Blog zawiera treści o związkach męsko-męskich i damsko-damskich. Jeżeli nie lubisz yaoi i yuri, to naciśnij czerwony krzyżyk i nie czytaj, zamiast obrzucać mnie błotem. Dziękuję za uwagę.

Polecany post

The Traces of Her Are Receding Into the Distance

Uniwersum: Aoishiro Pairing: Kohaku&Syouko Dozwolone od: 17+ Gatunek tekstu: soft angst Ostrzeżenia: spoilery do gry Notka autorska: End...

czwartek, 16 lipca 2026

Five Flowers of Joy and One of Sadness III

Uniwersum: Iron Lung/Project Hail Mary

Pairing: Simon the Convict&Doctor Ryland Grace (Bloody Mary)

Dozwolone od: 17+

Gatunek tekstu: sci-fi, crossover, AU, 5+1

Seria: "When Cosmic Horror Meets Cosmic Hope"

Ostrzeżenia: headcanony, niestabilność psychiczna, body horror, amputowana ręka, wulgarny język

Notka autorska: A, racja, bo coś miało nie wyjść. Ta jedna rzecz. Ten jeden "kwiat smutku". Ciekawe, co?

Tak, nie przestałam ich torturować. Tak ostrzegam.



Simon leżał na trawie i patrzył na gwiazdy. Tak, postawił na swoim. Tak, rosa się na niej osadza. Tak, Ryland marudzi, że trawa jest już zbyt wysoka i zaraz urośnie jeszcze bardziej i będzie wyglądać jak chaszcze.

Czymkolwiek są chaszcze.

Trawa nawet nie pokrywała całego ogrodu. Simon poszedł na kompromis i wyznaczył jedynie mały, prostokątny fragment na ten swój eksperyment. Rzeczywiście była miękka i wygodna. I pachniała obłędnie.

Czasem zdarzało mu się nawet tak zasnąć. Ryland się wtedy o niego martwił, karcił go za lekkomyślność i ostrzegał, że może sobie przeziębić pęcherz od tego leżenia w mokrej trawie, ale Simona mało to obchodziło.

Zwłaszcza, że zirytowany Ryland wyglądał zdecydowanie zbyt seksownie i jego błękitne oczy zdawały się wtedy wręcz pożerać jego duszę.

Mógłby na niego krzyczeć bez końca, Simon ani trochę by się nie obraził. Chyba, że chodziłoby już o coś naprawdę poważnego. Nie lubił kłótni. Ryland zresztą też nie. Obaj czuli się wtedy winni, przepraszali się nawzajem do usranej i koniec końców któryś z nich zaczynał płakać i to było żałosne, patrząc na ich wiek.

A przynajmniej Simon tak myślał. Według Rylanda to było normalne, bo jego rodzice nie robili mu przez całe życie prania mózgu. Byli dobrymi ludźmi. A tacy najczęściej przedwcześnie umierają.

...ech, znowu myśli o mrocznej stronie życia. Za dużo filmów z tym gościem, co naprawdę wyglądał zdecydowanie za bardzo jak Ryland.

Swoją drogą, co było nie tak z tym aktorem? Jego bohaterowie nawet w komediach mieli przesrane. Jak nie martwa żona, to złamany kręgosłup.

- Simon? - usłyszał głos swojego ukochanego i otworzył jedno oko.

- Hm?

- Idziesz na kolację?

- Teraz rozmyślam.

- O czym?

- O życiu.

- Ja jednak radzę ci przerwać to filozofowanie i jednoczenie się z naturą i coś mimo wszystko zjeść.

- Sam często zapominasz o posiłkach.

- Ja przeprowadzam eksperymenty naukowe.

- Ja też - odparł Simon. - Teraz na przykład sprawdzam, jak miękka jest dwutygodniowa trwa.

Ryland nerwowo przestąpił z nogi na nogę.

- Ale ja jestem głodny...

- Ty i ta twoja rutyna - Simon złapał go za nadgarstek. - Chodź, poleżymy tak przez chwilę i pójdziemy.

- Co? - Ryland próbował wyrwać dłoń, ale Simon pociągnął go za rękę. - Czekaj...!

Upadł na trawę. Simon pochylił się nad nim, delikatnie zaciskając palce na jego nadgarstku.

- I co tam, marudo? Jest aż tak źle? - spytał, uśmiechając się lekko.

Ryland mu nie odpowiedział. Jedynie na niego patrzył. Albo nie na niego, tylko w gwiazdy? W każdym razie jak widać postanowił go zignorować.

