Blog zawiera treści o związkach męsko-męskich i damsko-damskich. Jeżeli nie lubisz yaoi i yuri, to naciśnij czerwony krzyżyk i nie czytaj, zamiast obrzucać mnie błotem. Dziękuję za uwagę.

Polecany post

The only source of light in the total darkness III

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary) Dozwolone od: 17+ Gatunek tekstu: sc...

poniedziałek, 24 sierpnia 2026

The only source of light in the total darkness IV

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język

Notka autorska: Gratulacje, Bloody Mary, przeżyliście kolejnego mojego fika! Nie martwcie się, może kiedyś uda wam się zejść z eridowego świata. XD



Drzwi zamknęły się za Simonem nieco zbyt gwałtownie. Usiadł na podłodze, kiedy nogi się pod nim ugięły.

Łzy popłynęły w końcu po jego policzkach. Na pierdolone Ostatnie Drzewo, co to, kurwa, miało być? Nie mógł go stracić. Nie jego. Nie tak, jak wszystkich.

Musi się uspokoić, zanim tam wróci. Musi zapomnieć o tym, co widział. Musi wybaczyć Rylandowi, że go tak nastraszył.

Podniósł się powoli, opierając się o drzwi, kiedy te się otworzyły. Stracił równowagę i wpadł w ramiona Rylanda, który go złapał.

- Też jesteś głupi - stwierdził Ryland, opierając brodę o jego ramię.

- Miałeś leżeć.

- Jak mi płaczesz za drzwiami? Zapomnij.

- Wydawało mi się, że…

- Nie było cię słychać, jeśli o to pytasz - przerwał mu Ryland, ocierając mu łzy z policzka. - I o to chodzi. Nie ruszyłeś się z miejsca. Wiedziałem, dlaczego zwlekasz. Znam cię.

- W to nie wątpię.

- Cieszy mnie to.

- Jak twoja noga?

- I tak chodzę o lasce. Przeżyję to jakoś.

- Chcesz się wykąpać?

- Jak już wstałem, to by wypadało.

- Zanieść cię?

- I tak to zrobisz.

Simon odwrócił się i wziął Rylanda na ręce. Spojrzał na niego. Wyglądał o wiele lepiej. Wróciły mu kolory. Oczy nadal były trochę zaszklone, ale przestały być takim oceanem rozpaczy i strachu.

Poza tym, uśmiechał się. Nawet jeśli nieco słabo, to nadal do niego.

Eridianie znaleźli sposób na to, by mogli starzeć się wolniej. Na razie działał. Kiedyś jednak będą musieli się pożegnać.

I kiedy Simon zasypiał w ramionach Rylanda jakiś czas później, pomyślał, że jeśli te błękitne oczy mają przestać kiedykolwiek na niego patrzeć, to już woli umrzeć jako pierwszy.

Nieważne, w jak odległej przyszłości by to miało być.

* * *

- Adrian?

Adrian odwrócił się w stronę Rocky'ego, przerywając na chwilę pielęgnację pomidorów rosnących w ksenonitowej donicy.

- Tak, moja miłości?

- Musimy zamontować więcej czujek alarmujących o braku prądu - stwierdził Rocky.

- To na pewno - Adrian przyznał mu rację. - Grace dostał przez to wszystko ataku i skręcił sobie kostkę. Jak znowu prąd siądzie, to jeszcze nam zejdzie na zawał albo dostanie innej zapaści.

- Co takiego?! - Rocky upuścił zabawkę, którą bawił się z Gracie.

- Twój zwierzak jest niezdarą i uszkadza sobie nogi.

- Ja mówię o tym ataku! - krzyknął Rocky.

- Ach, to? - zrozumiał Adrian. - Grace został wręcz siłą przywleczony przez Simona do lekarzy. Gregory i Stephen twierdzą, że ma niedobór którejś witaminy i to dlatego, ale jak dla mnie to ma podłoże czysto psychologiczne.

- Nie wytrzymam z tymi ludźmi... - Rocky zatupał kilka razy i usiadł.

- A Gracie też może mieć zwierzaka? - spytało ich dziecko.

