Blog zawiera treści o związkach męsko-męskich i damsko-damskich. Jeżeli nie lubisz yaoi i yuri, to naciśnij czerwony krzyżyk i nie czytaj, zamiast obrzucać mnie błotem. Dziękuję za uwagę.

Polecany post

Five Flowers of Joy and One of Sadness I

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary) Dozwolone od: 17+ Gatunek tekstu: sc...

niedziela, 23 sierpnia 2026

The only source of light in the total darkness III

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język (i w tej części jest opisany tak silny atak paniki, że aż przybiera formę fizyczną)

Notka autorska: Fandom PHM musi przestać podsuwać mi angstowe pomysły. To naprawdę nie moja wina, widziałam to już u trzech autorek. I z góry przepraszam, jeśli palnęłam jakąś medyczną bzdurę, ale przysięgam, że zrobiłam dokładny risercz. Także tak.



Ryland nadal siedział na podłodze, tuląc nogi do siebie. Włosy przykleiły mu się do czoła i miał wrażenie, że trochę ciężko mu się oddychało.

Musiał się uspokoić. Simon na pewno bez problemu dotarł do Rocky'ego i o wszystkim go powiadomił. Jest bezpieczny i nic mu nie grozi. Im obu nic nie grozi. Całej ich czwórce nic nie grozi.

Zacisnął mocniej powieki. Dekadę spędził sam, z samymi Eridianami, posługując się głównie mieszanką nutek i angielskich słów. Aż dziwne, że nie zaczął świergotać jak Rocky, kiedy po raz pierwszy rozmawiał z Simonem.

No właśnie. Od tamtego czasu zapomniał już, jak to jest być jedynym człowiekiem na Erid. Nie pamiętał życia bez Simona. Czasem wydawało mu się to tylko snem.

Że ktoś go kochał. Że ktoś go rozumiał. Że ktoś go do niczego nie zmuszał. Że miał wybór, czy iść z kimś do łóżka, czy nie. Że ktoś był na każde jego zawołanie i nie marudził na wszystkie jego nawyki i ekscesy.

A co jeśli Simon naprawdę tylko mu się przyśnił? Co jeśli podświadomie tak mocno pragnął bliskości drugiego człowieka, że go sobie wymyślił? Co jeśli przez tę dekadę od obudzenia się ze śpiączki do momentu, kiedy Adrian znalazł tę łódź podwodną, tylko mu się wydawało, że nie potrzebuje ludzkiego dotyku do życia?

Co jeśli...

Ryland spojrzał na sufit, kiedy żarówka zamrugała i światło rozlało się po pomieszczeniu. Westchnął z ulgą i powoli ściągnął skafander.

Jednak to pytanie pozostało w jego głowie.

Co jeśli?

- Uspokój się - mruknął do siebie, ale palce jego lewej dłoni zaczęły lekko drżeć. - Nic się nie dzieje, Rylandzie. Oddychaj.

Ale nie mógł nabrać powietrza w płuca. Nie mógł ich napełnić. Oddychał płytko, licząc powoli do dziesięciu.

Nagle zdał sobie sprawę, że parę razy już się tak czuł. Ostatnio kilka lat wcześniej, jak Simon zasiał trawę w ich ogrodzie. Ale wtedy bardziej utknął we wspomnieniu, najgorszym, jakie miał.  Eridianie przyjęli pod swój dach, ale ludzie go zdradzili. Na dokładkę był tchórzem i nieudacznikiem życiowym.

Simon go wtedy posadził i włączył mu się tryb ucieczki, potem tryb walki, aż w końcu przez cichą melodię nuconą przez jego ukochanego wrócił do zmysłów. Ten atak był bardziej dysocjacyjny, niż fizyczny.

W przeciwieństwie do czasów, kiedy Simona jeszcze nie było. Kiedy dopiero co wyzdrowiał po wszystkich szkorbutach i innych beri-beri. Kiedy nadal nie wiedział, jak będzie wyglądała jego przyszłość i czy w ogóle jakaś dla niego istnieje.

Rocky był wtedy przerażony. Nie wiedział, co robić, ani co się dzieje. Ryland pamięta tylko trójpalczastą dłoń Adrian, gładzącą go po włosach.

Teraz już liczył do stu.

Gdzie Simon?

Gdzie Rocky?

Gdzie Adrian?

Cokolwiek się stało, naprawili to. Naprawili to i wszystko jest już w porządku. Simon zaraz wróci i będzie mógł... Będą mogli...

