rye! - spróbował raz jeszcze.

- Simon...?!

I prawie się przewrócił, gdy tylko usłyszał z oddali głos Rylanda.

Czyli miał, kurwa, rację. Ten matoł naprawdę akurat wracał do domu, bez latarki i teraz błądził po enklawie w ciemnościach!

- Siedź tam, gdzie jesteś, już idę! - zawołał Simon, biegnąc w stronę, z której usłyszał głos. - Tylko mów do mnie, będzie łatwiej!

- Co łatwiej?!

- Znaleźć cię!

- Czekaj, ty biegniesz?!

- Już cię widzę! - Simon zauważył rozmazaną sylwetkę Rylanda siedzącego na piasku.

Kiedy tylko się zbliżył, jego uwagę przykuło więcej niepokojących szczegółów. Ryland nie tyle siedział, co był skulony do pozycji embrionalnej. Oddychał bardzo płytko i zdecydowanie miał za wysoką temperaturę, co Simon poczuł, gdy złapał go za ramię.

- Rany Julek! - zawołał, odskakując od niego. - Simon?

- Tak, to ja - przyznał Simon. - Wszystko w porządku?

- Nic nie jest w porządku! - Ryland złapał go za koszulkę. - Mechanizmy podtrzymywania życia nie działają, światło zgasło, kompletnie nic nie widać!

- Twoje oczy nie przyzwyczaiły się jeszcze do ciemności? - zdziwił się Simon, zakładając skafander.

- Co? Jak niby by miały? Nie ma absolutnie ani jednego fotonu, o który mój wzrok mógłby się teraz zaczepić, żeby działać! - Ryland złapał się za włosy. - W pierwszym momencie myślałem, że nagle oślepłem, jeśli mam być szczery. Dopiero jak zaczęło się robić cieplej, to zrozumiałem, że jest jeszcze gorzej, niż podejrzewałem!

- Czekaj, to ty serio nic nie widzisz? - spytał Simon, zdając sobie sprawę, czemu Ryland nadal nie założył skafandra.

- ...a ty widzisz? - Ryland odwrócił się w jego stronę, ale rzeczywiście w ogóle na niego nie patrzył. - Jak?

- Pewnie mutacja - Simon wzruszył ramionami. - Czekaj, pomogę ci wcisnąć się w ten ksenonitowy szajs.

- Ksenon... Zabrałeś skafandry? - spytał Ryland, szeroko otwierając oczy.

- Pomyślałem, że zanim Eridianie coś wymyślą, musimy mieć jakąś ochronę - stwierdził Simon.

- A wziąłeś butle z tlenem?

- Już z pudłem było trudno się poruszać, aż tak dobrych latarek w oczach nie mam - odparł Simon, pomagając Rylandowi założyć skafander. - A ty powinieneś mieć swoją na wypadek, gdyby coś takiego stało się ponownie.

- Spróbuję pamiętać - Ryland westchnął ciężko. - Podasz mi laskę?

- Jesteś w stanie ją złapać w tym skafandrze?

- Wątpię, ale przecież nie będziesz mnie teraz... - Ryland krzyknął z przestrachu, kiedy Simon wziął go na ręce. - Simon, ja naprawdę mogę iść sam.

- A potem będziesz marudził, że cię stawy bolą.

- Nie lubię być taki ubezwłasnowalniany...

- Wiem, ale musimy się dostać do butli tlenowych, a to i tak nam trochę zajmie w tym szajsie.

- Niech ci będzie - Ryland próbował jakkolwiek wtulić się w Simona, żeby poczuć się lepiej, ale ksenonit dostatecznie blokował jakiekolwiek subtelniejsze ruchy.

I tyle z korzyści bycia naukowcem rasy noszonej...

środa, 29 lipca 2026

More Important than Something as Trivial as Breathing III

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język

Notka autorska: Ostatnia część. Chyba nie przetyrałam psychicznie Simona aż tak nawet w "Stars, stubborness and stupidity". Co on ze mną ma...




Zamrugał.

Był cały mokry.

Ale żył.

Usiadł powoli, krztusząc się wodą.

Próbował sobie przypomnieć cokolwiek, co się stało.

I jedyne, co potrafił, to paraliżujące uczucie strachu, kiedy tylko znalazł się pod powierzchnią.

A potem...

Chwila.

...dłonie?

- Simon?

Odwrócił się gwałtownie, nadal usiłując pozbyć się wody z płuc.

Ryland siedział obok niego, tak samo mokry jak on, bez okularów i butów i ze zdecydowanie zbyt spanikowanym wyrazem twarzy.

- Rye? - szepnął i wtedy Ryland przytulił go bez zastanowienia.

Simon chciał coś powiedzieć, ale nie mógł się skupić na ułożeniu jakiegokolwiek sensownego zdania, kiedy usłyszał, jak nienaturalnie szybko biło serce jego ukochanego.

Przymknął oczy i wtulił się w jego ramiona. Ryland podniósł z ziemi swój sweter i okrył ich obu.

Siedzieli tak przez dłuższą chwilę, jedynie słuchając swoich nierównomiernych oddechów.

Aż w końcu Simon jako pierwszy przerwał ciszę.

- Chyba się podtopiłem - powiedział odkrywczo.

- Tylko trochę - odparł Ryland, głaszcząc go po jego mokrych włosach. - Jak cię wyciągnąłem na brzeg, to praktycznie od razu się ocknąłeś.

- Gdzie Adrian?

- Kazałem mu zawiadomić lekarzy, że może być potrzebna ich pomoc.

- Rozumiem - Simon westchnął ciężko. - Gdzie byłeś, że tak szybko do mnie dopłynąłeś?

- Na plaży. Widziałem, jak spadasz. To Rocky cię zauważył na tym klifie, ale Adrian mu powiedział, że ma iść po mnie. Chyba się bał, że Rocky ci przywali - Ryland zaśmiał się słabo i skrzywił się nieco.

To dopiero przypomniało Simonowi, czemu w ogóle wdrapał się na ten klif, by pomyśleć w samotności nad sobą.

Odsunął się od Rylanda gwałtownie, wręcz go odpychając. Wstał i zrobił kilka kroków do tyłu.

Ryland patrzył na niego tak zranionym wzrokiem, że Simon od razu tego pożałował.

Ale w jego mniemaniu tak było lepiej.

- Nie powinieneś mnie ratować - stwierdził. - Ani teraz, ani jak Eridianie mnie znaleźli.

- O czym ty mówisz?