- Jak twój drugi rodzic znajdzie kolejnego kota ze wścieklizną w krwawej puszce, to tak - obiecał Rocky.

- Rocky - Adrian pacnął go w karapaks.

Rocky jedynie zachichotał.

The End

niedziela, 23 sierpnia 2026

The only source of light in the total darkness III

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język (i w tej części jest opisany tak silny atak paniki, że aż przybiera formę fizyczną)

Notka autorska: Fandom PHM musi przestać podsuwać mi angstowe pomysły. To naprawdę nie moja wina, widziałam to już u trzech autorek. I z góry przepraszam, jeśli palnęłam jakąś medyczną bzdurę, ale przysięgam, że zrobiłam dokładny risercz. Także tak.



Ryland nadal siedział na podłodze, tuląc nogi do siebie. Włosy przykleiły mu się do czoła i miał wrażenie, że trochę ciężko mu się oddychało.

Musiał się uspokoić. Simon na pewno bez problemu dotarł do Rocky'ego i o wszystkim go powiadomił. Jest bezpieczny i nic mu nie grozi. Im obu nic nie grozi. Całej ich czwórce nic nie grozi.

Zacisnął mocniej powieki. Dekadę spędził sam, z samymi Eridianami, posługując się głównie mieszanką nutek i angielskich słów. Aż dziwne, że nie zaczął świergotać jak Rocky, kiedy po raz pierwszy rozmawiał z Simonem.

No właśnie. Od tamtego czasu zapomniał już, jak to jest być jedynym człowiekiem na Erid. Nie pamiętał życia bez Simona. Czasem wydawało mu się to tylko snem.

Że ktoś go kochał. Że ktoś go rozumiał. Że ktoś go do niczego nie zmuszał. Że miał wybór, czy iść z kimś do łóżka, czy nie. Że ktoś był na każde jego zawołanie i nie marudził na wszystkie jego nawyki i ekscesy.

A co jeśli Simon naprawdę tylko mu się przyśnił? Co jeśli podświadomie tak mocno pragnął bliskości drugiego człowieka, że go sobie wymyślił? Co jeśli przez tę dekadę od obudzenia się ze śpiączki do momentu, kiedy Adrian znalazł tę łódź podwodną, tylko mu się wydawało, że nie potrzebuje ludzkiego dotyku do życia?

Co jeśli...

Ryland spojrzał na sufit, kiedy żarówka zamrugała i światło rozlało się po pomieszczeniu. Westchnął z ulgą i powoli ściągnął skafander.

Jednak to pytanie pozostało w jego głowie.

Co jeśli?

- Uspokój się - mruknął do siebie, ale palce jego lewej dłoni zaczęły lekko drżeć. - Nic się nie dzieje, Rylandzie. Oddychaj.

Ale nie mógł nabrać powietrza w płuca. Nie mógł ich napełnić. Oddychał płytko, licząc powoli do dziesięciu.

Nagle zdał sobie sprawę, że parę razy już się tak czuł. Ostatnio kilka lat wcześniej, jak Simon zasiał trawę w ich ogrodzie. Ale wtedy bardziej utknął we wspomnieniu, najgorszym, jakie miał.  Eridianie przyjęli pod swój dach, ale ludzie go zdradzili. Na dokładkę był tchórzem i nieudacznikiem życiowym.

Simon go wtedy posadził i włączył mu się tryb ucieczki, potem tryb walki, aż w końcu przez cichą melodię nuconą przez jego ukochanego wrócił do zmysłów. Ten atak był bardziej dysocjacyjny, niż fizyczny.

W przeciwieństwie do czasów, kiedy Simona jeszcze nie było. Kiedy dopiero co wyzdrowiał po wszystkich szkorbutach i innych beri-beri. Kiedy nadal nie wiedział, jak będzie wyglądała jego przyszłość i czy w ogóle jakaś dla niego istnieje.

Rocky był wtedy przerażony. Nie wiedział, co robić, ani co się dzieje. Ryland pamięta tylko trójpalczastą dłoń Adrian, gładzącą go po włosach.

Teraz już liczył do stu.

Gdzie Simon?

Gdzie Rocky?