Mogli...

Mógł czy mogli?

Jest tu sam, czy ktoś tu jeszcze jest?

Gdzie Simon?

Gdzie Rocky?

Gdzie Adrian?

Miał mroczki przed oczami i mętlik w głowie.

Palce jego prawej dłoni też już drżały.

Drzwi skrzypnęły, kiedy Simon je otworzył. Ryland spojrzał w tamtą stronę, czując, jak powoli traci panowanie nad ciałem.

- Rocky już się wszystkim zajął - oznajmił Simon, kładąc skafander na szafkę z butami. - Jak twoja noga?

Chciał odpowiedzieć, ale nie mógł. Kolory przestały być realistyczne.

Wszystko przestało być realne.

- Ryland? Co się stało?

Ciemno.

Jasno.

Ciemno.

Jasno.

Ciemno.

Jasno.

- Rye, słyszysz mnie w ogóle?

Nie słyszał. W tym momencie osunął się na podłogę zdecydowanie zbyt gwałtownie, próbując złapać oddech.

- Ryland! - Simon podbiegł do niego i powstrzymał go przed upadkiem. - Rye, co ci...

Przerwał nagle, kiedy poczuł, jak bardzo Ryland drży. Właściwie to było za mało powiedziane. On miał drgawki. Wręcz epileptyczne. Widział coś takiego na Eden. Takie osoby stawały się zazwyczaj pożywką dla Ostatniego Drzewa.

Ale cokolwiek Rylandowi było, wyglądało to na o wiele łagodniejszą wersję tej przypadłości.

I zdecydowanie nie mógł oddychać normalnie.

- Kurwa pierdolona jego mać - warknął Simon, kładąc Rylanda na podłodze. - Rye, spójrz na mnie! Ryland!

Simon spojrzał w jego oczy. Były otwarte, ale wzrok miał nieobecny.

To już się kiedyś stało. Wtedy, kiedy Simon nieopatrznie zasiał trawę w ogrodzie.

Tylko wtedy Ryland się tak nie trząsł.

Simon przytulił go do siebie, przytrzymując mu głowę. Jego ciało było zupełnie bezwładne. Jakby nie miał kości.

Simon zacisnął powieki. Łzy cisnęły mu się do oczu.

Musi sam się uspokoić, jeśli chce pomóc Rylandowi. Co z tego, że czuł się tak, jakby życie uciekało mu przez palce?

Tyle, że nie jego własne.

- Rye, ocknij się - Simon objął jego nogi i podniósł go. - Rye, gdziekolwiek jesteś, wróć do mnie. Wszystko jest już w porządku, jesteś bezpieczny.

Sam w to nie wierzył, ale wiedział, że właśnie takie rzeczy musiał mówić. Po pierwsze, żeby opanować sytuację. Po drugie, żeby samemu nie zwariować. Po trzecie, kiedy Ryland go w taki sposób uspokajał, to zazwyczaj pomagało.

Zabrał go do sypialni i położył na łóżku. Drżenie kończyn nie ustępowało. Oddech wciąż był nierówny, a wzrok pusty.

- Rye? - Simon położył mu dłoń na brzuchu. - Oddychaj. Ja wiem, że to trudne, ale musisz spróbować. Słyszysz mnie? Wdech i wydech. Powoli. Wsłuchaj się w mój głos. Rocky już naprawił cokolwiek, co się zepsuło. Nie musimy już się bać. Obaj jesteśmy bezpieczni.

Ryland zacisnął palce na kołdrze. To już był jakiś postęp. Zaczął przynajmniej reagować w jakikolwiek sposób na otoczenie.

Simon położył się obok niego i odgarnął mu włosy z twarzy.

- Oddychaj, Rye - szepnął. - Musisz postarać się wrócić, bo nie mam pojęcia, dokąd ode mnie uciekłeś.

Zaczął znowu nucić melodię tej piosenki o mieście gwiazd, gładząc Rylanda prawą dłonią po włosach i lewą starając się nieco na siłę regulować jego oddech. Może to nie było zbyt delikatne rozwiązanie, ale chociaż pomagało.

W końcu po kilku minutach, które wydawały mu się wiecznością, poczuł na sobie czyjś wzrok. Drżenie kończyn powoli ustało. Tylko oddech pozostał nierówny.

- Rye? - Simon spojrzał na niego.