- Spójrz na siebie - Simon skrzyżował ręce na klatce piersiowej. - Ryzykowałeś życie, żeby wyciągnąć mnie z tego morza, wciąż będąc ranny po tym, jak kopniakiem pierdolnąłem tobą o ścianę. Nawet leków na sepsę nie przestałeś jeszcze brać!

- Simon...

- Ja nawet nie potrafiłem się zorientować, jak poważna to była wtedy sytuacja! - wrzasnął Simon. - Umierałeś na moich oczach, twoja krew była skażona, a ja ci poszedłem zrobić herbatki jak jakiś pieprzony debil!

- Simon.

- Taka prawda, Ryland - Simon kopnął kamień. - A teraz siedzisz tutaj i patrzysz na mnie tak, jakbyś w ogóle nie widział, jak ja wyglądam. Jakbyś nie widział tych kłów, pazurów, sztucznej ręki, poparzonej skóry, krwi zamieniającej się w mech i mutującej rzeczy i całej mojej pojebanej przeszłości, w której okrzyknięto mnie pierdolonym Rzeźnikiem, Rye. Gadasz te swoje teksty o tym, że moje ręce teraz służą tylko do tulenia cię i że mnie kochasz, ale ja jestem tylko byłym skazańcem z jakiejś zjebanej rzeczywistości, co ma zaniki pamięci, bo nawet nie pamiętał, że jego matka kopnęła w kalendarz, jak miał 14 lat!

- Co...?

- Zapomniałem, że moja własna mama nie żyje. Takim zjebem jestem, heh - Simon zasłonił sobie oczy dłonią. - Nawet nie mam już przy sobie noża, który mi dała. Medalik z nasionkiem albo się zgubił, albo ze mną zespolił, chuj wie. Nie mam nic. Mam tylko imię, Rye. Nawet nazwiska nie posiadam, bo ich na Eden po prostu nie było.

- To weź moje - powiedział Ryland, zanim pomyślał, co mówi, czego skutkiem było to, że zasłonił sobie usta dłońmi.

Simon spojrzał na niego przez palce.

- Czy ty jesteś szurnięty? - spytał, kucając przy nim. - Czy tylko głupi?

- Może jedno i drugie - stwierdził Ryland, opuszczając dłonie. - Czemu uciekłeś?

- Nie mogłeś przeze mnie oddychać.

- Żeby to pierwszy raz! - Ryland prychnął. - Nie mogłem oddychać, jak dostałem piłką w podstawówce prosto w klatkę piersiową, bo miałem refleks szachisty i zdecydowanie zbyt grube okulary, których na wuef nie mogłem nosić! Nie mogłem oddychać, jak wywróciłem się na lodowisku, kiedy w liceum poszedłem z moją koleżanką z klasy na randkę, ale nie wyszło nam, bo stwierdziła, że to była ulga, jak się wywaliłem, bo chociaż na chwilę się zamknąłem! Nie mogłem oddychać za każdym razem, jak dostawałem ataku paniki przed ważnym egzaminem na studiach albo wtedy, kiedy Lisa i Linda wymagały ode mnie wyznania im miłości! Nie mogłem oddychać, jak po raz pierwszy usłyszałem o Linii Petrovej! Nie mogłem oddychać, jak się zorientowałem, jaka przyszłość czeka moich uczniów! Nie mogłem oddychać, jak ludzie Stratt mnie złapali i wpakowali do celi, zanim mnie uśpili! Nie mogłem oddychać, jak pierwszy raz wyłączyła się grawitacja na Hail Mary! Nie mogłem oddychać, jak mnie krzesło przygwoździło do panelu sterowania! Nie mogłem oddychać, jak ratowałem Rocky'ego kilkanaście minut później i jak mnie jego atmosfera uderzyła z siłą granatu! Nie mogłem oddychać, jak się zorientowałem, jak powolna i bolesna śmierć czeka Rocky'ego, jeśli po niego nie zawrócę! Nie mogłem oddychać, jak mnie dopadły wszystkie szkorbuty i inne beri-beri przez niedożywienie! Nie mogłem oddychać, jak przy pierwszym spotkaniu spanikowany próbowałeś mnie udusić i jak później przypiliłeś mnie do dna morza, żeby mnie utopić, bo spanikowałeś ponownie! I nie mogłem oddychać, jak z bólu zsikałem się pod prysznicem, bo zignorowałem, ja zignorowałem, nie ty, kamicę nerkową do tego stopnia, że aż nabawiłem się sepsy! Nie jesteś jedynym powodem, dlaczego nie mogę oddychać! Jestem przyzwyczajony do tego, Simon! Ale ty jesteś ważniejszy od takiej trywialnej rzeczy jak oddychanie! Bo jakbyś mi tu się teraz utopił, to wtedy na pewno bym przestał oddychać, bo dostałbym kopanego przez gęś zawału!

Simon jedynie siedział na piasku i patrzył na niego przez cały ten czas. Ryland tylko westchnął ciężko.

- No co?

- Nie, nic - Simon spuścił wzrok. - Przepraszam.

- To dobrze, że nic, bo już myślałem, że znowu zaczniesz mówić o tym, jak seksownie wyglądam, gdy się wkurzam - mruknął Ryland.

- To nie ja to powiedziałem.

- Simon!

- Już przestaję - Simon złapał go za dłonie. - To... Oferta nadal aktualna?

- Jaka znowu... Co? - Ryland zamrugał. - Ty chyba nie mówisz poważnie?

- Jeśli akceptujesz moje splamione krwią dłonie, a ja kocham twoje gadulstwo i bycie najbardziej niezręczną osobą, jaką znam, to nie widzę przeszkód, żebyśmy się hajtnęli - Simon wzruszył ramionami. - Chyba dałoby się zorganizować coś takiego na Erid, co?

- To w sumie bardziej symboliczna sprawa, bo niepotrzebny nam tutaj papierek i wystarczyłoby, żeby nam Eridianie zrobili obrączki, ale... - Ryland zacisnął nieco mocniej palce na jego dłoniach. - Mówisz serio?

- Najwyżej zostanę mężobójcą, jak tym razem serio połamię ci te żebra - stwierdził Simon. - Bo coś mi się zdaje, że do rozumu ci nie przemówię.

- Zdrowy rozsądek to ja zostawiłem na Ziemi - Ryland wzruszył ramionami, wyswobodził dłonie z uścisku Simona i położył je na jego policzkach, po czym pocałował go czule.

- Adrian widzi, że już wszystko u was w porządku. Adrian nie musi się już martwić, stwierdzenie.

- Rocky nie byłby taki pewien. Simon nadal głupi, stwierdzenie.

Ryland jedynie się zaśmiał, kładąc Simonowi dłoń na ramieniu, żeby ten nie rzucił się na jego najlepszego kumpla.

