Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary
Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)
Dozwolone od: 17+
Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU
Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"
Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język
Notka autorska: W sumie nawet trochę fluff tu. Kiedyś napiszę fluffa z tym shipem, obiecuję.
I tak, to jest takie krótkie, bo ile można koszmar rozpamiętywać... XD
Obudził się w łóżku, przebrany w piżamę i z zimnym okładem na czole. Głowa bolała go o wiele mniej, ale nadal czuł się, jakby coś go przeżuło i wypluło.
Prawdopodobnie ten pierdolony kosmiczny byt, który pomieszał mu zmysły lata temu i Simon nadal miał we łbie cholerny bałagan.
- Simon? - usłyszał cichy głos Rylanda.
Chciał spojrzeć w tamtą stronę, ale tylko się skrzywił.
- Czyli boli nadal - Ryland położył mu swoją chłodną dłoń na policzku.
Była jeszcze zimniejsza niż zwykle. Pewnie z nerwów.
- Skąd wiesz, że boli mnie głowa? - spytał Simon.
- Powiedziałeś mi to, kiedy próbowałem cię ocucić - wyjaśnił Ryland. - Trudno jest podnieść zwiotczałe ciało kogoś, kto jest takim kawałem chłopa jak ty, ale dałem radę.
- Tylko sprawiam ci problemy... - mruknął Simon.
- Od tego jestem, żeby się o ciebie martwić - Ryland pogłaskał go ostrożnie. - Posprzątałem w pokoju i w łazience, także nie musisz się już tym przejmować.
- Po tym, jak mnie tu przyniosłeś?
- Tak?
- Ale Rye, twoje nogi...
- Nic mi nie będzie - stwierdził Ryland. - Zacząłem chodzić o lasce, zanim się tutaj zjawiłeś. To nie twoja wina, że jej potrzebuję. Okej?
- Okej - Simon westchnął cicho. - Rye?
- Hm?
- Zabiłem cię.
- Co? - Ryland zamrugał. - O czym ty mówisz?
- Dostałem tej migreny, bo czytałem tę francuską powieść i... - Simon pomasował palcami skronie. - Zasnąłem z nudów, tak sądzę. Poza tym, litery mi tańczyły, zlewały się w jedno, miałem mroczki przed oczami i czytanie było kurewsko trudne.
- Simon.
- Cholernie trudne?
- Nadal nie.
- Jak nie użyję bluzgu, to nie zobrazuję ci tego, jak trudne to było - stwierdził Simon.
- Załapałem - powiedział Ryland stanowczo. - Możemy wrócić do twojego koszmaru?
- Wolałbym nie.
- Sam zacząłeś temat.
- No dobrze... - mruknął Simon. - Mówiłem ci, że nawadnialiśmy Ostatnie Drzewo krwią, prawda?
- Coś wspominałeś - przyznał Ryland.
- Jak zbyt długo nikt nie umarł, musieliśmy improwizować - kontynuował Simon. - A tak dokładniej, składaliśmy ofiarę.
- Z ludzi?
- Ze zbędnych ludzi - sprecyzował Simon. - Z takich, z których nie było pożytku. Z niepełnosprawnych, chorych, upośledzonych... Albo z takich, którzy sprzeciwiali się zasadom panującym na Eden. A jedną z nich było to, że musiałeś mieć dzieci, albo przynajmniej próbować je robić.
- Miałeś dzieci? - spytał Ryland.
- Moim zadaniem było odbieranie życia, nie dawanie go - odparł Simon. - Podejrzewam, że mogłem zapłodnić kilka kobiet, ale tego nigdy się nie dowiem. Wyrąbało mnie w przeszłość albo do innego wymiaru. Nie mam pojęcia, jak wrócić i nie chcę. Nie mam ochoty myśleć o tym, czy gdzieś tam w innej linii czasowej któryś z tych dzieciaków mających azjatyckie rysy twarzy jest mój.
- A co, jak ktoś nie mógł mieć dzieci? Chyba mi nie powiesz, że bezpłodni też kończyli jako nawóz - Ryland wyglądał na coraz bardziej przerażonego.
- A jak myślisz, Rye? Oczywiście, że tak - Simon zacisnął mocniej powieki.
Włosy Rylanda sklejone jego własną krwią zalśniły w jego umyśle.
- Wspominałeś kiedyś, że jednopłciowe pary też nie były mile widziane - zaczął Ryland. - Czyli jak ktoś nie chciał być w związku tak w ogóle, to też źle?
- Nawet jeszcze gorzej - stwierdził Simon. - Jak miałeś "brudne myśli", to dopóki grzmociłeś przy okazji kobiety, to wszystko było w porządku. Ale jak nawet tego nie robiłeś, to przyprowadzali cię do mnie.
- I co, zrobili to w tym koszmarze? - spytał Ryland, siadając na łóżku.
Simon otworzył oczy. Włosy Rylanda były w normalnym kolorze. Jedynie trochę mokre od wody.
Pewnie wykąpał się po posprzątaniu tego bałaganu, który Simon narobił.
- Sam przyszedłeś - Simon podciągnął się nieco i usiadł. - Rozmawialiśmy. Mówiłem ci, że często mi się śni, że wychowywaliśmy się razem na Eden, prawda?
- Mówiłeś - Ryland objął go ramieniem i przysunął do siebie. - Tutaj też byliśmy przyjaciółmi z dzieciństwa?