Ryland uśmiechnął się słabo i powoli położył swoją dłoń na jego. Simon uśmiechnął się niemrawo.

- Jesteś tu? - spytał, patrząc Rylandowi w oczy, ale nie uzyskał werbalnej odpowiedzi, jedynie przesunięcie palcem po dłoni.

Simon kiwnął głową i przytulił się do jego ramienia. Przymknął oczy, zastanawiając się, co niby Ryland komuś zrobił, że wiecznie coś mu się dzieje.

Wszechświat ma zdecydowanie zjebane poczucie humoru.

- Simon?

Podniósł wzrok na Rylanda.

- Hm?

- Jestem tu - powiedział Ryland słabym głosem. - Nie musisz się już martwić...

- Tego nie byłbym taki pewien - stwierdził Simon, łapiąc go za ramiona i sadzając ostrożnie na łóżku. - Mogę zadać ci jedno zasadnicze pytanie?

- Chyba tak...

- Okej - Simon uśmiechnął się sztucznie i spoważniał. - CO TO, KURWA, BYŁO?!

- Au, au, au, moje bębenki - Ryland nieporadnie zasłonił sobie uszy. - Możesz nie krzyczeć? Nadal kołuje mi się w głowie...

- Łatwo ci mówić - stwierdził Simon łamiącym się głosem. - Myślałem, że cię straciłem. Że mi tu zaraz umrzesz i już nigdy... Naprawdę, Rye, co to, kurwa, było?

- Psychogenny napad rzekomopadaczkowy?

- A możesz po angielsku?

- Coś pomiędzy atakiem paniki i epilepsją.

- Pojebie mnie, od kiedy takie rzeczy ci się niby przytrafiają?

- Odkąd prawie umarłem z głodu, zanim Eridianie zrobili mi szejki witaminowe - odparł Ryland. - W sensie, wtedy zdarzało mi się to często, bo moja psychika trzymała się na włosku.

- Czemu nic nie powiedziałeś?

- Bo od dwudziestu lat nie miałem aż tak silnego epizodu - Ryland westchnął, masując skronie palcami. - Poza tym jednym razem na trawie...

- To też serio było to?!

- Tak, ale wtedy szybciej się ocknąłem i fizycznie nic mi wtedy nie było - Ryland westchnął ciężko. - Nadal mam problem z oddychaniem...

- Przepraszam, za szybko kazałem ci wszystko wyjaśniać - mruknął Simon. - Po prostu... Nie strasz mnie tak więcej. Nie mogę... Nie mogę nawet myśleć o tym, co by było, gdybyś...

Simon przymknął oczy i zacisnął dłonie w pięści.

- Simon?

- Nie możesz. Nie pozwalam ci - warknął Simon, łapiąc go za koszulę. - Zabraniam ci umierać, Ryland. Nigdzie nie wybieraj się beze mnie, zrozumiałeś?

- Mhm - Ryland objął go ramieniem. - Przepraszam, że cię wystraszyłem.

- Powinieneś mówić mi o takich rzeczach - stwierdził Simon. - Nawet, jeśli nie zdarzało ci się to od lat.

- Nie chciałem cię martwić.

- To ci się, kurwa, nie udało.

- Przepraszam - Ryland przymknął oczy i wtulił twarz w jego włosy.

- To normalne, że ci teraz serce tak wali? - spytał Simon.

- Tak.

- Żebyś mi tu zawału nie dostał.

- Nie powinienem.

- To nie brzmi dobrze, Ryland!

- Dzisiaj mnie już nic nie zdziwi.

- Głupi jesteś.

- Być może.

Simon westchnął i pogłaskał go po plecach.

- Ale oddychasz już prawie normalnie.

- Przynajmniej tyle.

- Będziesz mnie dalej tak straszył?

- Postaram się nie.

- To nadal nie brzmi dobrze - stwierdził Simon. - Powinieneś się chociaż zdrzemnąć.

- Nie lubię spać w ubraniach.

- Mam cię przebrać?

- Sam się przebiorę.

- Jasne. Po ataku pseudo padaczki czy chuj wie czego i ze skręconą kostką. Już to widzę - prychnął Simon, wstając. - Leż tu, zaraz wrócę.

- Na pewno? - Ryland spojrzał na niego zmęczonym wzrokiem.

Simon przeczesał mu włosy palcami.

- Wezmę tylko twoją piżamę, Rye. Nie panikuj - powiedział spokojnie i wyszedł z sypialni.