Znowu.

The end

wtorek, 28 lipca 2026

More Important than Something as Trivial as Breathing II

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język

Notka autorska: A, zapomniałam napisać, że ten fik dzieje się między "Stars, stubbornness and stupidity" i "Scent of the Forest Flowers". Tak dla jasności.



Ryland obudził się rano z maską tlenową na twarzy. Eridianie nie pytali na razie, co się stało, ale wiedział, że to tylko kwestia czasu.

Czuł się już o wiele lepiej, chociaż plecy i mięśnie brzucha bolały go niemiłosiernie. Przynajmniej jego oddech się już unormował.

Usiadł więc i podwinął koszulkę. Zasinienie na jego brzuchu nie wyglądało dobrze. Właściwie to oceniłby je jako widok absolutnie fatalny.

Rozejrzał się. Był w medycznym pomieszczeniu sam, nie tak jak wtedy, gdy nabawił się sepsy i prawie wyzionął ducha przez własny upór i głupotę.

...gdzie jest Simon?

- Grace!

O nie, czas na niewygodne pytania.

Poprawił koszulkę i, tak jak przypuszczał, praktycznie od razu zmaterializował się obok niego Rocky.

- Grace okej, pytanie? Gregory twierdzi, że Grace miał problemy z oddychaniem w nocy. Co się stało, pytanie?

- Nic takiego, zwykły bezdech - Ryland machnął ręką.

- Co to bezdech, pytanie?

- Zanik przepływu powietrza przez drogi oddechowe. Czasem się coś takiego zdarza i...

- Grace kłamie, stwierdzenie.

- Dlaczego tak myślisz?

- Rocky widzi, że Grace ma obite mięśnie i nadłamane jedno żebro, stwierdzenie. Grace myśli, że Rocky jest głupi, pytanie?

Ryland westchnął i skrzywił się nieco, bo nadal był obolały. Dobrze, że Adrian pilnował małej Gracie, bo miałby jeszcze jego na głowie.

Pomińmy fakt, że popłakał się na samo wspomnienie o tym, jak Rocky nazwał swoje dziecko...

- Czemu Grace przecieka, pytanie? To przez rany, pytanie?

- Nie, przez ciebie.

- Przeze mnie, pytanie?

- Przypomniałem sobie imię twojego kamyka.

- Grace głupi, stwierdzenie.

- Wiem, wiem.

Rocky wdrapał się na łóżko i usiadł obok niego.

- Grace powie Rocky'emu, co się stało, pytanie? - spytał z troską w głosie.

Ryland cmoknął i usiadł wygodniej.

- Tylko nie bądź zły.

- Dlaczego Rocky miałby być zły, pytanie?

- Simon miał koszmar.

- I?

- Szamotał się przez sen i... Przez przypadek mnie kopnął, a wiesz, że te jego mutacje sprawiły, że może po prostu cię podnieść i...

- Simon zły, zły, zły! Rocky nie wybaczy, stwierdzenie - powiedział stanowczo Rocky. - Co ma znaczyć przypadek, pytanie? Partnerzy nie robią takich rzeczy partnerom!

- To nie było zamierzone, Rocky.

- Rocky'ego to nie obchodzi.

- Rocky.

- Simon nawet teraz tu nie siedzi, stwierdzenie. Nie jest przy tobie, stwierdzenie. Jak Grace miał sepsę, to Simon czuwał, a teraz nie, stwierdzenie. Simon twierdzi, że Grace jest jego domem, ale teraz jak widać już zapomniał, stwierdzenie.

- Czekaj, co? - Ryland spojrzał na niego uważnie. - Jego... domem?

- Tak Simon powiedział, stwierdzenie - Rocky zamilkł na chwilę. - Grace jest pewien, że to był przypadek, pytanie?

- Tak.

- Simona w domu nie ma, stwierdzenie. Tutaj też go nie ma, stwierdzenie. Więc gdzie jest, pytanie?

- Nie ma go? - Ryland próbował odsunąć kołdrę i wstać, ale Rocky był za ciężki, by mógł to zrobić. - Trzeba go znaleźć.

- Enklawa nie jest zbyt duża, stwierdzenie. Rocky go znajdzie. Grace zostanie tutaj - Rocky zeskoczył z łóżka.

- Czuję się na tyle dobrze, że mogę wrócić do domu - stwierdził Ryland.

- Jeśli Grace tak uważa, to niech idzie. Rocky idzie szukać Simona - oznajmił Rocky i wyszedł z Hail Mary.

Ryland westchnął i jęknął, bo znowu go przepona zabolała.

Co ten Simon wyprawia?

* * *

Simon siedział na brzegu klifu i patrzył na fale uderzające o brzeg plaży. Jedna za drugą rozbijały się o kolorowy piasek, jednocześnie niepokojąc go nieco, jak i sprawiając, że czuł się spokojniejszy.

Wiedział bowiem, że wystarczy, żeby się tylko trochę zsunął i wszyscy mieliby od niego spokój. Wszyscy byliby bezpieczni.

Spojrzał na swoje dłonie. Jeszcze wczoraj był pewien, że nie służą już do krzywdzenia i zabijania. Jeszcze wczoraj myślał, że nie jest już Rzeźnikiem. Że już nikogo nigdy nie zrani.

Schował twarz w dłonie. Rzucił Rylandem o pierdoloną ścianę. Kopnął go tak mocno, że zabrał mu oddech. I nieważne, jak długo by go ten pieprzony altruista przekonywał, taka właśnie była prawda. To nie Rocky czy Adrian prawie połamali Rylandowi żebra, tylko Simon. I to nawet nie specjalnie, tylko podświadomie.

Obudził się w momencie, kiedy tylko poczuł, że jego stopa czegoś dotknęła. Ale jak otworzył oczy, to zdołał zobaczyć jedynie Rylanda uderzającego z impetem o ścianę i osuwającego się na podłogę.

Na Ostatnie Drzewo, on nadal musiał brać leki po tym, jak prawie się przekręcił przez tę cholerną sepsę!

Simon objął swoje nogi i skulił się. Nie powinien w ogóle tu być. Powinien zginąć w tej pierdolonej puszce, tak jak wiele razy widział to we śnie. I czasem zastanawiał się, czy to rzeczywiście się nie stało, tylko z jakiegoś powodu zamiana w drzewo cofnęła się w momencie, kiedy wyjebało go w przeszłość.

Chociaż ostatnio zaczął nieco wątpić, czy rzeczywiście to były tylko inne czasy, w których się znalazł. Czytając książki Rylanda, miał wrażenie, że świat, z którego pochodził, przypominał raczej... inny wymiar. Albo coś w stylu innej linii czasowej.

