Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary
Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)
Dozwolone od: 17+
Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU
Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"
Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język
Notka autorska: Witam serdelecznie! Zgadnijcie, co. W sumie i tak długą przerwę miałam, nie? XD
Simon siedział w ogrodzie i pielił grządki, kiedy nagle zgasły wszystkie światła. Odłożył łopatkę i rozejrzał się.
Było tak ciemno, że ostatni raz doświadczył czegoś takiego na Eden. Nawet w więzieniu strażnicy raczej prędzej postaraliby się torturować ich ostrym światłem, niż ciemnością. Także od jakichś trzydziestu lat, jeśli dobrze liczy, bo odkąd Eridianie znaleźli sposób na przedłużenie im życia, zaczął się już w tym wszystkim gubić, jego świat skąpany był w blasku żarówek.
Słońce ostatni raz widział, gdy miał niecały miesiąc i mama poszła z nim do pracy, bo nie miała go z kim zostawić.
I tylko dlatego oboje przeżyli Ciche Zniknięcie.
Simon westchnął i po omacku zaczął iść w stronę drzwi, orientując się przy okazji, że jego wzrok powoli zaczął przyzwyczajać się do zmiany oświetlenia, a raczej jego braku. A nawet zaryzykowałby stwierdzenie, że jego oczy zdecydowanie zbyt dobrze widziały.
...
- Kolejna mutacja, co? - mruknął do siebie, chwytając klamkę od drzwi do ogrodu.
Wszedł do środka, uważając, by nie potknąć się o próg. Zdjął rękawiczki i odłożył je na stół.
Jedynym źródłem światła w całym domu był zegarek na baterie stojący na szafce. Jego bladozielony blask wyglądał w tych egipskich ciemnościach wręcz niepokojąco.
Simon podszedł do lodówki i otworzył ją, odkrywając, że ona również nie działa. Zaczął się zastanawiać, jak długo zajmie Eridianom naprawa tej awarii. Będą musieli zjeść jak najwięcej rzeczy, albo oddać je Adrian i Rocky'emu. Nie miał zamiaru wyrzucać czegokolwiek.
I kiedy otworzył słoiczek z sojowym jogurtem i już nawet zdążył zanurzyć w nim łyżeczkę, nagle coś do niego dotarło.
Odwrócił się gwałtownie w stronę zegarka. Nadal, mimo upływu tych wszystkich lat, miał mały problem z rozczytaniem liczb Eridian, dlatego dopiero teraz zorientował się, która była godzina.
Którąkolwiek ten szmelc na baterie wskazywał, Simon rozpoznał, że właśnie te znaki widział codziennie mniej więcej w momencie, kiedy Ryland wracał do domu. Więc albo siedzi teraz bezpiecznie ze swoimi uczniami, albo to zaciemnienie zastało go w drodze. W klasie pewnie ma jakąś latarkę, ale czy pamiętał, żeby ją ze sobą zabrać? Pomyślał w ogóle o możliwości, że coś takiego się stanie, jeśli nie zdarzyło się to... Według doświadczenia Simona, nigdy?
...
To Ryland. Oczywiście, że tego nie przewidział.
- Kurwa mać - warknął Simon, wrzucając słoik z nadjedzonym jogurtem sojowym do lodówki.
I wtedy dotarło do niego jeszcze coś bardziej przerażającego.
Lodówka nie działała.
Nie tylko światło zgasło.
Cały prąd szlag trafił.
Co oznacza, że...
- Kurwa! - Simon podbiegł do drzwi i otworzył je na oścież. - Ryland!
Biegł co sił w nogach, chociaż teoretycznie powinien oszczędzać tlen.
Bo dokładnie to im właśnie groziło. Skoro lodówka zgasła, to wysiadło wszystko. Łącznie z mechanizmami podtrzymującymi ich życie.
- Rye! - zawołał go raz jeszcze, rozglądając się wokół.
Muszą jak najszybciej powiadomić Rocky'ego. Ryland mówił, że gdzieś w domu są schowane kombinezony zrobione z ksenonitu.
Simon zatrzymał się gwałtownie. Powinien się cofnąć i je znaleźć. Ryland i tak go teraz nie usłyszy.
Jak pomyślał, tak zrobił. Pobiegł od razu do piwnicy i zaczął przekopywać wszystkie kartony, w dużej mierze wypełnione nietrafionymi prezentami od Adrian i Rocky'ego, których Ryland wstydził się oddać albo nawet przyznać, że mu się nie podobają.
