Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary
Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)
Dozwolone od: 17+
Gatunek tekstu: sci-fi, horror, crossover, AU
Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"
Ostrzeżenia: headcanony, przemoc, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język
Notka autorska: Bloody Mary oficjalnie zostało shipem, o którym napisałam najwięcej słów. Osiągnęli to w niecałe dwa miesiące. Nie żartuję, zrobiłam statystyki. Tymczasem macie kolejnego fika, bo nadal nie przestałam ich torturować, co można zauważyć przez to, że nie określiłam tego wulgarnego języka jako "czasami". Jestem okropna.
Enjoy. :)
Ryland uchylił powieki, kiedy coś nagle smagnęło go po twarzy. Do jego zaspanego umysłu dotarło wtedy, że słyszy niespokojny głos Simona, który mamrotał coś przez sen, co zdarzało mu się zdecydowanie rzadziej niż jemu samemu.
- Simon? - Ryland zamrugał, podnosząc się nieco z poduszki.
Kołdra po stronie jego ukochanego była cała skopana. Simon oddychał ciężko, co jakiś czas szamocząc się, jakby próbował wydostać się z pułapki.
To zdecydowanie była wyjątkowa sytuacja. Zazwyczaj koszmary powodowały u Simona raczej kompletny paraliż. Ryland czasem nie mógł go wręcz dobudzić, a nawet jak mu się to udawało, to zanim otępienie jego ciała odpuściło, potrafili siedzieć przytuleni przez długi czas, alarmując tym samym Rocky'ego i Adrian, jeśli zdarzyło się to na tyle późno, że zajęcia w szkole już dawno powinny się zacząć.
A nawet jeśli Simon szamotał się w łóżku, to budził się sam z siebie dość szybko, zanim w ogóle Ryland zdążył zareagować i czasem nawet nie wiedział, że coś takiego miało miejsce, dopóki ten sam mu nie powiedział przy śniadaniu. Albo go po prostu nie obudził, żeby się przytulić i wypłakać.
Ryland chciał więc go zawołać, próbować uspokoić i zaradzić jakoś tej sytuacji, tak jak zawsze, ale zanim zdążył rozbudzić się na tyle, by zrobić cokolwiek, został z całej siły kopnięty w brzuch i posłany w krótki lot na ścianę, o którą uderzył plecami i osunął się bezwiednie na podłogę.
Oddychanie...
Oddychanie było trudne.
Właściwie to nie mógł w ogóle nabrać powietrza.
- Kurwa mać, Ryland!
Usłyszał głos Simona, ale dźwięki docierały do niego z jakby oddali.
Udało mu się w końcu chociaż zakaszleć, kiedy tylko poczuł zimną i ciepłą dłoń na ramionach.
Chyba oberwał prosto w przeponę.
...
Tak. Zdecydowanie.
- Rye?
Potrzebował chwili, żeby odpowiedzieć.
Bardzo długiej chwili.
Która nigdy nie nadeszła, więc Simon powtórzył swoją desperacką próbę skontaktowania się z nim.
- Rye!
Oddychanie nadal było trudne. Mógł jedynie kaszleć, krztusić się i wydawać ten niepokojący, świszczący dźwięk.
- Kurwa no...
A ten znowu przeklina...
- Zabieram cię do lekarzy, nawet nie protestuj.
O nie, nie, tak się nie bawimy.
Otworzył oczy, o których nawet nie wiedział, że miał zamknięte.
Simon patrzył na niego przerażony.
- Ja pierdolę, żyjesz - powiedział przejęty, kładąc dłoń na jego policzku. - Słyszysz mnie?
- Ta... - mruknął Ryland i znowu zaczął się krztusić.
Mówienie też było trudne.
- Idziemy do Eridian, tak?
- N-nie.
- Bo? Mówiłem, że masz nie protestować, pieprzony altruisto.
Ryland jedynie pokręcił głową, ale to sprawiło mu jeszcze więcej bólu.
A, racja, bo przecież walnął o ścianę.