Gdzie Adrian?

Cokolwiek się stało, naprawili to. Naprawili to i wszystko jest już w porządku. Simon zaraz wróci i będzie mógł... Będą mogli...

Mogli...

Mógł czy mogli?

Jest tu sam, czy ktoś tu jeszcze jest?

Gdzie Simon?

Gdzie Rocky?

Gdzie Adrian?

Miał mroczki przed oczami i mętlik w głowie.

Palce jego prawej dłoni też już drżały.

Drzwi skrzypnęły, kiedy Simon je otworzył. Ryland spojrzał w tamtą stronę, czując, jak powoli traci panowanie nad ciałem.

- Rocky już się wszystkim zajął - oznajmił Simon, kładąc skafander na szafkę z butami. - Jak twoja noga?

Chciał odpowiedzieć, ale nie mógł. Kolory przestały być realistyczne.

Wszystko przestało być realne.

- Ryland? Co się stało?

Ciemno.

Jasno.

Ciemno.

Jasno.

Ciemno.

Jasno.

- Rye, słyszysz mnie w ogóle?

Nie słyszał. W tym momencie osunął się na podłogę zdecydowanie zbyt gwałtownie, próbując złapać oddech.

- Ryland! - Simon podbiegł do niego i powstrzymał go przed upadkiem. - Rye, co ci...

Przerwał nagle, kiedy poczuł, jak bardzo Ryland drży. Właściwie to było za mało powiedziane. On miał drgawki. Wręcz epileptyczne. Widział coś takiego na Eden. Takie osoby stawały się zazwyczaj pożywką dla Ostatniego Drzewa.

Ale cokolwiek Rylandowi było, wyglądało to na o wiele łagodniejszą wersję tej przypadłości.

I zdecydowanie nie mógł oddychać normalnie.

- Kurwa pierdolona jego mać - warknął Simon, kładąc Rylanda na podłodze. - Rye, spójrz na mnie! Ryland!

Simon spojrzał w jego oczy. Były otwarte, ale wzrok miał nieobecny.

To już się kiedyś stało. Wtedy, kiedy Simon nieopatrznie zasiał trawę w ogrodzie.

Tylko wtedy Ryland się tak nie trząsł.

Simon przytulił go do siebie, przytrzymując mu głowę. Jego ciało było zupełnie bezwładne. Jakby nie miał kości.

Simon zacisnął powieki. Łzy cisnęły mu się do oczu.

Musi sam się uspokoić, jeśli chce pomóc Rylandowi. Co z tego, że czuł się tak, jakby życie uciekało mu przez palce?

Tyle, że nie jego własne.

- Rye, ocknij się - Simon objął jego nogi i podniósł go. - Rye, gdziekolwiek jesteś, wróć do mnie. Wszystko jest już w porządku, jesteś bezpieczny.

Sam w to nie wierzył, ale wiedział, że właśnie takie rzeczy musiał mówić. Po pierwsze, żeby opanować sytuację. Po drugie, żeby samemu nie zwariować. Po trzecie, kiedy Ryland go w taki sposób uspokajał, to zazwyczaj pomagało.

Zabrał go do sypialni i położył na łóżku. Drżenie kończyn nie ustępowało. Oddech wciąż był nierówny, a wzrok pusty.

- Rye? - Simon położył mu dłoń na brzuchu. - Oddychaj. Ja wiem, że to trudne, ale musisz spróbować. Słyszysz mnie? Wdech i wydech. Powoli. Wsłuchaj się w mój głos. Rocky już naprawił cokolwiek, co się zepsuło. Nie musimy już się bać. Obaj jesteśmy bezpieczni.

Ryland zacisnął palce na kołdrze. To już był jakiś postęp. Zaczął przynajmniej reagować w jakikolwiek sposób na otoczenie.

Simon położył się obok niego i odgarnął mu włosy z twarzy.

- Oddychaj, Rye - szepnął. - Musisz postarać się wrócić, bo nie mam pojęcia, dokąd ode mnie uciekłeś.