Takie "Co by było, gdyby ludzie skupili się na kolonizowaniu innych planet i przegapiliby fakt, że gwiazdy coś wpierdala?".

- Simon?

Simon wzdrygnął się, słysząc ten cichy, spokojny świergot, zagłuszony przez translator przyczepiony do ksenonitowego skafandra.

Nie odpowiedział na zawołanie. Nie chciał teraz patrzeć na Adrian.

- Rocky cię szuka, stwierdzenie - oznajmił Adrian, siadając obok. - Grace się obudził i wrócił do domu. Grace się martwi, stwierdzenie.

- Będzie lepiej, jak się na jakiś czas od niego odsunę - mruknął Simon.

- Dlaczego, pytanie?

- Zraniłem go.

- Rocky też go kiedyś zranił, a dalej są przyjaciółmi, stwierdzenie - stwierdził Adrian.

- Rocky go ratował. To jest różnica.

- Simon przesadza, stwierdzenie. I przecieka.

Simon otarł łzy z policzka. Nawet ich nie zauważył.

- Grace nie ma ci tego za złe. Grace nawet próbował okłamać Rocky'ego. Grace ci wybaczy - Adrian położył mu trójpalczastą dłoń na ramieniu. - Simon niech wraca do domu. Tak będzie lepiej, stwierdzenie.

- Nigdzie nie idę - oznajmił Simon, wstając gwałtownie. - Jestem mordercą, Adrian. Potrafię tylko ranić!

- Nieprawda.

- On nie mógł oddychać! - Simon cofnął się o krok, łapiąc się za włosy. - Ma nadpęknięte żebro i siniaki!

- Simon.

- Taka jest prawda! - Simon odtrącił rękę Adrian, kiedy ten próbował go złapać. - A co, jak kiedyś zrobię coś gorszego? Jak go uduszę albo rzucę o coś, o co uderzy głową i już się nie obudzi?

- Simon!

- On nie mógł od... - Simon przerwał, bo w tym momencie zrozumiał, czemu Adrian zaczął panikować.

Jego noga zsunęła się z klifu.

Próbował się złapać pnączami czegokolwiek, ale jedynie opóźnił to, co się w końcu stało.

I wpadł do morza.

poniedziałek, 27 lipca 2026

More Important than Something as Trivial as Breathing I

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, przemoc, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język

Notka autorska: Bloody Mary oficjalnie zostało shipem, o którym napisałam najwięcej słów. Osiągnęli to w niecałe dwa miesiące. Nie żartuję, zrobiłam statystyki. Tymczasem macie kolejnego fika, bo nadal nie przestałam ich torturować, co można zauważyć przez to, że nie określiłam tego wulgarnego języka jako "czasami". Jestem okropna.

Enjoy. :)



Ryland uchylił powieki, kiedy coś nagle smagnęło go po twarzy. Do jego zaspanego umysłu dotarło wtedy, że słyszy niespokojny głos Simona, który mamrotał coś przez sen, co zdarzało mu się zdecydowanie rzadziej niż jemu samemu.

- Simon? - Ryland zamrugał, podnosząc się nieco z poduszki.

Kołdra po stronie jego ukochanego była cała skopana. Simon oddychał ciężko, co jakiś czas szamocząc się, jakby próbował wydostać się z pułapki.

To zdecydowanie była wyjątkowa sytuacja. Zazwyczaj koszmary powodowały u Simona raczej kompletny paraliż. Ryland czasem nie mógł go wręcz dobudzić, a nawet jak mu się to udawało, to zanim otępienie jego ciała odpuściło, potrafili siedzieć przytuleni przez długi czas, alarmując tym samym Rocky'ego i Adrian, jeśli zdarzyło się to na tyle późno, że zajęcia w szkole już dawno powinny się zacząć.

A nawet jeśli Simon szamotał się w łóżku, to budził się sam z siebie dość szybko, zanim w ogóle Ryland zdążył zareagować i czasem nawet nie wiedział, że coś takiego miało miejsce, dopóki ten sam mu nie powiedział przy śniadaniu. Albo go po prostu nie obudził, żeby się przytulić i wypłakać.

Ryland chciał więc go zawołać, próbować uspokoić i zaradzić jakoś tej sytuacji, tak jak zawsze, ale zanim zdążył rozbudzić się na tyle, by zrobić cokolwiek, został z całej siły kopnięty w brzuch i posłany w krótki lot na ścianę, o którą uderzył plecami i osunął się bezwiednie na podłogę.

Oddychanie...

Oddychanie było trudne.

Właściwie to nie mógł w ogóle nabrać powietrza.

- Kurwa mać, Ryland!

Usłyszał głos Simona, ale dźwięki docierały do niego z jakby oddali.

Udało mu się w końcu chociaż zakaszleć, kiedy tylko poczuł zimną i ciepłą dłoń na ramionach.

Chyba oberwał prosto w przeponę.

...

Tak. Zdecydowanie.

- Rye?

Potrzebował chwili, żeby odpowiedzieć.

Bardzo długiej chwili.

Która nigdy nie nadeszła, więc Simon powtórzył swoją desperacką próbę skontaktowania się z nim.

- Rye!

Oddychanie nadal było trudne. Mógł jedynie kaszleć, krztusić się i wydawać ten niepokojący, świszczący dźwięk.

- Kurwa no...

A ten znowu przeklina...

- Zabieram cię do lekarzy, nawet nie protestuj.

O nie, nie, tak się nie bawimy.

Otworzył oczy, o których nawet nie wiedział, że miał zamknięte.

Simon patrzył na niego przerażony.

- Ja pierdolę, żyjesz - powiedział przejęty, kładąc dłoń na jego policzku. - Słyszysz mnie?

- Ta... - mruknął Ryland i znowu zaczął się krztusić.

Mówienie też było trudne.

- Idziemy do Eridian, tak?

- N-nie.

- Bo? Mówiłem, że masz nie protestować, pieprzony altruisto.

Ryland jedynie pokręcił głową, ale to sprawiło mu jeszcze więcej bólu.

A, racja, bo przecież walnął o ścianę.

No tak.

Zapomniał.

Tak samo, jak o tym, jak się oddycha, bo nadal miał z tym niemały problem.

Simon wziął go na ręce i zaniósł do Hail Mary.

Ryland miał wrażenie, że cały drżał.

I kiedy Simon podał go Eridianom, zobaczył w jego oczach strach i łzy.

Poczucie winy wielkimi literami miał wypisane na twarzy.

...ta cała Ava też była marnotrawstwem węgla.