- A, czyli sam masz teraz zamiar pokontemplować naturę? - spytał Simon, kładąc się obok. - Ewentualnie jesteś na mnie obrażony. Ale spokojnie, zaraz pójdziemy coś zjeść.

Odpowiedziała mu cisza.

- Ryland? - Simon zerknął na niego. - Ej, Rye.

Simon znowu się nad nim pochylił i tym razem przyjrzał mu się uważniej.

Nic się nie zmieniło. Ryland dalej tym nieobecnym wzrokiem wpatrywał się w gwiazdy, wciąż będąc myślami gdzieś daleko.

Simon pomachał mu dłonią przed oczami.

Absolutnie zero reakcji.

Ściągnął mu okulary.

Nadal brak reakcji.

Pocałował go.

...i to było jak całowanie lalki.

Zwłaszcza, że Ryland praktycznie nie oddychał.

- Kurwa mać, Ryland! - Simon złapał go za ramiona i posadził.

Zamierzał nim potrząsnąć czy coś, ale wtedy Ryland nabrał powietrza w płuca, jakby dopiero co wynurzył się z wody. Zerwał się na równe nogi, potknął się i upadł na ziemię, po czym przeczołgał się do ściany domu i oparł o nią plecami, oddychając ciężko.

Simon patrzył na niego zdezorientowany. Spojrzał na trawę, na Rylanda, znowu na trawę i nie rozumiał.

- Ryland? - Simon podszedł do niego powoli i wyciągnął w jego stronę rękę.

- Zostaw mnie! - Ryland odepchnął go tak gwałtownie, że swoją ksenonitową obrączką prawdopodobnie nabił mu siniaka.

- Rye... - Simon zmarszczył się, masując sobie przedramię, i przypomniał sobie, jak kiedyś w nocy przez przypadek kopnął Rylanda w brzuch, zrzucając go z łóżka i wysyłając w prostą drogę na ścianę.

Zazwyczaj w czasie koszmaru był wręcz sparaliżowany. Nie mógł się ruszyć jeszcze długo po wybudzeniu się. Ale czasem, bardzo rzadko, zdarzało mu się, że rzucał się po łóżku jak ryba wyciągnięta z wody.

Albo może raczej z morza krwi.

Pamiętał, jak się wtedy czuł. Jak olbrzymie wyrzuty sumienia miał i jak okropnie Ryland wtedy kaszlał.

Wiedział, jak to jest, kiedy rzeczywistość przeplata się z czymś, co wizualizuje ci jedynie twoja podświadomość.

I teraz również rozumiał, co czuł Ryland, kiedy go wtedy przytulił i powiedział, że wszystko będzie w porządku.

Co czuł Ryland, obejmując go, kiedy jeszcze nie byli razem, a kiedy Simon prawie go utopił.

I co czuł Ryland, będąc ostrożnym, ale nadal miłym, gdy Simon prawie go udusił przy pierwszym (w teorii drugim, ale Simon niezbyt pamięta, co się działo tuż po tym, jak się ocknął po wyciągnięciu z SM-13) spotkaniu.

I właśnie dlatego złapał Rylanda za ramię i przyciągnął do siebie, mimo protestów i tego, że prawdopodobnie będzie posiniaczony i podrapany.

Westchnął ciężko.

Nie chodziło o to, że opieka nad trawą jest pracochłonna. Ani o rosę. Ani o nic innego.

W tej pieprzonej Rosji musiała wtedy rosnąć trawa. Na tej cholernej ziemi, na którą go powalono, musiała być ta pierdolona trawa!

A ten głupek, ten altruista od siedmiu boleści przecież nie przyzna, że boi się tego jebanego zielska, skoro jemu, Simonowi, sprawia przyjemność to, że sobie je wyhodował jak ostatni matoł i egoista!

...

Stratt, ty suko.

- Już, już, spokojnie, oddychaj - szepnął Simon, zaczynając cicho nucić pierwszą piosenkę, która przyszła mu do głowy.

Coś o mieście gwiazd, cokolwiek to było. I tak nie pamiętał słów.

Siedział tak jeszcze długo, ze szlochającym Rylandem w ramionach, który najpierw płakał, że ma tego nie robić, że go morduje i że nie chce umierać, a potem ocknął się w końcu i tym razem łkał, przepraszając go w kółko i w kółko, tak jak zawsze, gdy się pokłócą, aż w końcu zasnął.

A następnego dnia, kiedy Ryland jeszcze spał, Simon po prostu wyrwał całe to zielsko gołymi rękami i wrzucił do kompostu.