Zaczął znowu nucić melodię tej piosenki o mieście gwiazd, gładząc Rylanda prawą dłonią po włosach i lewą starając się nieco na siłę regulować jego oddech. Może to nie było zbyt delikatne rozwiązanie, ale chociaż pomagało.

W końcu po kilku minutach, które wydawały mu się wiecznością, poczuł na sobie czyjś wzrok. Drżenie kończyn powoli ustało. Tylko oddech pozostał nierówny.

- Rye? - Simon spojrzał na niego.

Ryland uśmiechnął się słabo i powoli położył swoją dłoń na jego. Simon uśmiechnął się niemrawo.

- Jesteś tu? - spytał, patrząc Rylandowi w oczy, ale nie uzyskał werbalnej odpowiedzi, jedynie przesunięcie palcem po dłoni.

Simon kiwnął głową i przytulił się do jego ramienia. Przymknął oczy, zastanawiając się, co niby Ryland komuś zrobił, że wiecznie coś mu się dzieje.

Wszechświat ma zdecydowanie zjebane poczucie humoru.

- Simon?

Podniósł wzrok na Rylanda.

- Hm?

- Jestem tu - powiedział Ryland słabym głosem. - Nie musisz się już martwić...

- Tego nie byłbym taki pewien - stwierdził Simon, łapiąc go za ramiona i sadzając ostrożnie na łóżku. - Mogę zadać ci jedno zasadnicze pytanie?

- Chyba tak...

- Okej - Simon uśmiechnął się sztucznie i spoważniał. - CO TO, KURWA, BYŁO?!

- Au, au, au, moje bębenki - Ryland nieporadnie zasłonił sobie uszy. - Możesz nie krzyczeć? Nadal kołuje mi się w głowie...

- Łatwo ci mówić - stwierdził Simon łamiącym się głosem. - Myślałem, że cię straciłem. Że mi tu zaraz umrzesz i już nigdy... Naprawdę, Rye, co to, kurwa, było?

- Psychogenny napad rzekomopadaczkowy?

- A możesz po angielsku?

- Coś pomiędzy atakiem paniki i epilepsją.

- Pojebie mnie, od kiedy takie rzeczy ci się niby przytrafiają?

- Odkąd prawie umarłem z głodu, zanim Eridianie zrobili mi szejki witaminowe - odparł Ryland. - W sensie, wtedy zdarzało mi się to często, bo moja psychika trzymała się na włosku.

- Czemu nic nie powiedziałeś?

- Bo od dwudziestu lat nie miałem aż tak silnego epizodu - Ryland westchnął, masując skronie palcami. - Poza tym jednym razem na trawie...

- To też serio było to?!

- Tak, ale wtedy szybciej się ocknąłem i fizycznie nic mi wtedy nie było - Ryland westchnął ciężko. - Nadal mam problem z oddychaniem...

- Przepraszam, za szybko kazałem ci wszystko wyjaśniać - mruknął Simon. - Po prostu... Nie strasz mnie tak więcej. Nie mogę... Nie mogę nawet myśleć o tym, co by było, gdybyś...

Simon przymknął oczy i zacisnął dłonie w pięści.

- Simon?

- Nie możesz. Nie pozwalam ci - warknął Simon, łapiąc go za koszulę. - Zabraniam ci umierać, Ryland. Nigdzie nie wybieraj się beze mnie, zrozumiałeś?

- Mhm - Ryland objął go ramieniem. - Przepraszam, że cię wystraszyłem.

- Powinieneś mówić mi o takich rzeczach - stwierdził Simon. - Nawet, jeśli nie zdarzało ci się to od lat.

- Nie chciałem cię martwić.

- To ci się, kurwa, nie udało.

- Przepraszam - Ryland przymknął oczy i wtulił twarz w jego włosy.

- To normalne, że ci teraz serce tak wali? - spytał Simon.

- Tak.

- Żebyś mi tu zawału nie dostał.

- Nie powinienem.

- To nie brzmi dobrze, Ryland!

- Dzisiaj mnie już nic nie zdziwi.

- Głupi jesteś.

- Być może.

Simon westchnął i pogłaskał go po plecach.

- Ale oddychasz już prawie normalnie.

- Przynajmniej tyle.