* * *

Patrzył, jak Eridianie zabierają Rylanda ze sobą. Jak kładą go na tym medycznym łóżku. Nadal słyszał jego świszczący oddech.

Spojrzał na swoje dłonie. Przez chwilę miał wrażenie, że zalśniły szkarłatnym blaskiem. W jego umyśle zadźwięczał głos Ojca, pomieszany z krzykami tych wszystkich ofiar krwawego księżyca.

Nie wiedział, jak długo spędził w takim zawieszeniu. Podniósł wzrok. Zobaczył, że Eridianie podłączyli Rylanda do tlenu.

Przynajmniej w końcu mógł oddychać.

Podszedł do Rylanda i chciał pogłaskać go po głowie, ale rozmyślił się w ostatniej chwili. Jego palce jedynie musnęły włosy jego ukochanego.

Cofnął rękę, patrząc na spokojny wyraz twarzy Rylanda.

Spał. Eridianie musieli mu podać jakieś środki nasenne.

Usiadł na krześle obok i zerknął na ramiona Rylanda ułożone wzdłuż jego ciała.

Mógł chwycić jego dłoń w każdej chwili. Dotychczas nie miał z tym żadnego problemu.

Dlaczego więc czuł strach? Czy aż tak bał się go nagle dotknąć?

A co jeśli znowu go skrzywdzi?

Zacisnął pięści, pazurami drapiąc sobie wnętrze prawej dłoni do krwi. Skrzywił się i rozluźnił uścisk.

Kropelki krwi zalśniły na jego palcach.

A co jeśli kiedyś złapie Rylanda w taki sposób, że go skaleczy?

Nie powinien tu być. Nie po tym, co zrobił.

Wstał i ruszył w stronę drzwi.

Nie zasługiwał na to, by tu być.

Odruchowo podniósł rękę do paska z nożem, którego od dawna już nie nosił.

Odkąd jego mama umarła, ten przedmiot był czymś, co dawało mu wparcie w takich sytuacjach. Była pracownicą stacji badawczej, która potem stała się ich jedynym domem. Eden istniało prawdopodobnie odkąd tylko ludzie osiedlili się na Marsie. Część rodzin jego braci żyła tam od zawsze.

...

Chwileczkę.

Simon zatrzymał się w pół kroku.

Jego mama...

...umarła?

Nagle dotarło do niego, że pisał listy do osoby, która dawno już odeszła.

Kompletnie o tym zapomniał. Tak jakby trzymał się kurczowo czegokolwiek, co choć trochę dawało mu komfort w jego starym życiu.

Upadł na kolana.

Wyparł jej śmierć ze swojej świadomości. Nawet gdy Ryland prawie umarł przez to, jak bardzo zaniedbał swoje zdrowie, nie potrafił sobie tego przypomnieć.

Jak wielu rzeczy jeszcze nie pamięta?

Co tak naprawdę ten pieprzony kosmita zrobił z jego umysłem?

Co jeśli kiedyś straci kontrolę i dopuści się czegoś gorszego niż to, co stało się tej nocy?

Co jeśli zapomni o Rylandzie, Rockym, Adrian i całym Erid? Co jeśli znów się na nich rzuci?

Co jeśli ich...

...

...zabije?

Podniósł się z trudem i wyszedł na zewnątrz, co wymagało od niego dużo wysiłku przez to, jak bardzo trzęsły mu się nogi.

...

...

...

...ile jedno wydarzenie może zmienić, nieprawdaż, Rzeźniku?

sobota, 25 lipca 2026

Soothing Touch of Rough Hands

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 18+

Gatunek tekstu: sci-fi, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, body horror, amputowana ręka + sceny erotyczne (w tym fetysz bólu, bo Simon jest małym masochistą)

Notka autorska: Co ja znowu napisałam... Nieważne, oni znowu są w wyrze i mają zdecydowanie zbyt dziwną grę wstępną, lol.



Na Eden wszyscy musieli być w związku. Małżeństwa aranżowano. Seks był wręcz wymagany. Aborcja? O nie, nie, ludzkość miała przetrwać. Jak któraś kobieta umarła przy porodzie, albo podczas ciąży, to stawała się nawozem dla Ostatniego Drzewa i tyle. Ojciec potrafił znaleźć zaletę w każdej sytuacji.

Często się zastanawiał, czy któraś z tych kobiet zaszła z nim w ciążę i mu o tym nie powiedziała. Dzieci były traktowane jak własność wspólnoty. Nikogo nie obchodziło, kto był ojcem. Nawet matek.

Seks był przymusem, ale także odskocznią od mrocznej codzienności. Nagrodą, ale i karą za to, że zostało tak mało ludzi.

Ludzi, którym często odbijało na punkcie przetrwania gatunku.

Raz jedna dziewczyna go czymś naćpała i gdyby nie jeden z jego braci, to prawdopodobnie miałby na koncie kolejną traumę do kolekcji.

Czasem zdarzało mu się, że naprawdę kochał osobę, z którą szedł do łóżka. A przynajmniej darzył ją sympatią. Zwłaszcza, jeśli to byli mężczyźni. Nie dlatego, że wolał facetów. Po prostu dzieci z tego być nie mogło, więc na Eden nie patrzono zbyt dobrze na takie związki. Więc musiał coś czuć, by tak ryzykować.

Ale kiedy próbował mówić ludziom, że ich kocha, to albo nie uzyskiwał odpowiedzi, albo zostawał okłamywany, albo wyśmiewany, albo wręcz strofowany, że rzuca słowa na wiatr. Więc przestał. I czekał, aż w końcu będzie mógł to komuś powiedzieć bez skrępowania.

I przyszło mu to z taką łatwością, bo aż tak cieszył się, że nareszcie znalazł kogoś, kto nie zareaguje negatywnie.

Cóż, mylił się.

Nie spodziewał się, że spotka się z reakcją, którą na spokojnie mógłby nazwać strachem.

Ale czy to była aż tak zła reakcja? Dostał obietnicę, że kiedyś jednak usłyszy odpowiedź. Poza tym, rozumiał, czemu Ryland miał z tym aż taki problem i dlaczego właściwie po raz pierwszy powiedział mu to przez kompletny przypadek. Skoro przez brak pociągu seksualnego wręcz wątpisz, czy jesteś w stanie czuć cokolwiek niefizycznie, to nic dziwnego, że nie potrafisz tego ubrać w słowa. Zaczyna cię to przerażać. I prawdopodobnie boisz się też, że teraz ta druga osoba zacznie za bardzo naciskać na seks.