W końcu znalazł pudło, w którym znajdowały się dwa ksenonitowe skafandry złożone w kostkę. Założył jeden, ale był tak niewygodny i poruszał się w nim tak wolno, że postanowił zrobić to dopiero, jak już znajdzie Rylanda. Wrzucił kombinezon z powrotem do pudła i wybiegł ponownie z domu.
Tym razem potknął się o ten cholerny próg.
- Ryland! - zawołał jeszcze raz, mając nadzieję, że ten w końcu go usłyszy.
Może powinien jednak biec w stronę bariery, żeby dać znać Rocky'emu, co się dzieje? Eridianie pewnie nawet nie zauważyli, że wszystko jebnęło! Przecież są ślepi!
Ale wtedy ryzykowałby życie Rylanda. Nie. Najpierw musi go znaleźć i wepchnąć go w ten cholerny skafander, a potem dopiero szukać pomocy.
- Rye! - spróbował raz jeszcze.
- Simon...?!
I prawie się przewrócił, gdy tylko usłyszał z oddali głos Rylanda.
Czyli miał, kurwa, rację. Ten matoł naprawdę akurat wracał do domu, bez latarki i teraz błądził po enklawie w ciemnościach!
- Siedź tam, gdzie jesteś, już idę! - zawołał Simon, biegnąc w stronę, z której usłyszał głos. - Tylko mów do mnie, będzie łatwiej!
- Co łatwiej?!
- Znaleźć cię!
- Czekaj, ty biegniesz?!
- Już cię widzę! - Simon zauważył rozmazaną sylwetkę Rylanda siedzącego na piasku.
Kiedy tylko się zbliżył, jego uwagę przykuło więcej niepokojących szczegółów. Ryland nie tyle siedział, co był skulony do pozycji embrionalnej. Oddychał bardzo płytko i zdecydowanie miał za wysoką temperaturę, co Simon poczuł, gdy złapał go za ramię.
- Rany Julek! - zawołał, odskakując od niego. - Simon?
- Tak, to ja - przyznał Simon. - Wszystko w porządku?
- Nic nie jest w porządku! - Ryland złapał go za koszulkę. - Mechanizmy podtrzymywania życia nie działają, światło zgasło, kompletnie nic nie widać!
- Twoje oczy nie przyzwyczaiły się jeszcze do ciemności? - zdziwił się Simon, zakładając skafander.
- Co? Jak niby by miały? Nie ma absolutnie ani jednego fotonu, o który mój wzrok mógłby się teraz zaczepić, żeby działać! - Ryland złapał się za włosy. - W pierwszym momencie myślałem, że nagle oślepłem, jeśli mam być szczery. Dopiero jak zaczęło się robić cieplej, to zrozumiałem, że jest jeszcze gorzej, niż podejrzewałem!
- Czekaj, to ty serio nic nie widzisz? - spytał Simon, zdając sobie sprawę, czemu Ryland nadal nie założył skafandra.
- ...a ty widzisz? - Ryland odwrócił się w jego stronę, ale rzeczywiście w ogóle na niego nie patrzył. - Jak?
- Pewnie mutacja - Simon wzruszył ramionami. - Czekaj, pomogę ci wcisnąć się w ten ksenonitowy szajs.
- Ksenon... Zabrałeś skafandry? - spytał Ryland, szeroko otwierając oczy.
- Pomyślałem, że zanim Eridianie coś wymyślą, musimy mieć jakąś ochronę - stwierdził Simon.
- A wziąłeś butle z tlenem?
- Już z pudłem było trudno się poruszać, aż tak dobrych latarek w oczach nie mam - odparł Simon, pomagając Rylandowi założyć skafander. - A ty powinieneś mieć swoją na wypadek, gdyby coś takiego stało się ponownie.
- Spróbuję pamiętać - Ryland westchnął ciężko. - Podasz mi laskę?
- Jesteś w stanie ją złapać w tym skafandrze?
- Wątpię, ale przecież nie będziesz mnie teraz... - Ryland krzyknął z przestrachu, kiedy Simon wziął go na ręce. - Simon, ja naprawdę mogę iść sam.
- A potem będziesz marudził, że cię stawy bolą.
- Nie lubię być taki ubezwłasnowalniany...
- Wiem, ale musimy się dostać do butli tlenowych, a to i tak nam trochę zajmie w tym szajsie.
- Niech ci będzie - Ryland próbował jakkolwiek wtulić się w Simona, żeby poczuć się lepiej, ale ksenonit dostatecznie blokował jakiekolwiek subtelniejsze ruchy.
I tyle z korzyści bycia naukowcem rasy noszonej...