- Będziesz mnie dalej tak straszył?

- Postaram się nie.

- To nadal nie brzmi dobrze - stwierdził Simon. - Powinieneś się chociaż zdrzemnąć.

- Nie lubię spać w ubraniach.

- Mam cię przebrać?

- Sam się przebiorę.

- Jasne. Po ataku pseudo padaczki czy chuj wie czego i ze skręconą kostką. Już to widzę - prychnął Simon, wstając. - Leż tu, zaraz wrócę.

- Na pewno? - Ryland spojrzał na niego zmęczonym wzrokiem.

Simon przeczesał mu włosy palcami.

- Wezmę tylko twoją piżamę, Rye. Nie panikuj - powiedział spokojnie i wyszedł z sypialni.

sobota, 22 sierpnia 2026

The only source of light in the total darkness II

 Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język

Notka autorska: Próbuję pamiętać o tym, żeby to dodawać, ale mam gościa i zapominam. Btw, właśnie obejrzałam PHM po raz czwarty. XD





- Gdzie właściwie zastała cię ta awaria? - spytał Simon, idąc w stronę ich domu.

- Niedaleko od miejsca, w którym mnie znalazłeś - przyznał Ryland. - Próbowałem zrobić kilka kroków, jak już przestałem panikować, ale tylko sturlałem się ze wzgórza i chyba nadwyrężyłem kostkę.

- Zrobiłeś co?!

- Trochę mnie boli, jak nią ruszam...

- Skręciłeś sobie kostkę?

- Nadwyrężyłem. Poboli i przestanie.

- Ryland.

- No dobra, skręciłem. Boli nawet, jak nią nie ruszam.

- I ty chciałeś iść sam?

- Adrenalina?

- Nie wytrzymam z tobą - Simon westchnął ciężko. - Ale to wyjaśnia, czemu się skrzywiłeś, jak ci zakładałem skafander na jedną nogę.

- Aż tak dobrze widzisz w tej całkowitej ciemności?

- Nadal mnie tylko słyszysz?

- Tak?

- To nie napawa mnie optymizmem - mruknął Simon, otwierając drzwi.

Blady blask zielonego wyświetlacza zegarka na baterie nadal był jedynym źródłem światła.

- Zostawię cię tutaj, może będziesz mógł cokolwiek zobaczyć - Simon posadził Rylanda na krześle i poszedł do piwnicy.

Ryland westchnął ciężko i spojrzał na godzinę. Zieleń cyfr nieco podrażniła jego oczy, zanim znowu przyzwyczaił się do faktu, że widzi cokolwiek.

Minęło z kilkadziesiąt minut, odkąd zaczęła się ta awaria, a on i tak czuł się, jakby przynajmniej trwało to kilka godzin.

I oczywiście musiał się uszkodzić, bo jakaś siła wyższa ewidentnie czerpała z tego co najmniej niezdrową satysfakcję.

- Rye, mamy problem - oznajmił Simon, wracając do pokoju. - Nie mogę znaleźć tych butli.

- Jak to "nie możesz"? - Ryland zmarszczył brwi.

- Nie ma ich. Były w kącie piwnicy, ale ich tam nie ma - odpowiedział nerwowo Simon.

Ryland przymknął oczy i próbował sobie przypomnieć, co ostatnio robił w laboratorium z Rockym i Adrian.

Potrzebował tlenu do czegoś?

Nie, chyba nie.

Albo może...?

...

O nie.

- ...Simon, ja je chyba zabrałem do Hail Mary - powiedział cicho.

- Zrobiłeś co?!

- Ja potrzebowałem ich do mojego eksperymentu, Adrian do swojego i jakoś tak wyszło - wyjaśnił Ryland. - Zapomniałem ich stamtąd z powrotem przynieść, jak widać.

- Idę powiadomić Rocky'ego w takim razie, siedź tu - stwierdził Simon, ruszając w kierunku drzwi.

- Czekaj! - Ryland próbował wstać, ale jedynie się przewrócił, zapomniawszy, że jest w skafandrze i że ma skręconą kostkę.

Simon podbiegł do niego i pomógł mu usiąść.