Po spędzeniu większości życia na Eden, gdzie wszyscy albo byli wiecznie napaleni, albo z tyłu głowy cały czas słyszeli cichy głos, że muszą się rozmnażać i mieć po piętnaścioro dzieci, bo ludzkość wyginie, związek z aseksualnym i prawie aromantycznym Rylandem Gracem był dla Simona czymś w rodzaju wejścia na nowy poziom trudności.

A on lubił wyzwania.

Mógł chodzić przy Rylandzie półnago, albo i nawet jak go mamusia na Marsie urodziła i jedyne, co wtedy słyszał, to zatroskane pytanie, czy mu nie zimno.

Mógł się przytulać, wdychać zapach jego włosów, głaskać po ramionach i kłaść ręce na brzuchu i nie uzyskać żadnej reakcji, prócz pytania, czy to, czego akurat chce, jest na tyle ważne, że Ryland musi teraz w tej chwili przerwać czytanie jakiejś pracy naukowej sprzed czterdziestu lat, z której Simon nie rozumiał ani słowa.

Ale nie mógł przesadzać, bo dostawał po łapach. Dosłownie. Lewą ręką, na której Ryland nosił swoją ksenonitową obrączkę. Podobno powinno się na prawej, ale ta niepoprawna przylepa chciała, żeby ich pierścionki się stykały, kiedy splatają swoje palce, a Simon na protezę wolał niczego nie zakładać. Czasem nawet bał się, że mu się piżama z nią zespoli.

W każdym razie, szybko nauczył się, że strefa poniżej pasa jest nieosiągalna, jeśli Ryland nie wykona pierwszego ruchu.

Musiał więc czekać. I to w jakiś sposób również było ekscytujące. Nigdy nie wiedział, kiedy, gdzie i jak zostanie zaskoczony pocałunkiem albo zdecydowanie zbyt entuzjastycznym pytaniem, czy ma może ochotę na eksperyment.

Oj tak. Miał. Zawsze.

Zwłaszcza, jeśli było to w jakiś sposób sprawdzanie, ile bólu jest w stanie znieść.

Nawet jeśli kończyło się to tak, jak w drugim roku ich związku, kiedy nie mógł rano wstać z łóżka i tym razem to on musiał być noszony.

I mimo upływu dekady od tego czasu, nadal czasem jest. Nawet jeśli wie, że Ryland nie powinien tego robić i nawet jeśli Ryland sam to wie, to mimo wszystko dobrze jest pamiętać, że jego partner też jest silny na tyle, żeby go podnieść i przenieść z punktu A do punktu B.

A potem narzekać na ból stawów przez dwa dni. Dlatego właśnie Simon zawsze go strofuje za lekkomyślność, w duchu ciesząc się napięciem tych pięknych mięśni wyczuwalnych pod skórą, kiedy jest niesiony jak jakaś księżniczka.

Plus to też w jakimś sensie są eksperymenty, więc istnieje możliwość, że cierpliwość w końcu się opłaci.

- Gotowy? - spytał Ryland, trzymając pilota w jednej ręce i ołówek w drugiej.

- Jak zawsze - Simon uśmiechnął się zawadiacko, poprawiając elektrodę na swojej sztucznej ręce.

Nie pamiętał, kto pierwszy rzucił tym pomysłem. Wiedział tylko, że Ryland myślał o tym zdecydowanie zbyt intensywnie, bo prawie spalił śniadanie.

A teraz siedzieli na Hail Mary, wyrzucając zawczasu wszystkich eridiańskich badaczy.

Nie potrzebowali publiki. Wystarczy, że Ryland wiecznie się zastanawiał, czy gdzieś tam Rocky nie podsłuchuje ich za ścianą.

Co wcale nie było bezpodstawną obawą, bo czasem okazywało się, że miał rację.

Ryland nacisnął jeden z przycisków. Prąd przeszedł przez protezę Simona i sprawił, że ten na chwilę odpłynął. Jego mózg po prostu się wyłączył. To, jak praktycznie wszystkie gałązki jednocześnie wysłały do jego układu nerwowego informację o bólu, automatycznie zrobiło z niego papkę.

- Simon?

- Ale fajnie - wydyszał w końcu. - Zrób tak jeszcze raz.

- Simon, dosłownie na chwilę przestałeś oddychać - powiedział Ryland nieco zaniepokojonym głosem.

- Bo było mi za dobrze, sam tak czasem masz - Simon machnął prawą ręką. - Jeszcze raz.

- Czekaj, ale to było najniższe napięcie - Ryland spojrzał na ekran laptopa. - I już?

Simon złapał go za policzki i przysunął do siebie.

- Eksperymentujemy, czy nie?

- Trochę boję się rezultatów.

- Ty?

- Nigdy nie reagowałeś na coś aż tak szybko. No, poza tym jednym razem wtedy...

- Nie wierzę, nasz szalony naukowiec panikuje?

- Nie panikuję!

Simon podniósł pilota i włożył mu do ręki.

- Kontynuujmy, doktorze Grace - powiedział, uśmiechając się lubieżnie.

I to wystarczyło, żeby Ryland nacisnął ten cholerny przycisk i wysłał go w kolejną podróż po krainie rozkoszy.

A później, patrząc na Simona leżącego na łóżku i sapiącego tak, jakby przez ostatni kwadrans biegał po plaży, zanotował obserwacje w swoim notesie.

- Rye?

- Hm? - Ryland podniósł na niego wzrok.

- Ile masz poziomów tego napięcia?

- Chyba pięć.

- To dajesz od razu trójkę.

- Wolałbym jednak sprawdzać po kolei. Wyniki mogą się znacząco różnić - stwierdził Ryland, biorąc pilota do ręki. - Poza tym, nie wolisz stopniować przyjemności?

- Jestem niecierpliwy - mruknął Simon.

- To zdążyłem zauważyć - Ryland podniósł napięcie w elektrodach i wcisnął przycisk.

Simon zadrżał cały i złapał się za rękę, uginając nieco nogi w kolanach. Ryland już miał odłożyć pilota i sprawdzić, czy wszystko z jego ukochanym w porządku, ale ten tylko spojrzał na niego zza grzywki.

- Rób te notatki.

- Jesteś pewien?

- Tak.

- Widzisz różnicę?

- Na pierwszym poziomie czułem dosłownie wszystkie receptory bólu, których w tej ręce teoretycznie nie powinienem mieć - stwierdził Simon. - A teraz mam wrażenie, że ten ból się rozszedł.

- Rozszedł?

- Aż do ramienia. Właściwie do szyi i karku. Skóra mnie mrowi.

- Fascynujące - przyznał Ryland, skrobiąc ołówkiem w zeszycie. - I lekko niepokojące.