- Tak - przyznał Simon. - Czasem zastanawiam się, czy może naprawdę miałem przyjaciela, który był do ciebie podobny i moja podświadomość projektuje twój obraz na niego.
- I co dalej?
- Zjawił się Ojciec, zdjął ci okulary, nazwał zbędnym i kazał mi cię zabić - oznajmił Simon. - Moi bracia cię rozebrali. Klęczałeś na podłodze nagi i bezbronny. A ja...
- Mogłeś tylko patrzeć?
- Nie. Wykonałem polecenie - odparł Simon. - Zaciągnąłem cię do tego cholernego drzewa, przeciąłem pierdoloną tętnicę udową i pozwoliłem ci się wykrwawić jak jebanemu jagnięciu złożonemu w ofierze.
Ryland zamarł. Nawet nie miał siły zwracać Simonowi uwagi. Nie po tym, co usłyszał.
- Płakałeś, Rye - Simon zacisnął palce na jego udzie. - Zraniłem cię tutaj, właśnie w tym miejscu, mimo, że szlochałeś, że usiłowałeś mi się wyrwać i że błagałeś mnie, bym tego nie robił. Używałeś praktycznie tych samych słów, co mówiąc do tej rudej zdziry. Tylko tym razem to ja byłem twoim mordercą, nie ona.
- Nie zabiła mnie - Ryland złapał Simona za rękę i rozwarł jego palce. - Ty też nie. Nie panujesz nad tym, co podsuwa ci twoja podświadomość.
- Ale ona...
- Miała do wyboru jednego tchórzliwego nauczyciela fizyki i całą ludzkość. To nawet nie jest dylemat wagonika, Simon. Tu nie ma się nad czym zastanawiać - Ryland zdjął okulary i potarł oczy palcami. - Minęło dla mnie czterdzieści lat, odkąd Stratt wysłała Hail Mary ze mną w środku w stronę Tau Ceti. Ona sama pewnie już nawet nie żyje. Daj jej duszy odetchnąć.
- Wierzysz w dusze?
- Ona wierzyła - odparł Ryland i pocałował jego dłoń. - Poza tym, mieszkam na obcej planecie z człowiekiem potrafiącym za pomocą zmutowanej krwi modyfikować DNA roślin i tworzyć pnącza, którymi łapie rzeczy jak Spider-man, a moim najlepszym przyjacielem jest kamienny kosmita z pięcioma nogami i dwoma układami krwionośnymi, który je odbytem. Koncept duszy jest dla mnie na ten moment najmniej dziwną teorią, która mogłaby okazać się prawdą.
- Coś w tym jest - stwierdził Simon. - Zwłaszcza, że czym innym był ten byt, który spotkałem, jak nie ofiarami AT-5 zespolonymi w jedno?
- Dokładnie - Ryland przeczesał palcami kosmyki jego włosów. - Lepiej ci?
- Trochę - mruknął Simon. - Chociaż nadal ciężko mi się oddycha i mam zesztywniały kark.
- Mogę cię pomasować, jak coś - zaproponował Ryland.
- Pomasować?
- Nie patrz tak na mnie, Simon. Zwymiotowałeś cztery razy.
- Cztery? Pamiętam trzy.
- Pokolorowałeś mi kapcie.
- ...przepraszam.
- Nic się nie stało - Ryland pogłaskał go po głowie. - Dasz radę iść do łazienki? Dobrze by było, żebyś umył zęby.
- Nie wydaje mi się, żebym miał na to siłę - stwierdził Simon.
- A przed chwilą byłeś chętny, żeby jednak spróbować spłodzić te dzieci - Ryland uśmiechnął się lekko złośliwie.
- To już chyba prędzej ty mi. Z moimi mutacjami nigdy nic nie wiadomo.
- Nie załapałeś żartu?
- Nie, po prostu to mało prawdopodobne z twoim idealnym ciałem.
- Nie mam idealnego ciała.
- Racja, masz poparzoną całą lewą rękę i odcisk dłoni swojej bratniej duszy na prawej.
- Wiesz, że nie o tym mówię.
- A ja mówię dokładnie o tym.
- Czyli przynajmniej humor ci wrócił - Ryland odsunął Simona od siebie i złapał swoją laskę. - Pójdę po miskę i szklankę z wodą, żebyś mógł umyć te zęby. Poczujesz się lepiej.
- Rye?
Ryland odwrócił się w jego stronę.
- Dziękuję - szepnął Simon.
Ryland tylko się do niego uśmiechnął i wyszedł z pokoju.
Ale kiedy wrócił, Simon już spał. Jego czarne loki z wciąż jednym siwym pasemkiem rozsypały się na poduszce.
Poduszce Rylanda.
Ryland postawił miskę obok łóżka, a szczoteczkę i szklankę z wodą na szafce nocnej.
Skoro Simon śpi i jest już bezpieczny, to on może skorzystać z okazji i położyć się spać później niż zwykle.
Miał zdecydowanie zbyt dużo eksperymentów do przeprowadzenia.
Nawet jeśli okłamał Simona i tak naprawdę mieli o wiele więcej lat, niż mu przed chwilą powiedział.
I prawdopodobnie jeszcze dwie setki przed sobą.
Chwała bezpłatnej opiece zdrowotnej na Erid.
The end