- Co ty znowu wyprawiasz? - spytał Simon.

- Nie bądź na mnie zły - powiedział cicho Ryland. - Nie chcę, żeby ostatnie, co zobaczę przed ewentualnym zgonem, było twoje zirytowane spojrzenie.

- ...głupi jesteś - Simon przytknął swoje czoło do jego. - Kocham cię, okej? Nie gniewam się.

- Na pewno?

- Na pewno - Simon położył dłoń na policzku Rylanda, a ten przechylił nieco głowę, by przynajmniej mieć iluzję tego, że ich ciała się dotknęły.

Jak w przypadku jego jakiegokolwiek kontaktu z Rockym...

- Idę - oznajmił Simon, wstając. - Nie uduś się tutaj.

Ryland zaśmiał się krótko, przymykając oczy. Jeśli miał jakkolwiek zapamiętać Simona, to właśnie w taki sposób.

* * *

Simon dobiegł do bariery i odkrył, że Rocky już tam był i coś majstrował przy jednym z mechanizmów.

- Grace w porządku, pytanie? - spytał Rocky, przerywając pracę na chwilę.

- Uszkodził sobie nogę, ale żyje, jeśli o to pytasz - odparł Simon z ulgą w głosie. - Zapomnieliście przynieść butle z tlenem z powrotem do naszego domu, matoły.

- Rocky nic o tym nie wie. Rocky spyta o to Adrian, stwierdzenie - Rocky wrócił do pracy przy urządzeniu.

- Niech ci będzie - stwierdził Simon i chciał machnąć ręką, ale ksenonit mu to nieco utrudnił. - Czyli macie to już pod kontrolą, tak?

- Tak, tak, tak - przyznał Rocky. - Simon zaopiekuje się Grace i jego nogą, pytanie?

- Możesz zostawić to w moich rękach, zwłaszcza w tej, którą sam zrobiłeś - obiecał Simon.

- Rocky nie zrobił ręki Simona sam, Adrian stworzył cały projekt - poprawił go Rocky.

- Szczegóły - Simon uśmiechnął się do niego i wtedy światło wróciło. - O, super, nie będę teraz jedynym, który cokolwiek widzi.

- Co Simon ma na myśli, pytanie?

- Wyszło na to, że widzę w ciemnościach przez mutacje - odparł Simon. - Z jednej strony to dobrze, ale...

Simon westchnął ciężko i spojrzał na swoją lewą rękę.

- Simon przejmuje się, że nie jest człowiekiem, pytanie?

Simon podniósł na niego wzrok.

- Rocky myślał, że Grace wyjaśnił Simonowi dawno temu, że Simon jest człowiekiem, stwierdzenie - mruknął Rocky. - Simon głupi, stwierdzenie. Kiedy ostatnio Simon spał, pytanie?

- Nie jestem Rylandem, umiem zapanować nad swoim trybem snu - stwierdził Simon. - Ale dzięki, stary. Ty na pewno jesteś bardziej obiektywny niż Ryland i Adrian.

- Tak, tak, tak. A teraz niech Simon już idzie, Rocky musi jeszcze parę rzeczy sprawdzić - Rocky odpędził go od bariery.

Simon uśmiechnął się i zdjął kombinezon, po czym ruszył w drogę powrotną do domu.

środa, 19 sierpnia 2026

The only source of light in the total darkness I

 Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język

Notka autorska: Witam serdelecznie! Zgadnijcie, co. W sumie i tak długą przerwę miałam, nie? XD




Simon siedział w ogrodzie i pielił grządki, kiedy nagle zgasły wszystkie światła. Odłożył łopatkę i rozejrzał się.

Było tak ciemno, że ostatni raz doświadczył czegoś takiego na Eden. Nawet w więzieniu strażnicy raczej prędzej postaraliby się torturować ich ostrym światłem, niż ciemnością. Także od jakichś trzydziestu lat, jeśli dobrze liczy, bo odkąd Eridianie znaleźli sposób na przedłużenie im życia, zaczął się już w tym wszystkim gubić, jego świat skąpany był w blasku żarówek.