- To zauważyliśmy dawno temu - stwierdził Simon, prostując i zginając palce. - To dajesz tę trójkę.

- Na pewno?

- Tak.

- Okej.

Tym razem Simon skulił się cały. Prąd pobudził tyle jego receptorów bólu, że nie wiedział, jak się nazywa. Serce przyspieszyło mu tak, że miał wrażenie, że zaraz dostanie zawału.

- Simon?

- Żyję i mam się zdecydowanie zbyt dobrze - stwierdził Simon, odgarniając wilgotne kosmyki z twarzy.

Chyba zaczął się pocić.

- Według komputera akcja serca ci nienaturalnie przyspieszyła - oznajmił Ryland. - Mam nadzieję, że nie czujesz się teraz przez to źle.

- Nie, nic z tych rzeczy - stwierdził Simon. - Jedynie trochę mokry.

- Mokry?

- Spociłem się.

Ryland spojrzał na pilota.

- Próbujemy z czwartym poziomem, czy...

- Nie panikuj, wciskaj.

- Zaczynam się obawiać, że cię zabiję.

- I?

- Simon!

- No dobra, dobra. Obiecuję, że nie umrę - Simon położył sobie rękę na klatce piersiowej, drugą podnosząc do góry. - Nic mi nie będzie.

- Ale piątki nie próbujemy.

- Niech ci będzie taki kompromis - stwierdził Simon i poczuł, jak prąd przepływa mu aż do opuszków palców u drugiej ręki.

Nie do końca pamięta, co się stało później. Wie tylko, że zakręciło mu się w głowie i że leżał na łóżku w bezruchu chyba o chwilę za długo, bo zaraz potem poczuł chłodne dłonie Rylanda na swoim ciele.

- Simon?!

Chciał mu odpowiedzieć, ale był tak podniecony, że dosłownie wystarczyłoby, żeby Ryland wsunął dłoń w jego spodnie i miałby natychmiastowy orgazm.

- Simon!

- Żyję - powiedział w końcu, bo nie spodobała mu się panika w głosie Rylanda. - Chodź tu.

Złapał go za koszulę i pocałował namiętnie. I tak jak przypuszczał, kolejny dreszcz, tym razem razem naturalny, a nie wywołany prądem, wstrząsnął jego ciałem.

Ale to nie było wystarczające.

Dlatego ucieszył się, kiedy poczuł, jak Ryland podaje mu swoją laskę i bierze go na ręce. Wtulił się w niego, wdychając zapach wody kolońskiej, którą Eridianie wyprodukowali jakiś czas temu. Nie wiedział co prawda, czym jest syrop klonowy, ale Ryland stwierdził, że dokładnie to mu ta woń przypomina.

Kiedy tylko dotarli do domu, został położony na łóżku nieco zbyt gwałtownie. Nie otwierając oczu, ostrożnie oparł laskę o szafkę nocną i usłyszał, jak sprzączka od paska uderza o podłogę, a zaraz potem inne ubrania dołączyły do tych znoszonych dżinsów.

I znów poczuł te chłodne dłonie na swoim ciele.

Ryland odgarnął mu włosy z twarzy i pogłaskał go po policzku. Resztki lubrykantu na jego palcach pachniały jagodami.

- Nie przesadziliśmy, co? - spytał cicho.

- Wyglądam, jakbyśmy przesadzili?

- Trochę?

- Nie panikuj - Simon chwycił go za dłoń. - Jak twoje nogi?

- Hm?

- Wręcz rzuciłeś mnie na to łóżko.

- Mają się dobrze - stwierdził Ryland i pocałował go czule.

Simon oddał mu pocałunek i wsunął palce w jego włosy. Były jednocześnie sztywne, jak i przypominały w dotyku puch. Prawie jak szorstkie dłonie Rylanda, które koiły teraz jego ból przez różnicę temperatur ich ciał.

Bo nawet jeśli przyjemny, to nadal mimo wszystko ból.

Na Eden zazwyczaj był na górze. Kobiety nie miały ochoty na innowacje w temacie pozycji, mężczyźni rzadko byli bardziej umięśnieni od niego i tchórzyli, że nie sprostają zadaniu, jak to jeden z jego byłych kochanków określił.

Więc fakt, że Ryland miał na tyle siły, by jednak to Simon mógł być czasem tak chciwy jak wszyscy grzesznicy, o których opowiadał Ojciec, było naprawdę rozkoszną odmianą.

Nawet jeśli często upadał na niego bezwładnie, tracąc napięcie w mięśniach podczas orgazmu.

Tak jak teraz.

Simon westchnął cicho, próbując opanować drżenie własnego ciała. Uchylił powieki i otarł łzy z policzka Rylanda, po czym złapał go za ramiona i przesunął na jego stronę łóżka.

- Sam się mogłem przeturlać - mruknął Ryland.

- Idziemy się wykąpać, zanim zaczniesz marudzić na bałagan?

- Nie zakrwawiliśmy tym razem pościeli.

- Hipokryta.

- Nogi mnie bolą.

- Mówiłeś, że mają się dobrze.

- Miały... Ale już nie mają... Za stary jestem...

- Zanieść cię?

- Uhm...

Simon zaśmiał się i wstał nieporadnie, po czym zgarnął swojego śniętego męża z łóżka i ruszył w stronę łazienki, zanim Rocky i Adrian złożą im kolejną, niezapowiedzianą wizytę.

- Czemu Grace jest niesiony, pytanie? Co Simon mu zrobił, pytanie?

- Rocky, Simon i Grace są nadzy, lepiej stąd chodźmy, stwierdzenie.

...cóż, o minutę za późno.

The end

niedziela, 19 lipca 2026

Five Flowers of Joy and One of Sadness IV

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, crossover, AU, 5+1

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język (czasami)

Notka autorska: Ta ostatnia część fika, o której zapomniałam. Swoją drogą, wcale nie mam w zanadrzu kolejnych. Nie, a gdzie tam.



Ryland okrył się swoim swetrem i wyszedł z domu. Simon od kilku tygodni praktycznie nie opuszczał ogrodu. Co więcej, nie pozwalał mu do niego wchodzić. Więc jako dający wszystkim przykład nauczyciel postanowił się tego dnia tam zakraść.

Co oczywiście mu się nie udało, bo noga zabolała go akurat, kiedy tylko przekroczył próg i prawie się przewrócił.

- Grace w porządku, pytanie? - spytał Rocky, siedząc przy śpiącym pod drzewem Simonie.

- Ta... - Ryland pomasował sobie kolano i spojrzał na Adrian, który okrył Simona kołdrą.

- Grace lepiej weźmie swoją laskę i się nie wygłupia, stwierdzenie - mruknął Adrian.