No tak.
Zapomniał.
Tak samo, jak o tym, jak się oddycha, bo nadal miał z tym niemały problem.
Simon wziął go na ręce i zaniósł do Hail Mary.
Ryland miał wrażenie, że cały drżał.
I kiedy Simon podał go Eridianom, zobaczył w jego oczach strach i łzy.
Poczucie winy wielkimi literami miał wypisane na twarzy.
...ta cała Ava też była marnotrawstwem węgla.
* * *
Patrzył, jak Eridianie zabierają Rylanda ze sobą. Jak kładą go na tym medycznym łóżku. Nadal słyszał jego świszczący oddech.
Spojrzał na swoje dłonie. Przez chwilę miał wrażenie, że zalśniły szkarłatnym blaskiem. W jego umyśle zadźwięczał głos Ojca, pomieszany z krzykami tych wszystkich ofiar krwawego księżyca.
Nie wiedział, jak długo spędził w takim zawieszeniu. Podniósł wzrok. Zobaczył, że Eridianie podłączyli Rylanda do tlenu.
Przynajmniej w końcu mógł oddychać.
Podszedł do Rylanda i chciał pogłaskać go po głowie, ale rozmyślił się w ostatniej chwili. Jego palce jedynie musnęły włosy jego ukochanego.
Cofnął rękę, patrząc na spokojny wyraz twarzy Rylanda.
Spał. Eridianie musieli mu podać jakieś środki nasenne.
Usiadł na krześle obok i zerknął na ramiona Rylanda ułożone wzdłuż jego ciała.
Mógł chwycić jego dłoń w każdej chwili. Dotychczas nie miał z tym żadnego problemu.
Dlaczego więc czuł strach? Czy aż tak bał się go nagle dotknąć?
A co jeśli znowu go skrzywdzi?
Zacisnął pięści, pazurami drapiąc sobie wnętrze prawej dłoni do krwi. Skrzywił się i rozluźnił uścisk.
Kropelki krwi zalśniły na jego palcach.
A co jeśli kiedyś złapie Rylanda w taki sposób, że go skaleczy?
Nie powinien tu być. Nie po tym, co zrobił.
Wstał i ruszył w stronę drzwi.
Nie zasługiwał na to, by tu być.
Odruchowo podniósł rękę do paska z nożem, którego od dawna już nie nosił.
Odkąd jego mama umarła, ten przedmiot był czymś, co dawało mu wparcie w takich sytuacjach. Była pracownicą stacji badawczej, która potem stała się ich jedynym domem. Eden istniało prawdopodobnie odkąd tylko ludzie osiedlili się na Marsie. Część rodzin jego braci żyła tam od zawsze.
...
Chwileczkę.
Simon zatrzymał się w pół kroku.
Jego mama...
...umarła?
Nagle dotarło do niego, że pisał listy do osoby, która dawno już odeszła.
Kompletnie o tym zapomniał. Tak jakby trzymał się kurczowo czegokolwiek, co choć trochę dawało mu komfort w jego starym życiu.
Upadł na kolana.
Wyparł jej śmierć ze swojej świadomości. Nawet gdy Ryland prawie umarł przez to, jak bardzo zaniedbał swoje zdrowie, nie potrafił sobie tego przypomnieć.
Jak wielu rzeczy jeszcze nie pamięta?
Co tak naprawdę ten pieprzony kosmita zrobił z jego umysłem?
Co jeśli kiedyś straci kontrolę i dopuści się czegoś gorszego niż to, co stało się tej nocy?
Co jeśli zapomni o Rylandzie, Rockym, Adrian i całym Erid? Co jeśli znów się na nich rzuci?
Co jeśli ich...
...
...zabije?
Podniósł się z trudem i wyszedł na zewnątrz, co wymagało od niego dużo wysiłku przez to, jak bardzo trzęsły mu się nogi.
...
...
...
...ile jedno wydarzenie może zmienić, nieprawdaż, Rzeźniku?