Słońce ostatni raz widział, gdy miał niecały miesiąc i mama poszła z nim do pracy, bo nie miała go z kim zostawić.

I tylko dlatego oboje przeżyli Ciche Zniknięcie.

Simon westchnął i po omacku zaczął iść w stronę drzwi, orientując się przy okazji, że jego wzrok powoli zaczął przyzwyczajać się do zmiany oświetlenia, a raczej jego braku. A nawet zaryzykowałby stwierdzenie, że jego oczy zdecydowanie zbyt dobrze widziały.

...

- Kolejna mutacja, co? - mruknął do siebie, chwytając klamkę od drzwi do ogrodu.

Wszedł do środka, uważając, by nie potknąć się o próg. Zdjął rękawiczki i odłożył je na stół.

Jedynym źródłem światła w całym domu był zegarek na baterie stojący na szafce. Jego bladozielony blask wyglądał w tych egipskich ciemnościach wręcz niepokojąco.

Simon podszedł do lodówki i otworzył ją, odkrywając, że ona również nie działa. Zaczął się zastanawiać, jak długo zajmie Eridianom naprawa tej awarii. Będą musieli zjeść jak najwięcej rzeczy, albo oddać je Adrian i Rocky'emu. Nie miał zamiaru wyrzucać czegokolwiek.

I kiedy otworzył słoiczek z sojowym jogurtem i już nawet zdążył zanurzyć w nim łyżeczkę, nagle coś do niego dotarło.

Odwrócił się gwałtownie w stronę zegarka. Nadal, mimo upływu tych wszystkich lat, miał mały problem z rozczytaniem liczb Eridian, dlatego dopiero teraz zorientował się, która była godzina.

Którąkolwiek ten szmelc na baterie wskazywał, Simon rozpoznał, że właśnie te znaki widział codziennie mniej więcej w momencie, kiedy Ryland wracał do domu. Więc albo siedzi teraz bezpiecznie ze swoimi uczniami, albo to zaciemnienie zastało go w drodze. W klasie pewnie ma jakąś latarkę, ale czy pamiętał, żeby ją ze sobą zabrać? Pomyślał w ogóle o możliwości, że coś takiego się stanie, jeśli nie zdarzyło się to... Według doświadczenia Simona, nigdy?

...

To Ryland. Oczywiście, że tego nie przewidział.

- Kurwa mać - warknął Simon, wrzucając słoik z nadjedzonym jogurtem sojowym do lodówki.

I wtedy dotarło do niego jeszcze coś bardziej przerażającego.

Lodówka nie działała.

Nie tylko światło zgasło.

Cały prąd szlag trafił.

Co oznacza, że...

- Kurwa! - Simon podbiegł do drzwi i otworzył je na oścież. - Ryland!

Biegł co sił w nogach, chociaż teoretycznie powinien oszczędzać tlen.

Bo dokładnie to im właśnie groziło. Skoro lodówka zgasła, to wysiadło wszystko. Łącznie z mechanizmami podtrzymującymi ich życie.

- Rye! - zawołał go raz jeszcze, rozglądając się wokół.

Muszą jak najszybciej powiadomić Rocky'ego. Ryland mówił, że gdzieś w domu są schowane kombinezony zrobione z ksenonitu.

Simon zatrzymał się gwałtownie. Powinien się cofnąć i je znaleźć. Ryland i tak go teraz nie usłyszy.

Jak pomyślał, tak zrobił. Pobiegł od razu do piwnicy i zaczął przekopywać wszystkie kartony, w dużej mierze wypełnione nietrafionymi prezentami od Adrian i Rocky'ego, których Ryland wstydził się oddać albo nawet przyznać, że mu się nie podobają.

W końcu znalazł pudło, w którym znajdowały się dwa ksenonitowe skafandry złożone w kostkę. Założył jeden, ale był tak niewygodny i poruszał się w nim tak wolno, że postanowił zrobić to dopiero, jak już znajdzie Rylanda. Wrzucił kombinezon z powrotem do pudła i wybiegł ponownie z domu.

Tym razem potknął się o ten cholerny próg.

- Ryland! - zawołał jeszcze raz, mając nadzieję, że ten w końcu go usłyszy.