- Dobrze, dobrze, mamo - mruknął Ryland i cofnął się po laskę, po czym wrócił do ogrodu. - Lepiej?

- Tak, tak, tak - przyznał Rocky.

- Co tu robicie? - spytał Ryland, zerkając na Simona.

Ten w ogóle nie zwracał na nich uwagi. Jedynie pochrapywał cicho.

- Adrian zobaczył, że Simon zasnął. Adrian się martwił, więc tu przyszedł i przyciągnął ze sobą Rocky'ego, który ogólnie się martwi, stwierdzenie - wyjaśnił Adrian.

- Czemu tym razem panikujesz, kumplu? - spytał Ryland, siadając obok Simona.

Ten jak na zawołanie oparł się o jego ramię i spał dalej.

- Simon opowiedział nam, co się stało - oznajmił Rocky. - Grace głupi, stwierdzenie.

- Nic się nie stało, poza tym minęły tygodnie od tego czasu i...

- Simon opowiedział nam to wczoraj, bo dalej cię to dręczy - przerwał mu Adrian. - A przynajmniej Simona dręczy, stwierdzenie.

- Naprawdę? - zdziwił się Ryland, patrząc na spokojnie śpiącego Simona, któremu jego jedyne siwe pasemko opadło na twarz. - Myślałem, że już o tym zapomniał...

- A Grace zapomniał, pytanie? - spytał Rocky.

- To nie była jego wina, tylko moja - mruknął Ryland. - Znowu mu o czymś nie powiedziałem i...

- I teraz lamentujesz mi nad głową - wymamrotał zaspany Simon, nie otwierając jednak swoich dwukolorowych oczu. - Miałeś nie wchodzić do ogrodu.

- Ale wszedłem, bo Adrian i Rocky...

- Nie zwalaj winy na kamienie, Rye-Rye.

- Nie mów tak na mnie przy nich!

- Rocky i tak nie rozumie, czemu raz Grace jest Grace, raz jest Ryland, raz jest Rye-Rye, a raz jest... - Rocky przerwał na chwilę. - Rocky nie powtórzy, bo Adrian potem będzie go strofował, stwierdzenie.

- Grzeczny, grzeczny, grzeczny - Adrian poklepał go po głowie.

- Czy ty robisz to samo, co Simon, pytanie?

- Tak?

- Simon ciebie też psuje, stwierdzenie.

- Och nie, straszne! - zawołał Simon, wstając i podskoczył z przestrachu, kiedy mały kamyk wypadł spod koca i pobiegł prosto w grządki. - Dobra, to jest straszne. Wracaj tutaj, ty żółty bachorze!

I pobiegł za Gracie.

- Simon nie wyzywa naszego dziecka, bo Rocky mu przywali! - zawołał za nim Rocky, goniąc go.

- Adrian twierdzi, że to wina tego, iż Rocky nazwał nasze dziecko po tobie, Grace - stwierdził Adrian. - Nawet jeśli to tylko ludzkie imię i w naszym języku brzmi zupełnie inaczej, stwierdzenie.

- Przepraszam? - Ryland podrapał się po głowie. - W każdym razie, Simon!

- Tak? - Simon odwrócił się w jego stronę, trzymając Gracie za nogę i ignorując Rocky'ego, który próbował go prawdopodobnie powalić na ziemię.

- Dlaczego nie mogłem wchodzić do ogrodu przez ostatnie tygodnie? - spytał Ryland.

- Ach, racja - Simon oddał Rocky'emu jego dziecko, olewając fakt, że przy okazji prawie dostał z pięści w twarz. - Czy moi nadopiekuńczy teściowie mogą już sobie iść?

- Adrian, Rocky i Gracie wychodzą, stwierdzenie - Adrian złapał Rocky'ego za rękę. - Rocky się nie chmurzy, bo złość piękności szkodzi, stwierdzenie.

- Rocky tylko się martwi, że kolejny pomysł Simona znowu ich skrzywdzi, stwierdzenie.

- Rocky lepiej niech wierzy w Simona.

- Adrian wierzy, pytanie?

- Adrian wierzy, stwierdzenie.

I poszli, zostawiając Rylanda i Simona samych.

- Chodź - Simon pociągnął go za rękę i zaprowadził go do części ogrodu zasłoniętej płachtą.

- Czemu to tu wisi? - spytał Ryland.

- Bo cię znam i wiedziałem, że w końcu się tu zakradniesz - odparł Simon, zrywając płachtę.

I wtedy Rylandowi ukazał się cały fragment ziemi pokryty w całości kwiatami. Różowymi, białymi, czerwonymi, karmazynowymi, żółtymi i pomarańczowymi, o drobnych płatkach.

Kosmos. Rodzina astrowatych, rośnie w południowej części Stanów Zjednoczonych, aż po Argentynę. Jednoroczne, delikatne i piękne w swojej prostocie.

- Ładne, co? - Simon położył mu dłoń na ramieniu. - Kojarzą mi się z tobą.

- Przez nazwę? - spytał Ryland drżącym głosem.

- Przez symbolikę - Simon zerwał biały kwiatek i wplótł mu we włosy. - Te reprezentują czystość, niewinność i skromność. Czyli praktycznie idealnie ty.

- Nie zgadzam się, ale okej - Ryland westchnął ciężko.

- Mówiłem, skromność - tym razem Simon wplótł mu we włosy żółty. - Ten jest symbolem radości i przyjaźni, a ty w sumie jesteś takim słoneczkiem, co rozświetla innym dzień.

- Simon... - Ryland zasłonił sobie twarz dłonią.

- A ten kojarzy mi się z nami - oznajmił Simon, robiąc to samo z karmazynowym, co z poprzednimi. - Wiesz, co oznacza?

- Co...?

- Miłość i głęboką więź - wyjaśnił Simon, zakładając sobie różowy kosmos za ucho. - Ale ten to ja.

- A co, symbolizuje totalnego narwańca?  - spytał Ryland, patrząc na niego przez palce.

- Nie - Simon przyciągnął go do siebie. - Głębokie uczucie. A właśnie takim cię darzę.

I pocałował go tak namiętnie, że aż Rylandowi zabrakło tchu.

- Chcesz poeksperymentować? - Simon okręcił sobie jego kosmyk włosów wokół palca.

- Ale ja jestem na górze - Ryland zdjął okulary i powiesił je za łańcuszek na gałęzi drzewa.

- Tak po prostu? Nie muszę cię nam... - Simon przerwał, kiedy tym razem to Ryland go pocałował, przewracając ich obu prosto w kwiaty.

Okazało się, że one też były miękkie niczym puch.

The end