Może powinien jednak biec w stronę bariery, żeby dać znać Rocky'emu, co się dzieje? Eridianie pewnie nawet nie zauważyli, że wszystko jebnęło! Przecież są ślepi!

Ale wtedy ryzykowałby życie Rylanda. Nie. Najpierw musi go znaleźć i wepchnąć go w ten cholerny skafander, a potem dopiero szukać pomocy.

- Rye! - spróbował raz jeszcze.

- Simon...?!

I prawie się przewrócił, gdy tylko usłyszał z oddali głos Rylanda.

Czyli miał, kurwa, rację. Ten matoł naprawdę akurat wracał do domu, bez latarki i teraz błądził po enklawie w ciemnościach!

- Siedź tam, gdzie jesteś, już idę! - zawołał Simon, biegnąc w stronę, z której usłyszał głos. - Tylko mów do mnie, będzie łatwiej!

- Co łatwiej?!

- Znaleźć cię!

- Czekaj, ty biegniesz?!

- Już cię widzę! - Simon zauważył rozmazaną sylwetkę Rylanda siedzącego na piasku.

Kiedy tylko się zbliżył, jego uwagę przykuło więcej niepokojących szczegółów. Ryland nie tyle siedział, co był skulony do pozycji embrionalnej. Oddychał bardzo płytko i zdecydowanie miał za wysoką temperaturę, co Simon poczuł, gdy złapał go za ramię.

- Rany Julek! - zawołał, odskakując od niego. - Simon?

- Tak, to ja - przyznał Simon. - Wszystko w porządku?

- Nic nie jest w porządku! - Ryland złapał go za koszulkę. - Mechanizmy podtrzymywania życia nie działają, światło zgasło, kompletnie nic nie widać!

- Twoje oczy nie przyzwyczaiły się jeszcze do ciemności? - zdziwił się Simon, zakładając skafander.

- Co? Jak niby by miały? Nie ma absolutnie ani jednego fotonu, o który mój wzrok mógłby się teraz zaczepić, żeby działać! - Ryland złapał się za włosy. - W pierwszym momencie myślałem, że nagle oślepłem, jeśli mam być szczery. Dopiero jak zaczęło się robić cieplej, to zrozumiałem, że jest jeszcze gorzej, niż podejrzewałem!

- Czekaj, to ty serio nic nie widzisz? - spytał Simon, zdając sobie sprawę, czemu Ryland nadal nie założył skafandra.

- ...a ty widzisz? - Ryland odwrócił się w jego stronę, ale rzeczywiście w ogóle na niego nie patrzył. - Jak?

- Pewnie mutacja - Simon wzruszył ramionami. - Czekaj, pomogę ci wcisnąć się w ten ksenonitowy szajs.

- Ksenon... Zabrałeś skafandry? - spytał Ryland, szeroko otwierając oczy.

- Pomyślałem, że zanim Eridianie coś wymyślą, musimy mieć jakąś ochronę - stwierdził Simon.

- A wziąłeś butle z tlenem?

- Już z pudłem było trudno się poruszać, aż tak dobrych latarek w oczach nie mam - odparł Simon, pomagając Rylandowi założyć skafander. - A ty powinieneś mieć swoją na wypadek, gdyby coś takiego stało się ponownie.

- Spróbuję pamiętać - Ryland westchnął ciężko. - Podasz mi laskę?

- Jesteś w stanie ją złapać w tym skafandrze?

- Wątpię, ale przecież nie będziesz mnie teraz... - Ryland krzyknął z przestrachu, kiedy Simon wziął go na ręce. - Simon, ja naprawdę mogę iść sam.

- A potem będziesz marudził, że cię stawy bolą.

- Nie lubię być taki ubezwłasnowalniany...

- Wiem, ale musimy się dostać do butli tlenowych, a to i tak nam trochę zajmie w tym szajsie.

- Niech ci będzie - Ryland próbował jakkolwiek wtulić się w Simona, żeby poczuć się lepiej, ale ksenonit dostatecznie blokował jakiekolwiek subtelniejsze ruchy.

I tyle z korzyści bycia naukowcem rasy noszonej...